Wednesday, 1 December 2010
Radni nie są władni
Organizacje pozarządowe współpracujące na co dzień z samorządami lokalnymi na ogół są zadowolone z tej współpracy. Jeśli pojawiają się problemy, to raczej wynikają z braku doświadczeń niż ze złej woli urzędników. Trudności jakie napotykają obie strony są konsekwencją niedoskonałych ustaw, ale jak ktoś bardzo chce, to się z urzędnikiem dogada.
Po tym, jak opisałam stosunek przedstawicieli samorządów i kandydatów do lokalnych władz wobec organizacji pozarządowych, postanowiłam zapytać również wybrane organizacje, jak wygląda współpraca z ich perspektywy. Co ciekawe, prowadząc sondę wśród różnego rodzaju fundacji i stowarzyszeń z całej Polski napotkałam takie, które nie chciały wypowiadać się na temat współpracy z lokalnymi władzami lub robiły to bardzo niechętnie. Niektórzy łagodzili swoje wypowiedzi w trakcie autoryzacji. „To są delikatne sprawy“, „Urzędnicy też czytają ngo.pl“, „Żeby się nikt nie obraził“ – tłumaczyli. Oto co powiedzieli.
WIĘCEJ
Friday, 12 November 2010
Artystyczny ul w Gracii
Stowarzyszenie Gracia Art Project powstało cztery lata temu z inicjatywy sześciorga artystów, którzy nie mieli gdzie prezentować swojej twórczości. Dziś jest jednym z ważniejszych stowarzyszeń artystycznych w Barcelonie. I co najważniejsze – bardzo otwartym na współpracę z artystami i stowarzyszeniami ze wszystkich stron świata.
Stowarzyszenie Gracia Art Project powstało z inicjatywy sześciorga artystów – dwóch muzyków, dwóch rysowników, rzeźbiarza i poety. Wszyscy mieszkali w Barcelonie, a czas płynął im na nieustannym poszukiwaniu miejsc, w których mogli prezentować swoją twórczość. Aby ułatwić sobie pracę, założyli grupę artystyczną, potem stowarzyszenie, stronę internetową, wciągnęli do współpracy Katalończyków z barcelońskiej dzielnicy Gracia i w kwietniu 2006 r. otworzyli własną galerię.
WIĘCEJ
Thursday, 11 November 2010
Jak być bogatym ?
Trzeba dbać o swoją wiedzę ekonomiczną i kontakty z przyjaciółmi, prowadzić dziennik wydatków, można medytować. Według doradców finansowych tak właśnie zdobywa się majątek
Poradniki psychologiczne z cyklu „Od zera do milionera” to osobna gałąź literatury popularnej, psychologia ekonomiczna staje się odrębną dziedziną wiedzy. Mimo to stan badań naukowych dotyczących prawdziwych milionerów jest dość rozczarowujący. Milionerzy z różnych względów nie chcą się poddawać testom, a i tak wypełniane przez nich kwestionariusze mogą odzwierciedlać to, jak chcieliby się prezentować, a nie to, jacy są w rzeczywistości.
Z punktu widzenia badaczy stanowią ponadto grupę niejednorodną, co dodatkowo utrudnia prowadzenie badań. Są wśród nich tacy, którzy odziedziczyli majątki po przodkach, i tacy, którzy dorobili się fortun niedawno. Dlatego trudno jednoznacznie stwierdzić, co takiego charakteryzuje ludzi bogatych i jak postępować, aby zdobyć duże pieniądze.
Z pomocą przychodzą jednak inni „badacze” – autorzy poradników i blogów ekonomicznych, formułujący stosowne przykazania, oparte na własnych doświadczeniach, obserwacjach, przekonaniach. I choć niektóre teorie wydają się , mówiąc delikatnie, oryginalne – w innych z pewnością jest trochę racji.
Pięć zasad
Potężnym nurtem w poradnictwie ekonomicznym jest nurt nieco magiczny, ideowo zbliżony do New Age. Podstawowym założeniem jest tu pogląd, że naszym życiem rządzą nasze przekonania i fantazje o tym, co się w tym życiu wydarzy. Także w kwestiach finansowych.
„To, co z energią starasz się utrzymać w swoim umyśle, zostanie prawdopodobnie stworzone w rzeczywistości. Przyciągniesz to. Czasem potrzeba więcej czasu, by się o tym przekonać, ponieważ ciągle zmieniamy zdanie” - pisze Joe Vitale, gwiazda amerykańskiego marketingu, w ostatniej książce „Prawo przyciągania. Pięć prostych kroków do zdobycia bogactwa (czy czegokolwiek innego)”. Według tej teorii, aby być bogatym, trzeba głęboko wierzyć w to, że tak właśnie będzie. Bo dookoła dzieje się to, w co wierzymy.
„W sferze duchowej najważniejsze jest wzięcie odpowiedzialności za wszystko, co pojawia się w twoim życiu” - pisze Joe Vitale.
A jeśli komuś dzieje się w życiu źle, to znak, że miał swoje powody, by tak pokierować rzeczywistością. „Może chciałeś wyzwania, które uczyniłoby cię silniejszym? Może chciałeś doświadczenia, które pomogłoby ci w pewnym sensie zrozumieć życie? Nie wiem. Ty jednak wiesz, gdzieś wewnątrz siebie” - tłumaczy autor swemu przyjacielowi, który jest alkoholikiem.
Recepta na duże pieniądze lub szczęście? Po pierwsze: uwierz, że może być inaczej, niż jest dziś. Nic nie jest ustalone raz na zawsze. Po drugie: uświadom sobie, czego nie chcesz. Po trzecie: wyobraź sobie dokładnie, czego chcesz, poczuj to, jakby działo się już teraz. W tym momencie poznasz swoje ukryte przekonania, które stoją na przeszkodzie do osiągnięcia szczęścia. Punkt czwarty to rozbrojenie owych przekonań. Zakłada ono m.in. pozbycie się wszelkich pretensji wobec innych ludzi. Punkt piąty: poczuj, że twoje pragnienie się spełniło. Uwierz w nie. Wykorzystuj wszystkie okazje i pomysły, które od tej pory będą prowadzić cię tak, aby twoje przekonanie stało się rzeczywistością.
