Friday, 3 November 2017

Samotni rodzice w mieście Warszawa



Niewiele organizacji pozarządowych w Warszawie kieruje swoją ofertę bezpośrednio do rodziców, którzy w pojedynkę wychowują dzieci. Miasto pomaga tylko tym, którzy znajdują się na krawędzi przetrwania. Tymczasem według warszawskiego Urzędu Statystycznego w powiecie żyje ponad 125 tys. osób (w tym 109 tys. kobiet), które są ze swoimi dziećmi same.

Zapewnienie dziecku przeciętnie komfortowych, stabilnych, bezpiecznych warunków do życia przez mniej więcej 20 lat, zarówno pod względem finansowym, jak i emocjonalnym, jest trudne nawet dla dwójki rodziców. Tym bardziej dla samotnej matki, czy ojca. Tym bardziej, że do samotnego rodzicielstwa mało kto bywa przygotowany.

Zostajesz sam lub sama
Rzeczywistość, wiadomo, dla jednych jest prostsza, dla innych – bardziej skomplikowana. Są także przypadki skrajne. Pomiędzy ekstremum dodatnim (osoby z zamożnych rodzin, którym na co dzień pomagają rodzice, przyjaciele, sąsiedzi oraz obecny i były partner lub partnerka) i ujemnym (osoby, które nie mają pomocy znikąd, mieszkania, wykształcenia ani pracy) mieści się tak zwana większość. Ludzie, którym właściwie nie ma czego zazdrościć, ale ciągle jakoś dają sobie radę. Często los lub były partner postawili ich przed faktem dokonanym: zostajesz sam lub sama z dzieckiem. Nikt nie proponował dzielenia się obowiązkami i odpowiedzialnością, nie pytał, na ile oceniają swoje siły i możliwości i jaki układ wydałby się im sprawiedliwy i najlepszy dla dziecka. Czego potrzebują, żeby dać sobie radę. Jak można im pomóc w tej trudnej sytuacji? Nie mają czasu, by walczyć o siebie, o swoje prawa, o prawa swoich dzieci, bo muszą skupić się na przetrwaniu do pierwszego.
Samotni rodzice borykają się z problemami w pracy, problemami wychowawczymi, wykluczeniem społecznym – nie tylko ze względu na ich niepopularny status, ale również dlatego, że mając małe dziecko jest im trudno np. wieczorem wyjść z domu, zapisać się na jakieś dodatkowe zajęcia, prowadzić życie towarzyskie. Wielu walczy z problemami finansowymi i długami, z permanentnym uczuciem samotności, depresją, niepokojem, z brakiem czasu dla siebie, z brakiem zrozumienia i wsparcia z zewnątrz, z wypaleniem zawodowym, wyczerpaniem emocjonalnym i fizycznym.
W wielu wypadkach – także z przemocą psychiczną i ekonomiczną ze strony byłego partnera, ignorowaniem przez niego potrzeb dziecka lub manipulacjami. W wielu wypadkach – także z jego rodziną. Często brakuje im znajomych, przyjaciół.
Samotni rodzice nie chodzą do lekarza, nie dokształcają się, nie dbają o siebie, nie są na czasie. Nie prowadzą życia seksualnego, nie mówiąc o możliwości poszukiwania kogoś, kto by zaspokoił ich zwykłą, ludzką potrzebę bycia kochanym.
Prosić o pomoc nie ma właściwie gdzie, a desperacja jest źle widziana. Dlatego samotny rodzic zazwyczaj stara się być dzielnym bez względu na wszystko, dać sobie radę za wszelką cenę, po cichu, żeby nie widać było dramatu.

Niewidzialni dla systemu
I dlatego samotni rodzice są niewidzialni dla systemu. Nie robią wielkich karier i nie mają wpływów, nie pisze się o nich w kolorowych magazynach, raczej nie mogą się swoją sytuacją pochwalić. Protestują tylko wtedy, kiedy naprawdę muszą. Paradoksalnie, bywają ofiarami własnej zapobiegliwości, zaradności. Oni i ich dzieci. Im więcej im się udaje, tym bardziej są niewidoczni, po uszy w swoich sprawach, pędzący z wywieszonym językiem do domu.
Nawet w trudnych i groźnych sytuacjach kryzysowych, które przecież mają prawo zdarzyć się każdemu – samotni rodzice nie mają nikogo, kto by im pomógł lub ich wsparł. Chyba, że sami sobie zorganizują taką pomoc.
Miasto nie oferuje żadnych programów czy projektów specjalnie profilowanych dla nich. Nie ma instytucji, które szczególnie dbałyby o tę grupę rodziców. Mało jest także organizacji, które znają się na rzeczy i mogą fachowo pomóc. Są oczywiście stowarzyszenia, które wspierają rodziców w walce o uznanie prawa do kontaktów z dzieckiem po rozstaniu, ale są to inne problemy. Rodzice, którzy po rozwodzie nie zostają z dziećmi i zamiast, jak karze tradycja, odwrócić się na pięcie i odejść w siną dal unikając płacenia alimentów, chcą jednak być w życiu dziecka i pełnić swoją rolę – bywają traktowani jeszcze gorzej niż ci, którzy sam na sam boksują się z wychowaniem dzieci.

Alimenty to nie prezenty
Pojawiają się jednak organizacje, które starają się zapełnić tę lukę. Jedną z nich jest Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”. Powstało w 2016 r. Siedziba stowarzyszenia mieści się w Warszawie, ale zasięg działania jest ogólnopolski. Bo „Alimenty to nie prezenty” zmienia przede wszystkim mentalność ludzi i polskie prawo. Organizację założyło i prowadzi kilka samotnych mam, ale wspierają je setki, a może tysiące samotnych rodziców i nie tylko. Widać to np. na facebookowej stronie organizacji.
„Alimenty to nie prezenty” walczą m.in. z powszechnie panującym przekonaniem, że za dziecko obowiązkowo, w 100 % odpowiedzialny jest tylko ten rodzic, przy którym ono zostaje po rozstaniu (w 96% przypadków jest to mama), a nie oboje rodziców. Według tego przekonania ten drugi rodzic ma prawo wybierać sobie prawa i obowiązki.
– Udało nam się nagłośnić problem. Chciałyśmy żeby we wszystkich mediach mówiono o tym, że alimenty to nie prezenty, ale prawo dziecka i obowiązek rodzica. Że ofiarami niepłacenia alimentów są dzieci, a nie – jak sądzi wielu ludzi – dłużnicy, którzy są karani za to, że nie płacą. Niepłacenie alimentów to przemoc ekonomiczna, do której często dodawana jest przemoc psychiczna czyli nieangażowanie się „dochodzącego” rodzica w życie dziecka – opowiada Joanna Łukaszewicz z zarządu stowarzyszenia.
Dziewczyny ze Stowarzyszenia samodzielnie i za własne pieniądze przeprowadziły kampanię informacyjną – wydrukowały 15 tys. ulotek z informacjami o problemie z płaceniem alimentów w Polsce. Najwięcej mówią o nim liczby: 600 tys. spraw u komornika, niektóre z nich dotyczą jednego dziecka, inne – czworga, 230 tys. dzieci dostaje pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego. W sumie około miliona dzieci jest utrzymywanych przez jednego z rodziców. W skali kraju to o kilkaset tysięcy osób więcej niż mieszkańców Krakowa, Poznania czy Wrocławia. Inaczej mówiąc: co siódme polskie dziecko utrzymuje tylko jeden rodzic, zazwyczaj jest nim mama. Średnie zadłużenie polskiego dłużnika alimentacyjnego to 35 tys. złotych. Średnie alimenty to 500 zł miesięcznie.
– Podczas kampanii informacyjnej zbierałyśmy również podpisy na ulicach. Nie chodziło nam o jakąś konkretną liczbę podpisów, ale o to, żeby nagłośnić problem. Za pierwszym razem, w 2015 r. zebrałyśmy 10 tys. podpisów pod petycją o zniesienie tzw. progu alimentacyjnego. Aby każdy samotny rodzic mógł liczyć na pomoc państwa. Za drugim razem, w 2016 r. podpisów było o tysiąc więcej. Tym razem „podpisywałyśmy” petycję do ministra sprawiedliwości w sprawie artykułu 209 Kodeksu Karnego oraz ustawy o pomocy osobom uprawnionym do alimentów – opowiada Joanna Łukaszewicz. Nowa ustawa weszła w życie 31 maja 2017 r.
W najbliższych miesiącach okaże się co dalej. Wszystko zależy od tego, jak na nowe rozporządzenia zareagują dłużnicy i polskie sądy. „Alimenty to nie prezenty” stara się przekonać miejskich i gminnych radnych do tego, by organizowali dla dłużników tzw. prace społeczne, poprzez które odpracują oni długi. Fundusz alimentacyjny to także pieniądze samorządów, więc radni powinni interesować się ich oszczędzaniem. Stowarzyszenie zorganizowało na ten temat konferencję, z udziałem przedstawicieli Ministerstwa, gminnych urzędników. Z kilkuset mazowieckich radnych swoje zainteresowanie problemem wyraziła jedna osoba, radna z warszawskiej Białołęki. Konferencja się nie odbyła.

Przystań na Mariensztacie
Być może już niedługo warszawscy samotni rodzice zyskają jeszcze jeden stały adres, pod którym będą mogli szukać pomocy i wsparcia. Na warszawskim Mariensztacie powstaje właśnie „Przystań na Mariensztacie” Fundacji Mam Balans. Na razie trwa remont siedziby organizacji przy ul. Bednarskiej. W najbliższych miesiącach rozpocznie się rekrutacja pracowników, zapisy rodziców zainteresowanych warsztatami, coachingiem, nabór dzieci do przedszkola i do świetlicy szkolnej, nabór wolontariuszy, jednym słowem – wielka rekrutacja wszystkich.
Całość wymyśla, organizuje i koordynuje Marta Herman, fundatorka i prezeska Fundacji, prywatnie – samodzielna mama Bruna. 
– Chcemy wspierać samotnych rodziców na rynku pracy. Będzie można u nas porozmawiać z coachem, zastanowić się nad rozwojem kariery zawodowej, przekwalifikować się, znaleźć pracę. Pomożemy też wynegocjować takie warunki w pracy, w których samotny rodzic będzie mógł się wykazać – opowiada Marta Herman. – Bywa, że samotny rodzic jest postrzegany jako gorszy pracownik tylko dlatego, że potrzebuje elastycznych godziny pracy. A to można i warto negocjować z pracodawcą.
Przystań na Mariensztacie docelowo będzie przedsiębiorstwem społecznym. Obok prowadzenia zwykłej działalności biznesowej będzie próbować rozwiązać realny problem społeczny. W wypadku Fundacji Mam Balans tym problemem jest wykluczenie i trudna sytuacja samotnych rodziców na rynku pracy. Dlatego w Przystani na Mariensztacie pracować będą głównie samodzielne mamy i ojcowie.
Świetlica na Mariensztacie pomieści kilkanaścioro dzieci w wieku szkolnym. To dla tych rodziców, którzy stają czasem przed wyborem: rzucić pracę czy odebrać dziecko ze szkoły. W świetlicy dziecko odrobi lekcje, zje obiad, zajmie się czymś ciekawym.
Fundacja Mam Balans chce również walczyć także ze stereotypami na temat samodzielnych rodziców. Planuje kampanię społeczną na ten temat.
– W wielu środowiskach samotne wychowywanie dziecka to po prostu wstyd, a samotni rodzice to ofiary losu, nieudacznicy, zawsze w tarapatach. Spotkałam się z takim podejściem nawet w urzędach. Istnieje też stereotyp, że samodzielni rodzice to kiepscy pracownicy, bo przecież tacy zajęci. Chcemy to zmienić. W mojej opinii trudno znaleźć lepiej zmotywowanego pracownika niż samotna mama albo tata. To często mistrzowie organizacji, osoby wytrenowane w szybkim rozwiązywaniu problemów, empatyczne i odpowiedzialne – mówi Marta Herman.

Tekst opublikowany na ngo.pl


Monday, 30 October 2017

Warszawiacy wsparli kompostowniki / Warszawska Zupa


Dwie stołeczne organizacje pozarządowe zdecydowały się wziąć udział w pierwszej w Warszawie społecznej imprezie mikrograntowej i zawalczyć o pieniądze na realizację swoich pomysłów. Jednej z nich się udało. Poznajcie pozarządowych uczestników i zwycięzców Warszawskiej Zupy.

Pierwsza Warszawska Zupa odbyła się 14 września 2017 w Barze Prasowym. Imprezę, wzorowaną na podobnym wydarzeniu, które odbywa się od lat w Detroit (USA), zorganizował portal miasto2077.pl oraz Stowarzyszenie Ludzi Nowoczesnych.
Do konkursu zgłosiło się siedem projektów, z których wybrano cztery najciekawsze. Te mogły zostać zaprezentowane publicznie podczas spotkania w Barze Prasowym i zawalczyć o pieniądze. Mikrogrant ma charakter społeczny – to znaczy pochodzi ze zbiórki zorganizowanej wśród publiczności przybyłej na wydarzenie. W wypadku Warszawskiej Zupy – suma ta jest podwajana dzięki współpracy organizatorów z grupą Echo Investment. Dwa spośród prezentowanych 14 września projektów zostały przygotowane przez organizacje pozarządowe. A jeden z nich wygrał pierwszą edycję Warszawskiej Zupy.

Własny kompostownik
Zebrane w pierwszej edycji imprezy prawie 2,5 tys. zł powędrowało na opracowanie graficzne i korektę tekstów „Przewodnika zakładania sąsiedzkiego kompostownika”, nad którym pracuje Stowarzyszenie „Kr3atywni”.
„Przewodnik” będzie pierwszą polską publikacją internetową (zgodnie z ideą zero-waste) o tym, jak zakładać sąsiedzki kompostownik. Publikacja jest częścią przedsięwzięcia pt. „Wielkie Kompostowanie”, w ramach którego Stowarzyszenie przygotowuje także Mapę Otwartych Kompostowników.
Stowarzyszenie powstało w 2016 roku, a wcześniej ideę kompostowania promowała nieformalna grupa w ramach inicjatywy społecznej „Oddam odpady”. Ruch wpisuje się w działania na rzecz gospodarki o obiegu zamkniętym.
– Większość produktów, które wytwarzamy i kupujemy bardzo szybko trafia na wysypiska śmieci. Aż 40 % śmieci to bioodpady, które można z powodzeniem wykorzystać – mówiła w trakcie swojej prezentacji Kaśka Barc z „Oddam odpady”.
Kompostowanie to proces przekształcania bioodpadów domowych w wartościowy nawóz do gleby (np. dla kwiatów balkonowych czy przyblokowych rabatek). Laikom może się wydawać, że to nic trudnego, a jednak odpowiednia organizacja kompostownika i codzienne o niego dbanie – to sztuka. Z tworzeniem kompostownika wiążą się także problemy natury formalnej. Najłatwiej utworzyć go na terenie prywatnym, na gruncie gminnym staje się to skomplikowane ze względu na przepisy prawa.

W Polsce działa 16 kompostowników, których mapa znajduje się na stronie Oddamodpady.pl. Są to kompostowniki, do których każdy mieszkaniec może wrzucić odpadki kuchenne. Cztery z nich znajdują się w rejonie Warszawy: Kompostownik w Ogrodzie Powszechnym, Kompostownik w Motyce, Kompostownik Pixxe Garden oraz Kompostownik we Wspólnym Ogrodzie Służewskiego Domu Kultury.