Co, jeśli mimo wszystko ktoś ma przekonanie, że zawsze będzie biedny? „Zacznij rozdawać pieniądze. Uwolnij swoje pragnienie i zaufaj wszechświatowi, że odpowie na twoje prośby. Dostaniesz to, czego chcesz, jeśli tylko przestaniesz się skupiać na konkretnym sposobie, w jaki to ma do ciebie przyjść” – radzi Vitale.
Osoby, które gotowe są przyjąć duchowe założenia jego teorii, mogą również medytować – przez 30 dni 20 minut dziennie, wyobrażając sobie to, co chciałyby po tych 30 dniach osiągnąć.
Radykalny guru
Prawdziwym poradnikowym guru jest Robert T. Kiyosaki, biznesmen i autor 14 poradników oraz gry edukacyjnej „Cashflow”. W najgłośniejszej książce Kiyosakiego „Bogaty ojciec. Biedny ojciec” czytamy: „Stare reguły – ciężko pracuj, oszczędzaj, kup sobie dom, spłać zadłużenie i inwestuj długoterminowo w zdywersyfikowany portfel zawierający akcje, obligacje i jednostki funduszy inwestycyjnych – sprawiają, że ludzie cały czas mają trudności finansowe. Te stare zasady rządzące pieniędzmi wpędziły miliony ludzi w finansowe kłopoty, narażając ich na utratę znacznego majątku w postaci ich domów czy oszczędności emerytalnych”.
W swoich książkach Kiyosaki tłumaczy, jak doszło do dzisiejszego kryzysu ekonomicznego, jak na nim zarobić, przechytrzyć system i w wieku 40 lat zostać rentierem.
Jego teorie brzmią bardzo radykalnie, dość trudno ująć je w paru słowach. Jedna z ważniejszych to: „Nie musisz żyć skromnie, aby być bogatym”. Skromnie – zazwyczaj oznacza przecież biednie, a bieda zabija ducha, tłumaczy Kiyosaki. Lepiej tymczasem rozwijać ducha, rozwijając swoją inteligencję finansową. „Większość ludzi chodzi do pracy, a tam można najwyżej pracować coraz ciężej. My wolimy raczej powiększać nasze aktywa, inwestując w nieruchomości, złoto i ropę. To sprawia, że nasz roczny przychód jest coraz wyższy. Nie chodzi o to aby mieć coraz większą pensję, ale aby mieć coraz więcej aktywów.”– uważa Robert Kiyosaki. I przytacza historię o tym, jak chciał mieć porsche: kupił magazyn na przedmieściach, z jego wynajmu opłacał kolejne raty za samochód. Proste! Kiyosaki namawia również, wbrew tradycyjnym zaleceniom, by nie unikać kredytów, ale zaciągać je rozsądnie. „Na dobrym kredycie można nawet zarobić”, przekonuje Kiyosaki.
„Mistrz" bywa ostro krytykowany, a wielu znawców tematu twierdzi , że dorobił się, owszem ,ale dzięki swoim poradnikom, a nie metodom inwestowania i prowadzenia biznesu. I tylko z jedną z jego porad zgadzają się wszyscy: „zdobądź edukację finansową”.
Przestań tracić czas
Jednym z wątpiących w słuszność teorii Kiyosakiego jest Trent Hamm, autor blogu Thesimpledollar.com. Opisuje w nim swoją drogę „od zera do milionera”, przekazując czytelnikom zdobywaną na bieżąco wiedzę ekonomiczną i komentując wydarzenia. Thesimpledollar jest blogiem znanym i opiniotwórczym. Czytamy w nim: Wydawaj mniej pieniędzy, niż zarabiasz. Nie przekombinuj w kwestii inwestycji (zysk na poziomie 7 procent jest OK).
Przestań tracić czas. Unikaj robienia długów. Rozmawiaj o pieniądzach (i bądź uczciwy). Przestań próbować imponować innym ludziom. Dbaj o swoje postępy (ale baw się przy tym dobrze). Dbaj o swoje rzeczy. Zrób to sam. Planuj każdy moment. Znajdź swoją pasję i pracuj w dziedzinie z nią związanej. Buduj prawdziwe znajomości i przyjaźnie. Kiedy tylko możesz, staraj się być coraz lepszy. Dawaj, nie żałując i nie stawiając warunków.
Opisując poradniki, które zmieniły jego życie, Trent Hamm wskazuje przede wszystkim na książkę „Your Money or Your Life” Joe Domingueza i Vicki Robin. Pisze, że była bezpośrednią przyczyną tego, że w kwietniu 2006 r. zaczął pisać swój blog i ostatecznie został pisarzem. – Przestałem wierzyć, że pieniądze kontrolują moje życie – wyznaje. – A nawet więcej, zacząłem wierzyć, że moje życie kontroluje moje pieniądze.
Z braku badań dotyczących milionerów warto sięgnąć po, na szczęście dość liczne, badania dotyczące ludzi przedsiębiorczych. Jacy są? Po pierwsze bardzo ważną motywacją do codziennego działania jest dla nich zdobywanie konkretnych osiągnięć, potrzeba polepszania swoich wyników. Potrafią stawiać sobie realne i ambitne cele. Poczucie kontroli umiejscowione mają wewnątrz, a nie na zewnątrz – robią to, co chcą, a nie to, czego oczekują od nich inni ludzie. Są inteligentni emocjonalnie, czyli stabilni, potrafią współpracować z innymi ludźmi. Nie załamują się przy pierwszej porażce. Są niezależni, pomysłowi, kreatywni, otwarci. Co ciekawe – skłonność do ryzyka wcale nie jest koniecznym komponentem przedsiębiorczości.
Nieco racji należy jednak przyznać teorii Joe Vitale dotyczącej wewnętrznych przekonań i ich wpływu na nasze życie. – Ważne jest to, co o pieniądzach mówiło się w naszym domu rodzinnym – mówi Diana Więch-Jurowiec, doradca finansowy. – Jeśli ktoś jako dziecko często słyszał: „Pieniądze szczęścia nie dają”, w dorosłym życiu może mieć poczucie, że musi wybierać – jedno albo drugie. Sformułowanie „Żeby zarobić, trzeba się narobić” sprawia natomiast, że nie ma mowy o zarobieniu pieniędzy w jakiś prosty, przyjemny sposób. Podobnie, jeśli ktoś w dzieciństwie widział, jak załamanie finansowe przetrwano dzięki oszczędnościom. Może mieć silną potrzebę odkładania na czarną godzinę. Z kolei osoba, która doświadczyła straty finansowej, wobec której była bezradna, może mieć problem z przywiązywaniem się do majątku.