Ruchoma kawiarnia reparacyjna
Drugi projekt, który zaprezentowano podczas pierwszej Warszawskiej Zupy, przygotowało Polskie Stowarzyszenie Zero Waste. Stowarzyszenie organizuje „Naprawialnię”, czyli polską wersję holenderskiego pomysłu znanego pod nazwą „Repair Cafe”.
– Chcielibyśmy nadać naszemu projektowi polską nazwę i polski charakter, dlatego raczej nie przystąpimy do sieci repair cafes (repaircafe.org). Wzorujemy się jednak na ich działalności – mówi Anna Komar ze Stowarzyszenia Zero Waste.
Kawiarnia reparacyjna jest mobilna, przenosi się z dzielnicy do dzielnicy, jak najbliżej mieszkańców, który mają w domu coś zepsutego, czego nie potrafią naprawić sami. Dziecięce zabawki, które już nie grają, nie ruszają się, nie świecą, misie bez oczek i lalki bez włosów, stare tostery, tępe nożyczki, niedziałające żelazka czy oldskulowe radioodbiorniki – zamiast zaśmiecać stryszki, piwnice i antresole teraz mają szansę na drugie życie.
Stowarzyszenie zbiera fundusze na symboliczną choćby zapłatę dla potencjalnych naprawiaczy: elektryków, elektromechaników, ślusarzy, kaletników, krawcowych, informatyków, szewców, specjalistów od ostrzenia noży i nożyczek czy naprawiania telefonów i rowerów. Wszyscy oni będą „pracować” w kawiarni. Pieniądze potrzebne są też na ewentualne opłaty związane z wynajmowaniem sal.
– Chcemy uświadomić ludziom, że można i warto przeciwstawić się tak popularnemu dziś konsumpcjonizmowi i zamiast wyrzucać rzeczy, które mają już swoje lata i nie działają idealnie – naprawić je i zachować w domu – przekonuje Anna Komar ze Stowarzyszenia „Zero Waste”.
Projekt wystartuje od stycznia na warszawskim Ursynowie. Gdzie dokładnie – jeszcze nie wiadomo. Stowarzyszenie poprosiło o pomoc burmistrza Ursynowa i czeka na odpowiedź.
– Mamy nadzieję, że burmistrz obejmie patronatem dzielnicy naszą inicjatywę i dzięki temu znajdziemy miejsce, np. salę gimnastyczną w jakiejś szkole podstawowej oraz ludzi, którzy będę dla nas naprawiać. Mamy już jednego pana „złotą rączkę” i jedną krawcową, z dalszą rekrutacją czekamy do decyzji burmistrza – opowiada Anna Komar.

Stowarzyszenie planuje, aby „Naprawialnia” wizytowała co miesiąc inną dzielnicę Warszawy, w sobotę, w godzina 10 – 14. W trakcie imprezy będzie można poczęstować się kawałkiem ciasta domowej roboty i napić kawy.
– Pierwsza polska Repair Cafe działa pod nazwą Reperka w Pile. Pomysł cieszy się dużym powodzeniem i świetnie się sprawdza. Wystarczy powiedzieć, że podczas jednego spotkania pan, który ostrzy noże i nożyczki miał aż 120 przedmiotów do naostrzenia – mówi Anna Komar.

W rankingu Repair Cafe w Holandii, gdzie kawiarnie działają od sześciu lat, najczęściej naprawianymi w nich przedmiotami są odkurzacze, czajniki i rowery. Na świecie działa 1 370 takich kawiarni. Ich mapę można zobaczyć pod linkiem: https://repaircafe.org/en/visit/.
Opublikowano na ngo.pl



Monday, 16 October 2017

Podziel się jedzeniem!


Masz w lodówce coś zbędnego? Wiesz, że nie zdążysz tego zjeść zanim się zepsuje? Zanieś do Jadłodzielni! W Warszawie działa ich już osiem, a w poniedziałek, 16 października 2017 r., z okazji Światowego Dnia Żywności zostanie otwarta dziewiąta. Rozmawiamy z Karoliną Hansen, współzałożycielką pierwszej Jadłodzielni w Warszawie i aktywistką ruchu foodsharingowego w Warszawie.

Jadłodzielnia to miejsce, w którym można zostawić jedzenie, którego ma się za dużo lub poczęstować się tym, co zostawili inni. Za darmo. Celem jest zapobieganie marnowaniu żywności. Jak mówią sami organizatorzy, miłym efektem ubocznym jest też pomoc tym, którzy jedzenia mają za mało. 
Warszawska Jadłodzielnia numer 9 mieści się w Centrum Społecznym Paca przy ul. Paca 40. Ustawiono tam, jak w każdym tego rodzaju miejscu, lodówkę i specjalne szafki, w których przechowywane będą prodkuty żywnościowe. Jadłodzielnia działa od poniedziałku do piątku w godz. 10.00 – 20.00 oraz w soboty w godzinach 10.00 – 18.00. Zorganizowały ją Foodsharing Warszawa oraz Kooperatywa Grochowska.

Ile jadłodzielni jest już w Polsce?
Karolina Hansen: – Ta w Centrum Społecznym Paca to już 21. Na profilu facebookowym Foodsharing Warszawa można znaleźć mapę wszystkich polskich punktów. Jest też dużo informacji o nich w internecie. Zazwyczaj jadłodzielnie powstają w miejscach dostępnych dla wszystkich: w budynkach uniwersyteckich, w siedzibach organizacji społecznych, dwie czy trzy mieszczą się w budkach bazarowych.

Kiedy powstała pierwsza Jadłodzielnia w Warszawie i jak do tego doszło?
K.H.: – W maju 2016 r. na Wydziale Psychologii przy ul. Stawki założyliśmy pierwszą Jadłodzielnię w Warszawie, a jednocześnie i w Polsce. Od dawna irytowało mnie marnotrawienie jedzenia, zostałam nawet wolontariuszką Banków Żywności. Tam poznałam Agnieszkę Bielską, z którą potem postanowiłyśmy propagować foodsharing w Polsce. Szukałyśmy informacji w internecie i okazało się, że dość dużo dzieje w tej sprawie w Niemczech. Nawiązałyśmy kontakt z niemiecką organizacją Foodsharing i w styczniu 2016 r. pojechałyśmy ndo nich na spotkanie. Zadałyśmy setki pytań osobom koordynującym cały ruch w Niemczech i wróciłyśmy do Warszawy z wielką energią, by zrobić coś takiego w Polsce. 

Jakie były wnioski?
K.H.: – Działamy na dwa sposoby. Po pierwsze, staramy się namawiać ludzi do tego, żeby dzielili się jedzeniem, zamiast je wyrzucać. Po drugie, tworzymy Jadłodzielnie. Ze względu na inne możliwości techniczne, bardziej koncentrujemy się na tworzeniu nowych Jadłodzielni , a mniej na ratowaniu żywności na dużą skalę. W Niemczech, dzięki zapleczu technicznemu, udało się stworzyć bardzo sprawny i o szerokim zasięgu system odbioru jedzenia ze sklepów. Mają relatywnie mało Jadłodzielni, choć i tak są ich setki, za to rocznie odzyskują tysiące jedzenia. Nam trudno było znaleźć pierwsze sklepy, opór był dość duży, ale na szczęście powoli się takie znalazły.

No właśnie, a skąd właściwie te nadwyżki jedzenia?
K.H.: – Bardzo często się zdarza, że nagle komuś nie smakuje coś, co kupił, albo kupił za dużo. Ktoś wyjeżdża i ma pełną lodówkę. Albo nagle okazało się, że ma na coś alergię. Ratujemy także jedzenie z restauracji, piekarni, firm cateringowych. Ponieważ żaden sklep nie chce, żeby jego półki świeciły pustkami, nawet wieczorem jest na nich pełno pieczywa. Zazwyczaj jest tak, że sklepy wpisują ten towar w tzw. straty i wyrzucają do śmieci. A wtedy wkraczamy my i odbieramy takie jedzenie.

My, to znaczy kto?
K.H.: – Jesteśmy grupą już około 30 osób. Część z nas, około 10 osób, od samego początku interesowały sie nie tylko foodsharingiem, ale także freeganizmem. Te osoby są organizatorami. Pozostali to tzw. ratownicy. Rekrutujemy ich przez naszą stronę na FB. Po trzech próbnych odbiorach, podczas których sprawdzamy, czy są punktualne i wiedzą, jak się zachować, działają już samodzielnie. Ratownik może skorzystać z tego, co dostaje, a potem zawozi jedzenie do jadłodzielni. Niektórzy oddają je do domu samotnej matki, inni rozdają koło dworca. W sumie w całej Polsce jest około 200 osób zaangażowanych w foodsharing. Współpracujemy ze sobą, jeśli chodzi o promocję tej idei. Wszyscy jesteśmy wolontariuszami. W Warszawie mamy 10 miejsc, które oddają coś codziennie plus około 20 miejsc, które oddają jedzenie od czasu do czasu.