Jak dbać o swoje finanse w praktyce? – Obok pozytywnych przekonań na temat pieniędzy dobrze jest kontrolować finanse osobiste, czyli m.in. orientować się, co posiadamy i jak wysokie jest nasze zadłużenie. Wydawać mniej, niż zarabiamy, stawiać sobie realne cele finansowe – mówi Więch-Jurowiec.
– Dobrą praktyką jest szczegółowe notowanie wydatków przynajmniej przez trzy miesiące. To pozwala się zorientować, na co właściwie wydawane są pieniądze. Zapewniam, że wnioski z notatek mogą być zaskakujące.
Rzeczpospolita
Tuesday, 9 November 2010
Polska sztuka ręczna w Barcelonie
Polskie artystki handmade pokazały swoje prace na wystawie handmade & design w Barcelonie w ramach niezależnego projektu kulturalnego HandMadePoland Barcelona 2010. Celem projektu bylo nawiązanie kontaktów z twórcami handmade z Barcelony i w przyszłości zaproszenie ich do Warszawy.
W ciągu ostatnich lat polska sztuka handmade rozwinęła się tak, że niemal co weekend odbywają się targi, wystawy lub kiermasze, na których prezentuje się ją i sprzedaje. Niektóre z imprez mają już swoją historię i renomę. Wśród twórców współczesnego rękodzieła są zarówno absolwenci artystycznych szkół wyższych, jak i samouki. A każdy robi po prostu to, co lubi. Prace polskich artystek handmade zaprezentowano tego lata na wystawie w Barcelonie. Wystawa powstała jako niezależny projekt kulturalny, podobny wielu innych, realizowanych na całym świecie przez organizacje pozarządowe.
WIĘCEJ
W ciągu ostatnich lat polska sztuka handmade rozwinęła się tak, że niemal co weekend odbywają się targi, wystawy lub kiermasze, na których prezentuje się ją i sprzedaje. Niektóre z imprez mają już swoją historię i renomę. Wśród twórców współczesnego rękodzieła są zarówno absolwenci artystycznych szkół wyższych, jak i samouki. A każdy robi po prostu to, co lubi. Prace polskich artystek handmade zaprezentowano tego lata na wystawie w Barcelonie. Wystawa powstała jako niezależny projekt kulturalny, podobny wielu innych, realizowanych na całym świecie przez organizacje pozarządowe.
WIĘCEJ
Friday, 5 November 2010
Emocje w pracy
Radość, smutek, złość czy duma są konieczne, by podejmować dobre decyzje. Ale i uśmiechnięci, i poważni możemy być źle odebrani
Ludzie emocjonalnie inteligentni mają większą satysfakcję z pracy. Lepiej oceniają warunki, w których pracują, są bardziej przywiązani do firmy, w której są zatrudnieni. Tak wynika z badań Uniwersytetu w Hajfie. Dr Galit Meisler posunął się nawet do twierdzenia, że umiejętność zarządzania emocjami będzie niedługo jednym z warunków przyjęcia do pracy.
Badacze z University of Queensland udowodnili natomiast, że osoby o wysokim emocjonalnym IQ są bardziej wydajne od innych pracowników. Lepiej potrafią się zmotywować, znają swoje cele, ograniczenia i mocne strony. Wydaje się zatem, że emocje, wbrew pokutującemu w wielu firmach przekonaniu, są w pracy elementem istotnym, a nawet mogą być cenne. O ile oczywiście dobrze się je wykorzysta.
Mądra radość
W starej szkole zarządzania nie było wątpliwości – idąc do pracy, emocje należy zostawić w domu. W pracy wszyscy powinni być zdyscyplinowani, odarci z wszelkich wzruszeń i najlepiej poważni.
– Do dziś emocją najtrudniej akceptowaną przez współpracowników i szefa jest radość – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek, psycholog i coach. – Ktoś, kto okazuje radość w pracy, ma problem. Bo nie dość, że będzie postrzegany jako głupi, mało kompetentny i niedoświadczony, to natychmiast zostanie sprowadzony na ziemię.
Z badań polskich psychologów wynika, że osoby radosne i wesołe w pracy postrzegane są jako nieodpowiednio się zachowujące, chociaż miłe. Podobne skojarzenia budzą ci, którzy z optymizmem wyrażają się o polityce. Tego robić nie wypada, przynajmniej w Polsce. W pracy lepiej trochę ponarzekać, jeśli już ktoś musi być emocjonalny, a politykę należy krytykować.
Niemile widziane jest także zbyt przyjazne odnoszenie się do obcych, czyli współpracowników. Ktoś, kto na dzień dobry uśmiecha się szeroko i okazuje uczucia, budzi nieufność. Na pewno czegoś chce albo jest niekompetentny, myślą koledzy z pracy.
– System edukacyjny w Polsce oparty jest raczej na poczuciu obowiązku i poświęceniu niż radości ze zdobywania wiedzy. Każdy słyszał zwrot „I co się tak głupio cieszysz?”, a niektórzy nawet wielokrotnie – mówi Giermakowska-Węgiełek. – Dlatego ludzie weseli są szczególnie denerwujący dla innych. Widzę to wyraźnie na prowadzonych przeze mnie szkoleniach. Kiedyś ktoś żywo zaprotestował, słysząc na początku zajęć, że poza nauką będziemy się tu dobrze bawić. Był oburzony.
W naszych postawach emocjonalnych w sferze zawodowej jesteśmy podobni do Francuzów. Ich również obowiązuje rezerwa wobec obcych i brak uśmiechu w pracy. Chociaż do szkoły chodzą już po to, aby mieć szczęśliwe życie, a nie wypełnić swą powinność.
Dla Francuza najbardziej odpowiednią miną na dzień dobry jest nieco kwaśny grymas. I tak właśnie w stosunku do obcych zachowuje się wielu Francuzów pełniących funkcje publiczne, np. pracowników urzędów.