Sklepy same się do Was zgłaszają?
K.H.: – Bywa różnie. Zazwyczaj to my proponujemy odbieranie niewykorzystanego jedzenia. Ale można się zgłosić, będziemy bardzo szczęśliwi.

I kto na przykład w Warszawie dzieli się jedzeniem?
K.H.: – Nie wszyscy chcą, żeby o tym mówić, ale niektórzy tak. Na przykład restauracja Tusz Tusz przy pl. Bankowym. Od poniedziałku do piątku serwują lunch i każdego dnia ten lunch jest inny. Często więc danego dnia zostaje zupa albo drugie danie, które już się nie sprzeda. Albo kawiarnia STOR, w której serwowane są codziennie świeże kanapki, a my wieczorem odbieramy te, które się nie sprzedały.

A co robią z niepotrzebną żywnością inne lokale I sklepy?
K.H.: – Czasami ją palą, przekazują na kompostowanie lub jest przerabiana na paszę dla świń. Ale to, niestety, w najlepszym wypadku. Często ląduje po prostu na wysypiskach. Są na szczęście takie sklepy, które same z siebie wpadły na to, aby nie wyrzucać niesprzedanych produktów do kontenerów, ale pozostawić je w jakimś pojemniku z boku. 

Kim są odbiorcy?
K.H.: – Trudno to dokładnie monitorować, ale z relacji np. osób pracujących na portierni na Wydziale Psychologii wiem, że jest grono stałych odbiorców, w bardzo różnym wieku, często starszych. Są tacy, którzy przychodzą codziennie i tacy, którzy przychodzą raz na jakiś czas. Na pewno też są setki osób, które były tylko raz albo dwa, ale takie trudno rozpoznać i wiedzieć, że przyszły właśnie do Jadłodzielni.

Z czym macie trudności?
K.H.: – Brakuje nam systemu informatycznego, który pozwoliłby zarządzać logistyką odbiorów. Na razie, 10 sklepów, z którymi regularnie współpracujemy mieści się w internetowym arkuszu kalkulacyjnym. Ale gdyby było ich 50 – trudno by to było ogarnąć. Potrzebujemy pomocy programistycznej.

Jak należy oddawać jedzenie?
K.H.: – Jeśli ktoś ma dużo jedzenia, najlepiej podzielić je na porcje i wstawić do lodówki czy szafki w jakimś pudełku czy słoiku, które ktoś sobie może po prostu wyjąć. Dobrze je również opisać, co to jest i czy np. zawiera mięso albo jakieś alergeny. Do tego warto napisać, kiedy zostało otwarte oryginalne opakowanie albo kiedy zostało przygotowane danie domowe. Jeśli ktoś wie, że planuje imprezę albo zamawia catering, najlepiej gdy zgłosi się do nas wcześniej, np. kilka dni przed wydarzeniem. Będziemy mogli wtedy zorganizować odbiór jedzenia i sami je poporcjujemy. Firmy, które np. wydają przyjęcia świąteczne mogą w umowie zobowiązać firmę cateringową do tego, żeby to, co nie zostanie zjedzone, odwieźć do jednej z Jałdodzielni. Przecież zazwyczaj jest tego za dużo. Nikt nie chce, żeby jedzenia zabrakło.

Wiadomo kiedy foodsharing pojawił się w miastach?
K.H.: – 5 lat temu wystartował foodsharing niemiecki, ale takie pomysły mieli ludzie w różnych miejscach na świecie. Pojawiły się Jadłodzielnie w Indiach, w Hiszpanii.

Czy zdarzyło się, że jedzenie w Jadłodzielni było zepsute czy jakieś wadliwe?
K.H.: – W sensie, żeby komuś zaszkodziło? Nie, nigdy jeszcze nie słyszeliśmy o takim wypadku. Jednak każdy na swój własny rachunek musi sprawdzić, czym się częstuje. My dostarczamy do miejsca wymiany, ale nie bierzemy odpowiedzialności za to, co ktoś tam włoży. Natomiast codziennie albo co drugi dzień sprawdzamy czystość i zawartość lodówek i wyrzucamy nieświeże jedzenie. Zawsze zalecamy zaufać zmysłom, obejrzeć, powąchać, spróbować mały kawałek tego, co się wyjęło.

Każdy może do Was do łączyć?
K.H.: – Każdy. Do ratowania żywności, ale i do innych zadań. Potrzebujemy na przykład programisty lub programistki, darmowego druku, ale też nowych lodówek, szafek na jedzenie. Dla każdego znajdzie się jakaś ważna rola.
Tekst opublikowany na ngo.pl


Monday, 2 October 2017

Centrum Sztuki Tańca w Warszawie



Jeśli dziś poniedziałek, to zapraszamy do Centrum Sztuki Tańca, które we wrześniu otwarto w Warszawie. Dzięki organizacjom pozarządowym powstała namiastka tego, o czym niemal od stulecia marzą wszyscy warszawscy artyści, krytycy i miłośnicy tańca współczesnego. Stała siedziba.

Centrum Sztuki Tańca (CST) mieści się w nowym Domu Kultury Kadr na warszawskim Mokotowie (u zbiegu ul. Cybernetyki i Rzymowskiego). Dyrektorkami CST są Paulina Święcańska z Fundacji Artystycznej PERFORM i Agata Życzkowska z Fundacji Rozwoju Teatru „NOWA FALA”. Swoją działalność Centrum rozpoczęło 18 września 2017 r., prezentując dwa spektakle taneczne. O tym, po co powstało Centrum Sztuki Tańca i co konkretnie będzie się w nim działo rozmawiamy z Agatą Życzkowską.

Skąd wzięło się Centrum Sztuki Tańca? Jaka jest historia jego powstania?
Agata Życzkowska: – Poszukiwanie miejsca dla tańca współczesnego w Warszawie ma swoją długą historię. Takiego miejsca brakowało „od zawsze”. Mówią o tym od dziesięcioleci artyści, krytycy, kuratorzy, miłośnicy tańca. W porównaniu z innymi stolicami europejskimi, np. Pragą czy Berlinem, jesteśmy pod tym względem bardzo do tyłu. Próby stworzenia w Warszawie stałego miejsca dla tańca sięgają 1933 r., kiedy próbowały coś z tym robić m.in. wszechstronna choreografka Tacjanna Wysocka, primabalerina Teatru Wielkiego Halina Szmolcówna i wybitna tancerka ekspresjonistyczna Pola Nireńska. Dlaczego to się nie udało – dokładnie nie wiemy. Po wojnie wiele się w tańcu współczesnym działo, ale instytucjami kulturalnymi zarządzało państwo, więc niewiele można było zrobić z problemem siedziby i przez kolejne dziesięciolecia takie miejsce nie powstało. Dopiero w 1989 r. środowisko związane z tańcem współczesnym mogło znów wziąć sprawy we własne ręce.

I co takiego zaczęło się dziać?
A.Ż.: – Najpierw zaczęto organizować festiwale tańca współczesnego i wokół nich skupiło się całe środowisko, zarówno tancerze jak i widzowie, i krytycy. Powstały m.in. takie festiwale jak Festiwalu Ciało/Umysł, Międzynarodowe Spotkania Sztuki Akcji ROZDROŻE, Międzynarodowy Festiwal Teatru Tańca Zawirowania, Festiwal Warsaw FLOW, Międzynarodowy Festiwal Improwizacji Tańca SIC!, Warsaw Dance Days. Te wszystkie imprezy są potwierdzeniem tego, że w dziedzinie tańca współczesnego wiele się w Warszawie dzieje.