Polaków to być może specjalnie nie szokuje. Prawdziwym zaskoczeniem jest natomiast dla Amerykanów. Dla nich najbardziej pożądanym zachowaniem w pracy i życiu społecznym jest entuzjazm i optymizm. Uśmiech im szerszy, tym lepszy. I koniecznie dobry nastrój. O tym, że kogoś boli głowa, mówić, jak wiadomo, nie wypada. Bezpośredniość i przyjacielskość w pierwszym kontakcie są natomiast jak najbardziej na miejscu.
Dla Francuza tryskający szczęściem i uśmiechnięty Amerykanin może kojarzyć się tylko tak: jest wyjątkowo głupi, wyrachowany, robi sobie żarty albo chce poflirtować.
Jeszcze inaczej jest z Japończykami. Uśmiech jest nieodłącznym towarzyszem aktywności grupowych. W grupie nie wypada okazywać uczuć negatywnych. „Jeśli coś w pracy cię denerwuje, uśmiechnij się, żeby nie było tego widać” – myślą Japończycy.
Duma i ofiara
Czy jesteś dumny ze swojej pracy?” – z takim pytaniem stykają się pracownicy jednej z polskich firm ubezpieczeniowych w tzw. opisowych ocenach okresowych. I co ciekawe, pytanie to budzi w nich szczególne emocje i sprzeciw. Narzekają, że formularze są żywcem skopiowane z wersji amerykańskich, bo przecież u nas nie mówi się „być dumnym z pracy”. Można ją lubić albo nie, ale żeby od razu być dumnym? To śmieszne.
– A przecież kiedy ktoś się cieszy, jest zadowolony z pracy, niedaleko do uczucia dumy. Te dwie emocje są ze sobą związane – mówi Giermakowska-Węgiełek.
Dumni z pracy chcą być natomiast Amerykanie. Kiedy wśród studentów amerykańskich uczelni przeprowadzono ankietę dotyczącą ich samopoczucia, okazało się, że w ciągu dwóch miesięcy niemal codziennie czuli się „lepiej niż zwykle”. Polski psycholog społeczny Dariusz Doliński przeprowadził analogiczną ankietę wśród polskich studentów. Jaki był wynik? Niemal codziennie przez dwa miesiące większość z nich czuła się „gorzej niż normalnie”.
O polskim zamiłowaniu do narzekania pisze się ostatnio coraz więcej. Jedni tłumaczą tę skłonność trudną na tle innych krajów historią Polski. Inni szczególnym uwikłaniem i zamiłowaniem do roli ofiary.
Ofiara, jak można się domyślić, to stan dość specjalny i nie do końca wymagający całkowitej odpowiedzialności za siebie. Ofiara jest przede wszystkim poszkodowana i należy jej się parasol ochronny, względy, opieka.
To dlatego szczególnie popularna ostatnio w zarządzaniu jest analiza transakcyjna. Specjaliści uczą menedżerów tak organizować pracę firmy, aby pracownik napotykający trudności mógł od razu przejść do etapu szukania rozwiązania, pomijając etap użalania się nad sobą i zrzucania winy na innych.
Kreatywny smutek
Za znak czasu i dowód rozwoju uznać można fakt, że w niektórych polskich firmach, choć oczywiście nie we wszystkich, emocją tolerowaną z trudem (obok dużej radości) jest wyraźny smutek.
Ma to swój związek z zapożyczeniem pod koniec lat 90. wzorców amerykańskich, także niedopuszczających publicznego okazywania zmartwień.
– Na szczęście w polskiej kulturze biurowej zaczyna funkcjonować i coraz lepiej jest rozumiany termin „inteligencja emocjonalna” – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek. Oznacza ona, że żadna emocja nie jest zła. Z każdą można się pogodzić, a co ciekawe – także wykorzystać dla siebie. Radość sprzyja kreatywności, nowym pomysłom. Obniżony nastrój to natomiast dobry moment na analizę, wychwytywanie błędów.
Szacunek do własnych i cudzych emocji nie oznacza jednak przyzwolenia na ekstrema czy reakcje daleko wykraczające poza normę. Ktoś, kto jest zły, nie ma prawa wrzeszczeć. A ktoś, kto jest smutny, nie powinien karać innych za to, że są szczęśliwi. Granicę łatwo wyznaczyć, kierując się naczelną zasadą asertywności: Wolno mi wyrażać wszystko, co czuję i myślę, dopóki nie rani to innych ludzi. Można nawet krzyczeć – o ile otoczenie nie zgłasza sprzeciwów.
Coaching i innowacje w zarządzaniu rozwijają się w Polsce w szybkim tempie. Jedni twierdzą, rzecz jasna, że to „spisek zawodowy psychologów”. Inni, że odpowiedź na realną potrzebę społeczną, jaka pojawiła się w zakresie zarządzania emocjami.
Ich odczuwanie i rozpoznawanie pozwala kierować się preferencjami, a więc dokonywać dobrych wyborów. Uwzględnienie czynnika ludzkiego w pracy nie może natomiast być błędem, dopóki jesteśmy ludźmi.
Osoby szczególnie ekspresyjne czy emocjonalne mogą tymczasem, przenieść się na południe Europy. Głośna radość, atmosfera flirtu i zabawy to charakterystyczne cechy biur we Włoszech czy w Hiszpanii.
Rzeczpospolita
Wednesday, 22 September 2010
Wszyscy gramy w interakcje
Ofiara, wybawca czy napastnik? Czyli w co się bawi człowiek, zamiast być szczęśliwy
Nieodłącznym elementem komunikacji międzyludzkiej są gry psychologiczne. Kiedyś, aby wychodzić z nich obronną ręką, trenowano od dzieciństwa takt i dobre maniery. Dziś mamy do pomocy ustalenia badaczy i doświadczenia terapeutów."Wiedza o grach stosowana jest w psychoterapii, i w zarządzaniu firmami"
Jak się w to gra
Kiedy sytuacja jest trudna i nie wiadomo dokładnie, co robić – zamiast zagłębiać się w siebie, analizować relacje, uwzględniać wszystkie dane – można po prostu sprowokować grę.