Jaki był kolejny krok?
A.Ż.: – Od 2001 r. zaczęły powstawać organizacje pozarządowe związane z tańcem, performancem i sztukami pokrewnymi. Dla wielu z nich jednym w priorytetów było stworzenie stałego miejsca, w którym można by rozwijać tę dziedzinę sztuki, prezentować artystów. Realizowane były projekty takie jak Warszawska Scena Tańca (projekt z 2011 r., który był próbą prezentacji tańca współczesnego przez cały rok w stolicy), Warszawska Platforma Tańca (trzyletni projekt skoncentrowany na prezentacji i promocji warszawskich artystów związanych z tańcem, realizowany w latach 2014-2016), czy projekt pilotażowy Centrum Sztuki Tańca w Mazowieckim instytucie Kultury z 2016 roku.

Centrum Sztuki Tańca tworzy 18 organizacji pozarządowych. Jak to się stało, że postanowiły oficjalnie zjednoczyć się i zrobić coś razem?
A.Ż.: – Jest to większość organizacji działających przy Komisji Dialogu Społecznego ds. Tańca, utworzonej przy warszawskim Biurze Kultury. Środowisko tańca współczesnego w Warszawie jest relatywnie niewielkie, znamy się, wspieramy, mamy wiele wspólnych interesów. Działamy razem, bo chcemy pokazać, że istniejemy, że jesteśmy różnorodni, że wiele się w naszym świecie dzieje i że warto w nas inwestować.

Dlaczego Dom Kultury Kadr?
A.Ż.: – Dzięki przychylności dyrektora Domu Kultury Kadr, Zbigniewa Dardy, który wspiera inicjatywy oddolne, w tym właśnie działania organizacji pozarządowych. Otrzymaliśmy, na zasadzie partnerstwa, możliwość korzystania z przestrzeni w Domu Kultury Kadr. W nowej siedzibie są trzy sale taneczne z lustrami, jest sala widowiskowa na 232 osoby i mała sala na 45 osób. Dostaliśmy grant na trzy lata od m.st. Warszawy, które współfinansuje ten projekt i mogliśmy dzięki temu nawiązać współpracę z DK Kadr. Nie jesteśmy instytucją kultury, działamy jako projekt, który prowadzimy w Domu Kultury Kadr. Pomysł i program są wspólne, ale konkretną ofertę złożyły Fundacja Rozwoju Teatru „NOWA FALA” i Fundacja Artystyczna PERFORM. Jesteśmy operatorami całego projektu, zarządzamy finansami, organizujemy całość. Pozostałe organizacje mają funkcję doradczą i współpracują na wielu polach.

Jak się komunikujecie? 18 organizacji to przecież bardzo dużo osób i interesów.
A.Ż.: – Komunikujemy się przy pomocy maila. Mamy długą listę adresów. To działa. Ponadto od stycznia do czerwca tego roku spotykaliśmy się także raz w tygodniu. Bez spotkań ten projekt by nie powstał w takiej formie. Kontakt bezpośredni jest bardzo ważny. Nie wszyscy jednak mogą być na spotkaniach. Większość z nas to artyści, którzy mają codziennie próby, przedstawienia, rezydencje poza Warszawą, pokazy w Polsce i na całym świecie. Ostatnio na przykład dyskutowaliśmy nad identyfikacją wizualną, musieliśmy wspólnie zaakceptować projekty graficzne i pisaliśmy do siebie tak długo, aż znaleźliśmy złoty środek. Tworzymy konsorcjum organizacji pozarządowych. Łączą nas m.in. potrzeby i braki.

Nad czym jeszcze debatowaliście?
A.Ż.: – Razem musieliśmy się zastanowić nad tym, na jakie tematy w naszej działalności położymy nacisk. Na przykład doszliśmy do wniosku, że priorytetem nie są warsztaty, bo jest ich w Warszawie bardzo dużo i są różnorodne. Natomiast większości organizacji brakuje sali do prób i ćwiczeń dla tancerzy. Chcemy stworzyć także wspólne kalendarium, aby było wiadomo kto nad czym pracuje, co, kiedy i gdzie wystawia. Abyśmy z dużym wyprzedzeniem znali nawzajem terminy wydarzeń tanecznych. Dzięki temu takie działania w Warszawie dopełniałyby się, a nie pokrywały terminami, co niestety wciąż jeszcze nam się zdarza. Jest to także wynikiem tego, że każdy z nas pracuje w różnych przestrzeniach i często nie mamy wpływu na wybór daty. Gramy wtedy, kiedy nasz partner na to pozwala. Takie kalendarium znacznie ułatwiłoby nam też dotarcie do wspólnego widza .

I nie konkurowalibyście o niego…
A.Ż.: – Dokładnie..

Ile właściwie osób będzie tworzyć i pracować w Centrum Sztuki Tańca?
A.Ż.: – W tej chwili to jest 70 osób plus około 20 osób, które gościnnie z nami współpracują. Jesteśmy środowiskiem bardzo otwartym, współpracujemy z artystami z innych miast, z innych krajów. W tym roku mamy zaplanowanych ponad 20 spektakli w 14 wieczorów.

O czym marzycie?
A.Ż.: – Naszym marzeniem i celem jest jeden budynek dedykowany tańcowi współczesnemu w Warszawie.

Co zatem planujecie robić dalej?
A.Ż.: – Zadaniem Komisji Dialogu Społecznego ds. Tańca będzie dalsza praca, żeby walczyć o miejsce dla nas. Stabilizacja jest bardzo ważna dla rozwoju każdego przedsięwzięcia, daje choćby możliwość planowania przyszłości, nie mówiąc na przykład o zarządzaniu finansami. W Domu Kultury Kadr mamy pewne możliwości, ale tego rodzaju rozwiązanie, czyli bycie jednak częścią instytucji kultury miejskiej, która ma za zadanie wspierać różne dziedziny sztuki, ma duże ograniczenia. Na przykład jesteśmy zobligowani do tego, by ćwiczyć w godzinach porannych, po południu dzielimy salę do prób z innymi… Jednym z wielu problemów artystów tańca współczesnego jest to, że po premierze często nie mamy gdzie pokazywać dalej naszych przedstawień. Dostajemy pieniądze na produkcję spektaklu, przygotowujemy je i potem możemy je pokazać tylko raz lub dwa, bo brakuje sali, ale też finansów na eksploatację spektaklu.

Spektakle, które nie zostały dość dobrze poznane przez widownię będziecie pokazywać w CST?
A.Ż.: – Tak. Będziemy w większości grać spektakle, które już miały swoje premiery. Chcemy zademonstrować nasze możliwości, dokonania. Spektakle będą odbywały się zawsze w poniedziałki, od września do grudnia. Przedstawimy szerokie spektrum tańca współczesnego: zarówno improwizacje taneczne, spektakle oparte na strukturze, prace instalacyjne, spektakle interdyscyplinarne, performancy. Po każdym spektaklu odbędzie się rozmowa artystów z widzami.

Poniedziałek to dobry dzień na taniec współczesny?
A.Ż.: – Wiele teatrów jest wtedy zamkniętych, a ludzie i tak mają potrzebę wychodzenia z domów. Poza tym są osoby przyjezdne, które chciałyby zrobić w Warszawie jeszcze coś ciekawego i przedłużyć sobie weekend.

Czy dużo osób w Warszawie chce oglądać taniec?
A.Ż.: – Taniec współczesny, co pokazują wcześniejsze festiwale i projekty, ma swoją widownię. Ale jednym z naszych zadań na przyszłość jest rozszerzanie publiczności. Chcemy poszerzać świadomość widzów. W przyszłym roku położymy nacisk na edukację, zwłaszcza młodego widza, który, mamy nadzieję, pokocha taniec i będzie nas odwiedzał w przyszłości. Planujemy zajęcia i warsztaty dla dzieci, młodzieży, seniorów. Będziemy pokazywać filmy o tańcu. W trzecim roku naszej działalności, w 2019 r., skupimy się na krytyce i teorii tańca, planujemy konferencję na ten temat. Chcemy także prowadzić zajęcia z teorii tańca dla wszystkich zainteresowanych.