Dobry gracz jest subtelny, gra prawie niezauważalnie. Problem polega na tym, że nawet jeśli wygra, nie czuje się szczęśliwy. Wszyscy dookoła, nawet postronni obserwatorzy gry, mają poczucie, że zadziało się coś nie do końca uczciwego. Jakaś gra... I ktoś wygrał coś konkretnego, ale nie wiadomo dokładnie po co.
W co grają ludzie? Pierwszy raz to pytanie zadał Eric Berne, autor książki „W co grają ludzie” (popularnonaukowy bestseller, 30 wydań na świecie), twórca tzw. analizy transakcyjnej. W tym roku przypada setna rocznica jego urodzin. Uczczono ją m.in. uruchomieniem internetowego magazynu ijtar.org, który prezentuje najnowsze wyniki badań z tej dziedziny. Są wykorzystywane nie tylko w psychoterapii, ale i w zarządzaniu firmami.
Byle coś się działo
Według Berna’a podstawową jednostką funkcjonowania społecznego są tzw. głaski. Analiza transakcji – która dostarcza informacji o tym, co dzieje się z ludźmi – dotyczy właśnie wymiany tych głasków.
Niech nikogo nie zmylą dobre konotacje terminu głask (w psychologii rozumianego często jako wzmocnienie pozytywne). Głask, z ang. stroke, tłumaczyć można jako „posunięcie” – odnosi się nie tylko do bodźca pozytywnego, ale również negatywnego. Czyli oznaczać może wszystko, czym obdarzamy się nawzajem w kontakcie słownym, gestami lub wzrokiem.
Brak jakichkolwiek głasków – brak bodźców z zewnątrz – oznacza cierpienie, a w wieku niemowlęcym wręcz śmierć. To dlatego jedną z najcięższych kar stosowanych wobec więźniów jest zamknięcie w jednoosobowej celi.
W procesie socjalizacji człowiek uczy się zastępować głaski bezpośrednie (jak bliskość fizyczna, którą obdarzamy niemowlęta) bardziej symbolicznymi bodźcami – kiwnięcie głową, uścisk ręki. Rezultatem tego kompromisu jest częściowe przekształcenie niemowlęcego głodu bodźców w coś, co nazywamy potrzebą główną. Ktoś musi dostawać tysiące głasków codziennie – jest gwiazdą rocka. Ktoś inny potrzebuje jednego potężnego głasku na rok – zostaje naukowcem. Jak mówi Eric Berne w swojej książce: jeśli człowiekowi zabraknie w procesie dorastania i ogólnie, w życiu, głasków pozytywnych, zadowoli się i przyzwyczai do negatywnych. Byle coś się działo.
Siłowe wymuszenia
Interakcje między ludźmi podzielić można na te oparte na współpracy oraz na współzawodnictwie. Do tego ostatniego należą właśnie gry psychologiczne. To próby siłowego wymuszania konkretnych głasków. Akty zdobywania konkretnych bodźców za wszelką cenę, nawet przy użyciu przemocy. Stanowią stałe, dysfunkcyjne wzorce zaspokajania określonych potrzeb, wyuczone zazwyczaj w domu rodzinnym.
Każdy człowiek, który stosuje gry – czyli, w mniejszym lub większym stopniu, po prostu każdy z nas – posiada ich ulubiony zestaw, wywołujący emocje, do których jest przyzwyczajony.
W każdej grze ludzie przyjmują jedną z trzech ról: ofiary, wybawcy lub oskarżyciela, nazywanego czasem także napastnikiem. Każdy, kto odgrywa jedną z tych ról, w końcu odegra którąś z pozostałych. Na tym polega gra.
Jak twierdzi Lynne Forrest, amerykańska terapeutka, wszystkie trzy role wyróżniane w grach psychologicznych to tak naprawdę role ofiar – ludzi uwikłanych we własne przekonania o sobie i o świecie zewnętrznym, próbujących za wszelką cenę udowodnić sobie i innym, że mają rację. W rzeczywistości jednak boją się porzucić utarte ścieżki i wziąć całkowitą odpowiedzialność za własne życie.
Z pokolenia na pokolenie
W grach psychologicznych ważny jest tzw. skrypt życiowy. To całościowy plan, utworzony i rozwinięty przez daną osobę w dzieciństwie. Czasem podjęty przez nią całkiem świadomie, determinujący cel życia i efekty wysiłków. Co ciekawe, skrypty są często dziedziczone, przekazywane z pokolenia na pokolenie w obrębie rodziny. Niektóre bywają tak negatywne, że porzucenie ich stanowi o szczęściu, zdrowiu, a nawet przetrwaniu człowieka.
Nieustanne ćwiczenie gier psychologicznych umacnia skrypt. Rezygnacja z gry, porzucenie ulubionych ról, pozwalają na odejście od skryptu. Często jest to ciężka praca, obarczona głębokim lękiem i poczuciem winy wobec rodziców i rodzinnego dziedzictwa. Zazwyczaj jednak warto tę pracę wykonać, by zacząć żyć własnym życiem.
Jak rozpoznać grę
Uświadomienie sobie tego, że toczy się gra psychologiczna, jest czynnikiem niezbędnym do jej przerwania.
Lynne Forrest na swojej stronie WWW (poświęconej warsztatom terapeutycznym) wymienia osiem oznak tego, że ludzie grają. Wobec innych i wobec siebie samych.
Po pierwsze: kiedy daną osobą targają negatywne emocje – złość, strach, niepokój, wstyd – będące zazwyczaj efektem negatywnych, automatycznych myśli, często nieadekwatnych do rzeczywistości.
Po drugie: kiedy dana osoba jęczy, narzeka na swoje życie: życie jest nie fair, to nie powinno być tak.
Po trzecie: kiedy ktoś osądza i wydaje wyroki na innych ludzi.
Po czwarte: gdy ktoś często powtarza: nie dam rady, to przez niego, ja mu pokażę.
Po piąte: gdy w czyimś życiu nieustannie panuje chaos, toczy się melodramat, nie ma chwili spokoju.
Także po szóste: gdy ktoś ma potrzebę ciągłego porównywania się z innymi ludźmi – jestem lepszy, jestem gorszy niż... Po siódme: gdy ktoś obwinia innych za to, że coś się nie udało, myśli o ludziach i o sobie w kategoriach: dobry, zły, właściwy, niewłaściwy.