Wiecie, że będzie aż takie zainteresowanie tańcem czy to raczej eksperyment?
A.Ż.: – Zauważyliśmy, że wymiana myśli z widzami ma ogromny sens. Po spektaklach organizujemy spotkania i dyskusje, które bardzo się sprawdzają. Taniec współczesny jest jednak mniej znany niż np. teatr. Chcemy pomóc publiczności w jego interpretacji właśnie poprzez rozmowy i warsztaty. Taniec bardzo pasuje do naszych czasów, ma ogromny potencjał, dlatego, mimo trudnych warunków, tak się rozwija.
******

Lista organizacji współpracujących w Centrum Sztuki Tańca w Warszawie: Fundacja Rozwoju Teatru „NOWA FALA” / HOTELOKO movement makers, Fundacja Artystyczna PERFORM / Festiwal Warsaw Flow, Centrum w Ruchu, Fundacja Burdąg, Fundacja Ciało/Umysł – Festiwal Ciało/Umysł, Fundacja Ciało się, Fundacja Movementum, Fundacja „Myśl w Ciele” / Warszawska Pracownia Kinetograficzna, Fundacja Rozwoju Tańca „Eferte” / Mufmi Teatr Tańca, Fundacja Scena Współczesna / Teatr Tańca Zawirowania, Fundacja Sztuka i Współczesność, Fundacja Sztuki Tańca, Fundacja Tradycji i Transformacji Sztuki / Teatr Tańca NTF, Stowarzyszenie „Akademia Umiejętności Społecznych”/ Teatr Limen Butoh, Stowarzyszenie i Kolektyw Artystyczny Format ZERO, Stowarzyszenie Ja Ja Ja Ne Ne Ne / TukaWach, Stowarzyszenie Strefa Otwarta / Warszawski Teatr Tańca, Stowarzyszenie Sztuka Nowa
Tekst opublikowano na ngo.pl

Saturday, 9 September 2017

Warszawska Zupa




14 września 2017 r. w warszawskim Barze Prasowym odbyła się pierwsza edycja Warszawskiej Zupy, imprezy mikrograntowej rodem z USA. Rozmawiamy z Anną Laśkiewicz-Kowalik, współzałożycielką i redaktorką serwisu Miasto2077.pl, które wraz ze Stowarzyszeniem Ludzi Nowoczesnych jest organizatorem tego wydarzenia.

Skąd pomysł na Warszawską Zupę?
Anna Laśkiewicz-Kowalik: – Prowadzimy serwis miasto2077.pl i dużo czytamy o tym, co się dzieje w innych miastach na świecie. W brytyjskim The Guardian przeczytaliśmy tekst o Detroit Soup – kolacji, urządzanej raz na kwartał, począwszy od 2010 roku, podczas której uczestnicy fundują mikrogranty na realizację wybranych projektów miejskich. Pomysł nas zachwycił, napisaliśmy maila i tak zaczęła się nasza współpraca z Detroit Soup. Dostaliśmy obszerny tutorial z historią „Zupy”, zasadami działania. Nie jesteśmy zresztą pierwszą „Zupą” w Polsce. Szlak przetarła Krakowska Zupa, której dwie edycje zorganizował już Ambasada Krakowian. Współpracujemy ze sobą. Mniejsza wersja „Zupy”, dzielnicowa, odbyła się w maju w Warszawie. Była to „Bielańska Zupa”.

Jak to działa?
A.L-K.: – Informujemy mieszkańców o tym, że jest organizowane takie wydarzenie. Uprzedzamy, że chodzi o mikrogranty, więc trzeba zabrać ze sobą jakieś pieniądze. Postanowiliśmy, że datek może być dowolny, ale sugerujemy, by nie było to mniej niż 15 zł, tak żeby udało się zebrać jakąś sensowną mikro kwotę. Ale można oczywiście wpłacać więcej. W pierwszej Warszawskiej Zupie wzięło udział około 40 osób. Na wejściu każdy dostał informacje o wydarzeniu, zasady działania oraz kartę do głosowania. Objaśniliśmy jeszcze raz ideę i zasady, i zaczęliśmy prezentacje.

W pierwszej edycji Warszawskiej Zupy były cztery prezentacje...
A.L-K.: – Miały być cztery, ale jeden z uczestików niestety nie dojechał. Odbyły się trzy. Według Detroit Soup jednak cztery to optymalna liczba, bo większej ilości informacji ludzie nie ogarną. Każda prezentacja trwa 5 minut i jest autorskim wystąpieniem twórcy, nie jest dozwolone korzystanie z żadnych technologii. Po prostu występ jednej osoby. Dzięki temu w jaki sposób i co mówi, łatwiej się zorientować, jak bardzo zaangażowana jest w projekt. Potem odbywa się sesja pytań publiczności, odpowiedzi i kolejna prezentacja.

Dużo osób czy organizacji zgłosiło swoje pomysły?
A.L-K.: – Projekty zbieraliśmy od lipca 2017. Na początku września mieliśmy siedem zgłoszeń. To podobno dużo jak na pierwszy raz. W Detroit na początku zgłaszano 2 – 5 projektów. Teraz może być ich nawet 75. Aby znaleźć chętnych, ogłaszaliśmy się na Facebooku, przez zaprzyjaźnione strony i organizacje. Przejrzeliśmy zgłoszenia do budżetu obywatelskiego, gdzie często można znaleźć perełki, które nie załapały się na finansowanie. Namówiliśmy autorów dwóch projektów, aby wzięli udział w Warszawskiej Zupie.

Co się dzieje, gdy autorzy projektów już się zaprezentują?
A.L-K.: – Widownia gromadzi się przy poczęstunku, ludzie rozmawiają, dzielą się swoimi uwagami i opiniami, dyskutują. Mogą dopytać autorów projektów o szczegóły, mogą zastanowić się nad tym, który się im najbardziej podoba. A potem głosują. Przygotowaliśmy specjalne karty do głosowania, które potem wrzucano do urny. Głosy podliczyła komisja, w skłąd której weszła osoba z publiczności, taki mąż zaufania.
Jakie są zasady? Kto się może zgłaszać i kto ma największe szanse, że zostanie dopuszczony do prezentacji na Warszawskiej Zupie?
A.L-K.: – Nie ma wielu zasad. Projekty muszą być społecznie użyteczne, bezpłatnie dostępne dla mieszkańców Warszawy. Muszą także być na tyle proste, by udało się je dobrze zaprezentować i by kwota kilku tysięcy złotych mogła być znaczącym wkładem finansowym. Detroit daje szanse bardzo różnym projektom, aby pokazać, że pomysł z każdej branży wart jest zainteresowania.

Czego dotyczyły pomysły zgłoszone do Warszawskiej Zupy?
A.L-K.: – To były pomysły z obszarów takich jak ekologia, zieleń, integracja społeczna, rozrywka i integracja, recykling. Wybraliśmy projekt edukacyjny, integrujący lokalną społeczność, promujący zachowania ograniczające odpady, a także związany z zielenią miejską. Wśród zgłoszeń była na przykład jedna z warszawskich bibliotek publicznych.

Jak sprawdzicie, czy pieniądze rzeczywiście zostały wydane na prezentowany cel, czy ktoś ich po prostu nie zmarnował?
A.L-K.: – Idea „Zupy” opiera się na zaufaniu. „Fundatorzy” czyli publiczność ufa, że dobrze spożytkujemy powierzone nam pieniądze, że znajdziemy i wybierzemy ciekawe projekty. Ich autorzy wierzą, że zostaną sprawiedliwie ocenieni. My wierzymy, że autorzy projektów potraktują nas poważnie. O tym, co zrobili, opowiadają na kolejnej Warszawskiej Zupie. Na początku każdego wydarzenia, o swoich dokonaniach opowiadają zwycięzcy poprzedniej edycji. Planujemy organizować „Zupę” co kwartał, więc jeszcze w grudniu dowiemy się, co wyniknie z pomysłów, które wygrały w pierwszej edycji.

Zmodyfikowaliście jakoś amerykańskie zasady?
A.L-K.: – Tak, uznaliśmy, że można wykorzystać „Zupę”, aby zintegrować ze sobą rożne środowiska obecne w mieście. Uderzyliśmy do bardzo wielu różnych firm z zapytanie, czy nie zechciałyby dołożyć się do naszego mikrograntu w ramach inwestowania w dzielnicę i miasto, w których przecież same działają. Firma Echo Investment zaoferowała złotówkę za każdą złotówkę wpłaconą przez naszych gości. Także nagroda jest podwojona.