I po ósme: gdy ktoś zbyt poważnie podchodzi do życia, nie stać go na spontaniczność, ciągle jest napięty i wręcz drażni go czyjaś radość.
Jesteśmy OK
Aby przerwać grę, zrezygnować ze szkodliwego skryptu życiowego i żyć własnym życiem, można nauczyć się zdobywać głaski, współpracując z innymi ludźmi i biorąc odpowiedzialność za swoje życie. Pomaga w tym postawa, którą streścić można w jednym zdaniu – ja jestem OK i ty jesteś OK.
By zrozumieć samemu, że się gra, warto zrozumieć coś istotnego na temat ludzkiego umysłu. Można to ująć, jak proponuje Lynne Forrest, w formie reguły: Myślimy myśl. Jeśli zaakceptujemy tę myśl jako prawdziwą, staje się przekonaniem. Zachowujemy się więc adekwatnie do niego. W ten sposób udowadniamy sobie, że mamy rację.
Konstytuowanie siebie samych poprzez realizowanie własnych przekonań – choćby najbardziej negatywnych czy nieprzemyślanych – to proces, który możemy sobie uświadomić i którym możemy sterować.
A to oznacza koniec gry.
W październiku ukaże się e-book Lynne Forrest „The Faces of Victim Transformed: Freedom from Victimhood”
Rzeczpospolita
Thursday, 16 September 2010
Toreadorzy mody
Mają swój stary styl. Mają też awangardową młodą modę‚ która rozwinęła się po upadku dyktatury Franco.
Hiszpanie noszą się z fasonem, nawet gdy do dżinsów z koszulą panie dodają tylko wisior‚ a panowie awangardowe buty. Lubią kolor. Potrafią się ubierać ze swobodą. Nawet jak duje zimowy wiatr‚ mało kto się opatula‚ wolą czuć chłód w nonszalancko rozpiętym płaszczu z niedbale przerzuconym szalikiem.
Tradycja dziś
Hiszpanie elementy tradycyjnego ubioru pielęgnują do dziś na co dzień. Z niektórych, staromodnych, ale definiujących ich tożsamość nie zamierzają zrezygnować. Wachlarz, który kojarzy się z XVII-wieczną damą‚ w upalny dzień jest wszechobecny na ulicy. Szczególnie na południu kobiety nie przestają się wachlować. Prawdziwa Hiszpanka wie, jak to robić, by nie zmęczyć nadgarstka. Zna też różne gesty i sposoby wachlowania, które niosą z sobą tajne informacje‚ np. jestem wolna bądź zaręczona. Obyci z wachlarzami są także mężczyźni‚ którzy dawniej ich używali powszechnie.
Istniejący od 1858 roku w Madrycie sklep z wachlarzami wartymi uwagi znajduje się przy Casa de Diego na Puerta del Sol. Znajdziemy w nim modele gładkie i tanie, ale można tu też podziwiać cacka za kilkaset euro, zdobione hiszpańską koronką‚ masą perłową i złotem.
Niezwykłym elementem ubioru‚ którym Hiszpanki kokietują od pokoleń, jest la peineta – rodzaj grzebienia wpinanego we włosy‚ czasem większego od głowy. Ta ozdoba‚ kiedyś robiona ze skorupy żółwia‚ rozpowszechniła się w Andaluzji w XIX wieku. Nadal jest często widywana na uroczystościach kościelnych‚ stanowi część niektórych strojów ludowych. Uzupełnia ją duża koronkowa chusta – la mantilla‚ nieodłączny element stroju królowej Zofii podczas ważnych wydarzeń.
Tymczasem dziś świat podgląda współczesne hiszpańskie marki. Z tradycją mają niewiele wspólnego, ale przebijają się przez włoską i francuską konkurencję.
Malkovich i Miró
Wicepremier Maria Fernandez de la Vega‚ uznana za najlepiej ubraną kobietę w hiszpańskiej polityce‚ przyznaje‚ że popiera rodzime marki. Hiszpanie zwracają uwagę, czy osoby publiczne nie zdradzają ich i nie ulegają zagranicznym kreatorom. Doceniają‚ że świetnie ubrana księżniczka Letizia korzysta z usług hiszpańskich krawców. Tym bardziej, że popełniła niewybaczalne faux pas. Na spotkaniu z mediami‚ podczas którego została oficjalnie przedstawiona jako narzeczona księcia Felipe, wystąpiła w stroju od Armaniego. Hiszpanie są przekonani‚ że należy promować własne produkty. Dlatego Mango reklamują siostry Penélope i Monica Cruz.
Hiszpańskimi ubraniami chwalą się też inne międzynarodowe gwiazdy – John Malkovich ceni garnitury od Antonio Miró‚ a Tom Cruise styl Armanda Basi. Katalońska marka Custo Barcelona‚ która 85 proc. swoich kolorowych projektów sprzedaje za granicą‚ wśród klientów ma Julię Roberts i Jennifer Aniston.
Zara, najbardziej znana marka, obecnie ma ponad półtora tysiąca sklepów w 72 krajach. W sezonie proponuje kilkanaście kolekcji‚ wprowadzenie nowości do sklepów zajmuje jej dwa tygodnie. Odniosła sukces bez ani jednej tradycyjnej reklamy i mimo potężnej fali krytyki za kopiowanie wzorów z pret-a-porter. Założyciel Amancio Ortega twierdzi, iż najlepszą reklamą są wystawy sklepów. Jednak anegdoty‚ że Bill Clinton zmienił kiedyś plan wizyty w Turcji‚ by jego córka Chelsea mogła zrobić zakupy w tamtejszej Zarze, też robią swoje.
Jajko i balerinki
Jednak Hiszpania oferuje światu więcej marek. Oprócz popularnego Mango‚ u nas pojawił się też Massimo Dutti ze stonowaną modą miejską. Nieco elegantszy (i droższy) jest Adolfo Dominguez. Zwariowane są buty Camper‚ których pierwszą inspiracją były tradycyjne buty wieśniaków z Balearów. Równie zwariowane, właściwie w złym guście, są ubrania Agathy Ruiz de la Prady (nie mylić z Włoszką Miuccią Pradą)‚ które łącząc bijące po oczach kolory z infantylnymi aplikacjami – sercem‚ gwiazdkami, nawet biało-żółtym jajkiem sadzonym, emanują hiszpańskim humorem. Narodowy i ukochany produkt to też buty typu balerinki. Pretty ballerinas to ostatni projekt znanego od 100 lat producenta butów‚ firmy Mascaró. Oferuje około 200 modeli balerinek‚ w tym 50 z najnowszej kolekcji. W Hiszpanii trudno spotkać dwie osoby w takich samych butach.