Jaki posiłek przygotowaliście?
A.L-K.: – Zażarcie nad tym dyskutowaliśmy. Były dwie zupy, do wyboru: pomidorowa oraz żurek. Do tego pierogi ze szpinakiem, kapustą, ruskie, z mięsem. Wszystko przygotował Bar Prasowy.

*****
W pierwszej Warszawskiej Zupie swoje projekty zaprezentowały: Jolanta Komar z Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Wawer z projektem „Warsztaty Architektoniczne dla Dzieci”, Kaśka Barc ze Stwarzyszenia Kr3atywni (dawniej Inicjatywa Społeczna Oddam Odpady) z projektem "Przewodnik Zakładania Sąsiedzkiego Kompostownika” oraz Anna Komar z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste z projektem “Warszawa Repair Cafe”.
Zwyciężył projekt prezentowany przez Kaśkę Barc. Nagroda zebrana wśród uczestników wyniosła 1242,63 zł, czyli po podwojeniu – 2485 zł.

Tekst opublikowano na ngo.pl

Pozarządowe lokale Warszawy: Duży Pokój



W Warszawie jest dużo miejsc, w których działają organizacje pozarządowe, przygotowując atrakcje i wydarzenia dla mieszkańców stolicy – czy to na skalę miasta, czy lokalną. Pozarządowe Lokale Warszawy to cykl serwisu warszawa.ngo.pl, w którym przybliżamy działalność warszawskich NGO. „Bohaterem” czwartego odcinka jest Pracownia Duży Pokój.

Kiedyś był tu bank. Róg ulic Wareckiej i Kubusia Puchatka leży jednak w pewnym oddaleniu od tzw. „głównych szlaków komunikacyjnych” i może dlatego banku już nie ma. Ponad 200-metrową przestrzeń wynegocjował z miastem kolektyw sześciu organizacji pozarządowych. Razem tworzą tu Pracownię Duży Pokój, która – obok prowadzenia działalności kulturalno-społecznej – udostępnia swój największy pokój wszystkim, którzy go potrzebują. Z programu „Sala na Próbę” korzystają artyści, działacze społeczni, edukatorzy, ale też „zwykli” obywatele zainteresowani kulturą. Mogą tu zorganizować swoją wystawę, próbę, warsztat czy debatę. Od marca 2011 r. zorganizowali prawie 4500 wydarzeń, czyli średnio niemal 700 rocznie.

Czynsz nie zawsze po równo
W Pracowni Duży Pokój działają: Stowarzyszenie Rozwój w Biały Dzień (www.duzypokoj.org), Stowarzyszenie 61 (www.MamPrawoWiedziec.pl), Stowarzyszenie Pracownia Etnograficzna (www.etnograficzna.pl), Inicjatywa Wolna Białoruś (www.wolnabialorus.pl), Fundacja Picture Doc (www.picture-doc.org), Magazyn W Punkt (magazynwpunkt.com). W sumie jest to grupa około 20 osób. Postanowili pracować razem, bo samodzielne wynajęcie biura zjada ogromną część budżetu organizacji pozarządowej. Dla wielu z nich mogłoby to być zabójcze. Poza tym lubią się i chcieli się wspierać, robić coś wspólnie.
– Na czynsz nie zawsze składamy się po równo. Płaci ten, kto ma pieniądze, bo wiadomo, że w pozarządowych realiach bywają miesiące kiedy pieniędzy nie ma – opowiada Ania Czyżewska z Pracowni Etnograficznej.

Zrzutka na podłogę
Pierwszy Duży Pokój założyli wiosną 2010 r. w 120-metrowym mieszkaniu przy ul. Koszykowej 11. W marcu ruszył program „Sala na Próbę”. Szybko okazało się, że mieszkanie jest dla nich za małe, a „Sala na Próbę” potrzebuje przestrzeni, w której nie będzie dokuczać sąsiadom. Jesienią 2014 r., po negocjacjach z Burmistrzem Dzielnicy Śródmieście, wprowadzili się na ul. Warecką 4/6. Razem wyremontowali podłogę. Potrzebne 13 tys. zł zebrali crowdfundingowo: swój grosz na ten cel wpłaciło ponad 300 osób.
Drugi Duży Pokój ma powierzchnię ponad 200 metrów kwadratowych, a udostępniana gościom sala około 70 metrów kwadratowych. I cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem.

Nie dzwoń, zarezerwuj
Aby coś tu zorganizować, trzeba zarezerwować pokój w wybranym terminie poprzez kalendarz i formularz, które są udostępnione na stronie internetowej oraz przestrzegać regulaminu porządkowego. Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego na stronie Pokoju (www.duzypokoj.pl) nie ma numeru telefonu, to wyjaśniamy: jest to zabieg motywacyjny. Użytkownicy sali wolą załatwiać sprawy telefonicznie i jeśli znają numer – dzwonią, zamiast wpisywać się do kalendarza. Pracownia zapewnia rozmaite ułatwienia, w tym: szyny aluminiowe, linki stalowe i nylonowe, przesuwane haczyki, sznury, taśmy oraz czterdzieści kieliszków na wypadek wernisażu lub bankietu. Można liczyć także na wsparcie merytoryczne. Stowarzyszenie Rozwój w Biały Dzień pełni funkcje administracyjne. Biuro otwarte jest od 9.00 do 17.00, ale zdarza się, że dużo dłużej.

Trudno nas zadziwić
We wrześniu i październiku 2017 r. w Dużym Pokoju odbędą się między innymi warsztaty dla Stowarzyszenia Dziennikarzy i Dokumentalistów „Koncentrat”, spotkanie z okazji Warszawskich Dni Seniora, wystawa Ewy Sułek, debata Fundacji Global.Lab oraz warsztaty „Zawód: Artystka” oraz warsztaty „Artysta w kryzysie”. Te ostatnie organizowane są przez Stowarzyszenie Rozwój w Biały Dzień dla wszystkich „artystów, animatorów, aktywistów, liderów projektów i liderów organizacji pozarządowych oraz instytucji kultury w każdym wieku, niezależnie od doświadczeń”. Celem warsztatów jest tzw. coaching artystyczny czyli wspieranie ludzi kultury w rozwoju osobistym i zawodowym. To już druga edycja tego projektu.

Najbardziej zaskakujące wydarzenia w „Sali na Próbę”?
– Ludzie ciągle przychodzą do nas z szalonymi pomysłami, więc nasz próg „zdziwienia” jest bardzo obniżony. Kiedyś spontanicznie, we współpracy z Anią Kosarewską, artystką performerką, zorganizowaliśmy kilkudniowy festiwal performancu. Przyjechało ponad 20 artystów, którzy akurat byli w tej części świata. Niektórzy naprawdę znani. To wydarzenie bardzo podobało się i nam i innym osobom, więc zamierzamy zorganizować je jeszcze raz. Zaskakujące są jednodniowe lub weekendowe wystawy, które zaczyna i kończy wernisaż. Bardzo lubimy „działania” organizowane w nocy, kiedy np. oglądamy filmy w śpiworach obok papierowego namiotu, a przechodnie z zaciekawieniem zaglądają przez nasze wielkie witryny – mówi Joanna Kozera, prezeska Stowarzyszenia Rozwój w Biały Dzień.
W przyszłości Pracownia chciałaby zapraszać artystów na rezydencję i współpracować nad konkretnymi projektami od początku do końca. Aby to jednak było możliwe, trzeba by dwukrotnie zwiększyć budżet. I o tym właśnie marzy Pracownia Duży Pokój.
Tekst opublikowano na ngo.pl


Thursday, 31 August 2017

Czwarta Parada Seniorów w Warszawie



Wielka mobilizacja najbardziej energetycznych osób w Polsce! W najbliższy weekend na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbędzie się już czwarta Parada Seniorów, organizowana przez Fundację Zaczyn.