Znaczący wkład do współczesnej mody hiszpańskiej wielkiego formatu wniósł Cristóbal Balenciaga. Mimo że jako dojrzały projektant pracował we Francji‚ jego pierwsze sklepy i kolekcje powstały na Półwyspie Iberyjskim. Znany był z elegancji‚ prostych form i doskonałego połączenia francuskiego szyku z narodową tradycją. Praktykowali u niego Emanuel Ungaro‚ Oscar de la Renta czy Hubert de Givenchy. Coco Chanel podziwiała go za dryg do krawiectwa.
Inną luksusową marką jest Loewe, połączenie niemieckiej systematyczności z hiszpańskim rękodziełem i stylem. Niemiec Heinrich Loewe Roessberg przyjechał w 1872 roku do Madrytu, szukając możliwości rozwoju w przemyśle skórzanym. W 1905 roku firma otrzymała tytuł oficjalnego dostawcy królewskiego. Ich torebki należą do ulubionych królowej Zofii. Od 1996 roku jako jedyna hiszpańska marka jest częścią grupy LVMH‚ do której należą m.in. i Louis Vuitton, i Gucci.
Buty marki Lottusse określane są jako obuwniczy Rolls-Royce z Hiszpanii. Firma istnieje już ponad 130 lat‚ a znana jest nie tylko z designu, ale też z bardzo zachowawczej metody produkcji. Buty robione są ręcznie‚ szycie jednej pary zajmuje tydzień i składa się ze 120 etapów. Buty te się właściwie nie niszczą i służą właścicielowi przez lata.
I hiszpański luksusowy „obuw” najbardziej pożądany: szpilki Manolo Blahnika‚ które Madonna określiła jako lepsze od seksu, a Sarah Jessica Parker w filmie „Seks w wielkim mieście” co chwila przymierza i kupuje. W 2002 roku za zasługi dla sztuk pięknych projektanta wyróżnił złotą odznaką sam hiszpański król Juan Carlos I.
Rzeczpospolita
Sunday, 12 September 2010
Pozarządówka w oczach kandydatów na radnych
Część polskich samorządowców nie wie dokładnie, czym są organizacje pozarządowe, inni nie widzą sensu współpracy z przedstawicielami trzeciego sektora. Zdarza się, że dla niektórych idea społeczeństwa obywatelskiego to nowość. I nawet jeśli nikt nie chce z nią walczyć, to tylko część zamierza ją wspierać.
Zapytaliśmy grupę losowo wybranych radnych i kandydatów na radnych, startujących w najbliższych wyborach samorządowych, czy znają i angażują się w działania organizacji pozarządowych, jak zamierzają wpływać na realizację zadań publicznych w swoich okręgach i jak oceniają ostatnie zmiany w ustawie o działalności pożytku publicznego i wolontariacie. Wynika z nich m.in., że radni nie mogą zasiadać w komisjach oceniających wnioski organizacji w konkursach na realizację zadań publicznych. Tylko w jednym wypadku nasz rozmówca nie bardzo orientował się co to są organizacje pozarządowe, kilka razy rozmowa kończyła się na wymienianiu ulubionych fundacji, niewielu orientowało się w nowelizacjach ustawy, ani w samej ustawie.
WIĘCEJ
Wednesday, 28 July 2010
Spokojnie, to tylko impuls!
Wybuchowy wrażliwiec, zwany cholerykiem lub nerwusem. Trudny, ale nie nudny. Czy można go zrozumieć
Taki obrazek: wystarczy iskra, a ktoś rzuca talerzem o podłogę, kopie fotel i klnie na całe gardło. Kiedy widzi, co zrobił, jest już za późno. Może tylko żałować… I pocieszyć się faktem, że mimo swojej impulsywności nie zniszczył na przykład dzieła swego życia, jak Władysław Podkowiński.
„Impulsywność! Co robić?!” – pytają, zazwyczaj w tonie ostatecznym, rzesze ekstrawertyków na poradnikowych forach internetowych. I często są bezradni. Bo nikt dokładnie nie wie, co to właściwie jest ta impulsywność, skąd się bierze i jak z nią walczyć.
Spontaniczny czy impulsywny?
Naukowcy rozpatrują impulsywność w kontekście osobowości, temperamentu, rzadko w oderwaniu od całościowych teorii.
Co wynika z ich dociekań? Jak odróżnić spontaniczność od impulsywności? Dlaczego ta ostatnia ma raczej negatywne konotacje?
Najprościej można to wyjaśnić, korzystając z teorii osobowości Hansa J. Eysenka. Impulsywność to według niego cecha neurotycznych ekstrawertyków. Inaczej mówiąc – skłonności do nagłych wybuchów mają nastawieni na świat zewnętrzny wrażliwcy.
Spontaniczność, owszem, też cechuje ekstrawertyków, ale tych zrównoważonych emocjonalnie. Spontaniczne wybuchy dotyczą zazwyczaj radości i innych emocji pozytywnych – nie agresji jak u impulsywnych.
O impulsywności możemy się wiele dowiedzieć także z teorii Jana Strelaua, według której skojarzyć ją można z tym, jak intensywnie ktoś reaguje na bodźce wywołujące emocje. Osoba impulsywna to taka, która jest równocześnie wrażliwa i mało wytrzymała. Wykazuje dużą reaktywność na bodźce słabe i trudno jej przetrzymać bodźce silne. Przeciwieństwem impulsywności jest refleksyjność.
Odporni na nudę
Najwyższy stopień reaktywności – jednej z zasadniczych cech temperamentu obok ruchliwości czy towarzyskości – obserwuje się u Włochów, Francuzów, Hiszpanów i... Polaków. Najniższy – u Amerykanów i Holendrów. Najczęściej wysoko reaktywne są młode kobiety, najrzadziej starsi mężczyźni.