Seniorzy, ich znajomi i rodziny zbierają się w samo południe, w sobotę, 2 września 2017 r., na Rondzie de Gaulle'a. Stąd przemaszerują ulicą Nowy Świat aż do kampusu Uniwersytetu Warszawskiego, prosto na Piknik Pokoleń.
W Paradzie Seniorów weźmie udział około 10 tys. osób z całej Polski, a także z Niemiec, Węgier, a nawet z Macedonii.
W Polsce mieszka obecnie około 10 mln osób po 60. roku życia. Z prognoz wynika, że starszych ludzi będzie coraz więcej i za kilkanaście lat aż 40% polskiego społeczeństwa będzie raczej starsze niż młodsze.

Wielka mobilizacja
Wśród seniorów, którzy wybierają się do Warszawy w najbliższą sobotę, są reprezentanci 110 polskich miejscowości. Zarówno tych bardzo dużych, jak np. Gdańsk, z którego przyjedzie do stolicy pełen autokar seniorów, jak i bardzo małych, jak np. gmina Boćki z województwa podlaskiego.
– Wiemy na pewno, że autokarami przyjedzie do nas ponad 50 grup z różnych części Polski. Część wypraw pomogliśmy sfinansować z dotacji od Ministerstwu Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz z darowizn od indywidualnych sponsorów. Niektóre autokary z seniorami przyjadą dzięki swoim lokalnym samorządom, np. z Gdańska czy Starachowic – opowiada Przemysław Wiśniewski z Fundacji Zaczyn.
Kim są osoby, które mimo rozmaitych trudności związanych z finansami, wiekiem czy odległością (będzie też reprezentacja np. ze Szczecina) decydują się na podróż do Warszawy, aby przeparadować po głównych ulicach stolicy? Większość to lokalni aktywiści, członkowie Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów, działacze innych stowarzyszeń dedykowanych osobom starszym lub integracji międzypokoleniowej. Kwiat polskich seniorów. Różnorodny i bogaty w odcienie. Osoby, którym mimo 60-kilku, a czasem 90-kilku lat przeżytych w kraju o niełatwej przecież historii – nadal chce się działać, żyć, walczyć, starać się i rozwijać.

Ta grupa zasługuje na uwagę
To już czwarta Parada Seniorów i Piknik. A początki – jak to często bywa – były trudne.
– W jednym z naszych projektów dotyczących aktywizacji społecznej zaczęliśmy wydawać pismo „Zdaniem Seniora”. Gazeta ukazuje się do dziś, wydawana jest w 100 tys. egzemplarzy, a przygotowują ją dziennikarze-seniorzy. Wokół tego projektu zebrała się grupa „starszych” osób, które okazały się być wyjątkowo aktywne. Ponad połowa z nich startowała w rozmaitych wyborach, próbując na poważnie włączyć się w życie społeczne – opowiada Przemysła Wiśniewski. – Wspólnie zastanawialiśmy się, w jakiej formie aktywizować seniorów na szerszą skalę. Co jeszcze można zrobić? Wpadliśmy na pomysł parady. Baliśmy się, że to może zbyt radosna, frywolna forma, że będziemy postrzegani jako infantylni. Ale tak się nie stało.
Zorganizowanie Parady Seniorów w 2013 r. się nie powiodło. Rok później było dużo lepiej. Organizacją zajmowały się trzy osoby z Fundacji Zaczyn, większość kosztów pokryła Fundacja. Trudno było znaleźć sponsorów, nikt nie chciał uwierzyć, że się uda. A jednak z roku na rok frekwencja jest coraz większa i coraz łatwiej o sponsorów.
Parada znalazła nawet swoich naśladowców. W ciągu ostatnich trzech lat zorganizowano kilkanaście lokalnych Parad Seniorów w różnych częściach Polski. Na przykład w mazowieckiej gminie Drobin udało się lokalnym aktywistom-seniorom zebrać 800 osób, które razem przeszły przez centrum miasta.
– Na początku sądziliśmy, że Parada może być dobrym narzędziem, aby zabiegać o zmiany legislacyjne, postulować innowacje na poziomie polityki społecznej państwa. Ale z naszych doświadczeń wynika, że nie wszyscy seniorzy tego chcą. Hasła, jakie pojawiają się na Paradzie, są bardzo różne. Jedni chcą zmian, inni są szczęśliwi z tym, co jest. I chcemy tę różnorodność pokazać i podkreślać – mówi Przemysław Wiśniewski.
Polscy seniorzy nie są grupą homogeniczną, jednolitą, którą łatwo zdefiniować. Z pewnością jest ich dużo.
– Chcemy zatem przypominać, że tak duża grupa ludzi zasługuje na uwagę, tym bardziej, że póki co, oferta dla nich jest raczej skromna. Warto zmieniać rzeczywistość dzisiejszych seniorów, bo obecne 20-30-latki za jakiś czas same będą seniorami – zauważa Wiśniewski.

Pokolenia na pikniku 
Po raz pierwszy w historii tej imprezy Piknik Pokoleń, odbywający się po Paradzie, rozgości się w kampusie Uniwersytetu Warszawskiego.
Około godz. 13.00 piknik otworzą warsztaty Joga Śmiechu. Potem wystąpią Cheerleaderki 50 +, ekspert żywieniowy Konrad Gaca, nazywany przez niektórych chudotwórcą, a o 14.00 rozpocznie się koncert Tercetu Egzotycznego. Zespół powstał w 1963 roku i obok Trubadurów jest najstarszym, wciąż aktywnym zespołem muzycznym w Polsce z wokalistką, Izabelą Skrybant-Dziewiątkowską (rocznik 38.) na czele. Tercet gra muzykę w stylu latynoamerykańskim. Tuż przed 16.00 przewidziano występ DJ Wiki, także rocznik 38, najstarszej didżejki w Polsce i z pewnością jednej ze starszych na świecie. Dj Wika (w rzeczywistości Wirginia Szmyt) para się muzyką i działaniami społecznymi na rzecz osób starszych i integracji międzypokoleniowej.
Z wykształcenia jest pedagogiem. Przez wiele lat pracowała w ośrodkach dla tzw. trudnej młodzieży.
Wśród piknikowych atrakcji będą również warsztaty teatru ulicznego, sztuka malowania henną, warsztaty ceramiczne, gimnastyka umysłu i bezpłatny poczęstunek.

Zmiana wymaga odwagi
Podczas Pikniku Pokoleń Fundacja Zaczyn i Promedica24, tegoroczny główny partner wydarzenia, zainaugurują kampanię społeczną „Odważ się na zmiany”. Kampania trwać będzie przez kolejnych kilka miesięcy, a jej celem jest zainicjowanie zmian zarówno w społecznych oczekiwaniach wobec osób po pięćdziesiątce, jak i w przestrzeni publicznej, w której żyją.
– Zrobiliśmy badania wśród osób 50+. Pytaliśmy, czego brakuje im w życiu, czy chcieliby coś zmienić, w jakiejkolwiek sferze, tak aby życie stało się przyjemniejsze, bardziej satysfakcjonujące. Okazało się, że najbardziej przeszkadza im stereotyp „staruszka w bamboszach”, któremu wypada jedynie siedzieć pod pierzyną i ewentualnie robić na drutach. Aktywne kobiety po sześćdziesiątce mówiły, że są postrzegana jako nieco zwariowane albo ekscentryczne tylko dlatego, że podróżują, uczą się albo tańczą – opowiada Przemysław Wiśniewski.
W trakcie Pikniku Pokoleń odbędą się debaty o tym, jak być szczęśliwym w wieku senioralnym, co wypada seniorowi, a co nie, jak o siebie zadbać i jak przeciwstawiać się stereotypom. Czy ci, którzy ciągle spragnieni są przygód mają prawo ich szukać? Czy ci, którzy chcą tylko spokoju, mogą sobie odpoczywać? W dyskusjach wezmą udział m.in. Hanna Bakuła, Beata Pawlikowska czy dr Andrzej Sankowski, chirurg plastyczny.

W tym roku partnerem strategicznym Parady została Grupa Adamed. Wydarzenie współfinansuje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Urząd m. st. Warszawy.
Patronami wydarzenia są Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Elżbieta Rafalska, Marszałek Województwa Mazowieckiego Adam Struzik, Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, Rektor Uniwersytetu Warszawskiego Marcin Pałys.