Wysoka reaktywność ma swoje zalety. Takie osoby poza tym, że są zazwyczaj wrażliwe, sa też odporne na nudę. Ich życie uczuciowe jest przeważnie bogatsze niż osób mniej podatnych na bodźce (choć może nie zawsze są z tego zadowolone).
Impulsywności sprzyjają nadmiar stresu, stłumione emocje, zwłaszcza złość
Ci słabiej reagujący, gdy zaczyna brakować bodźców z zewnątrz, mają problem. Między innymi dlatego świetnie sprawdzają się pary o przeciwnych temperamentach, lecz podobnych wartościach. Dzięki temu ktoś jest w związku motorem, ktoś za nim podąża. Partnerzy mogą przy tym, zależnie od predyspozycji, wymieniać się w różnych dziedzinach.
Wysoka reaktywność ma, jak wiadomo, również swoją ciemniejszą stronę. Impulsywność sprzyja powstawaniu uzależnień, niekontrolowanym aktom agresji i autoagresji, kleptomanii, piromanii, trichotillomanii (zaburzenie kontroli impulsów polegające na przymusowym, niekontrolowanym wyrywaniu włosów, brody, brwi, rzęs). Tendencje do impulsywnych zachowań zwiększa nadużywanie alkoholu czy narkotyków.
To nie rodzice
Stosunkowo od niedawna psychologowie są pewni, że temperament człowieka można zmieniać i kształtować.
Co ciekawe, cechy temperamentu nie zależą głównie od cech genetycznych, jak przez długi czas przypuszczali niektórzy badacze. Geny decydują średnio w 40 proc. o różnicach w temperamencie między ludźmi. Większą rolę – 60 proc. – odgrywa środowisko, a dokładnie tzw. środowisko specyficzne. Termin ten oznacza po prostu historię życia danego człowieka, czyli zbiór indywidualnych doświadczeń. Czy ktoś miał rodzeństwo, jakich doświadczył zdarzeń losowych, do jakiej szkoły chodził, jakich miał nauczycieli i znajomych, co oglądał w telewizji.
Co więcej, jak wynika z badań przeprowadzonych m.in. przez prof. Włodzimierza Oniszczenkę na parach bliźniąt jedno- i dwujajowych – wpływ rodziców na cechy temperamentalne potomstwa jest mały…
Powiedzmy to wyraźnie: cechy, takie jak: aktywność, towarzyskość, ekstrawersja, skłonność do reagowania strachem, złością, niezadowoleniem, kształtują się przez osobiste doświadczenia. Te w pewnym stopniu są zależne od rodziców, ale tylko częściowo.
Cechą, którą w największym stopniu dziedziczymy po rodzicach, dokładniej po matkach – jest reakcja na stres.
Więc co robić?
Pytanie zasadnicze jest takie: czy można nad impulsywnością pracować?
– Można pracować nad rozwojem osobowości, który z kolei zwrotnie wpływa na obniżenie reaktywności, a więc i impulsywności. Mogą tu być pomocne warsztaty rozwojowe, coaching, książki poświęcone psychologii. Można spróbować jogi lub medytacji – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek, psychoterapeuta i trener rozwoju osobistego.
Kolejny sposób to przewidywanie i przeciwdziałanie sytuacjom, w których można reagować impulsywnie. Jeśli ktoś wie, że może wybuchnąć, niech się zawczasu przygotuje na taką ewentualność. Dobrze jest opracować plan samokontroli, zachowania „zamiast”. Jeśli na przykład dana osoba chce zrezygnować z przejadania się w sytuacji stresu – niech się zastanowi, co sensownego może robić zamiast jedzenia.
Uniwersalnym środkiem jest zazwyczaj ruch, rozmowa z kimś bliskim – ale tylko pod warunkiem, że emocje nazywamy wprost, mówimy: jestem zły, jest mi smutno.
I warto pamiętać – impulsywności sprzyjają nadmiar stresu, nierozładowane, stłumione emocje, zwłaszcza złość. A także nierealne cele i frustracja wynikająca z niemożności ich osiągnięcia. Bo cel powinien być przede wszystkim osiągalny – czyli zależny w 100 procentach od osoby (nie licząc rzecz jasna przypadków losowych).
Dobra wiadomość jest taka, że zarówno reaktywność emocjonalna, jak i skłonność do impulsywności maleją wraz z wiekiem.
Słynni impulsywni
Hans Chrystian Andersen, Salvador Dali, Walt Disney, Madonna, Dustin Hoffman, Michael Jordan, John Lennon, Pablo Picasso, Sylvester Stallone
Rzeczpospolita
Monday, 12 July 2010
Nikt nie koordynuje pomocy psychologów
Pomocą psychologiczną dla powodzian zajmują się przede wszystkim lokalne przychodnie pedagogiczno-psychologiczne i ośrodki pomocy kryzysowej, we współpracy z samorządami. Jakość tej pomocy zależy od świadomości i zaradności lokalnych władz. A z tym bywa różnie.
Zgodnie z informacjami Państwowej Straży Pożarnej podczas tegorocznej powodzi ucierpiało ponad 52 tys. gospodarstw rolnych, z terenów zalanych ewakuowano około 30 tys. ludzi. Jak wynika z naukowych statystyk co najmniej 10% z nich czyli około 3 tys. osób dotyka tzw. zespół stresu pourazowego (PTSD), wymagający zazwyczaj interwencji psychologicznej. Około 20% osób dotkniętych PTSD, czyli około 600 osób będzie potrzebowało być może terapii długoterminowej trwającej nawet kilka lat.
– Powódź jest wydarzeniem traumatycznym. Obok doraźnych skutków psychicznych związanych z dużym stresem może obudzić na nowo lub zintensyfikować problemy psychologiczne z jakimi dana osoba borykała się wcześniej. Wracają problemy z uzależnieniami, skłonności do depresji, przemoc w rodzinie, stare lub skrywane konflikty rodzinne – tłumaczy Beata Wasiuta, koordynator pomocy psychologicznej na terenie gminy Gorzyce w woj. podkarpackim. Powódź zabrała tam 1200 domów.
WIĘCEJ
Tuesday, 29 June 2010
Mały krok, niemały sukces
Nawet najbardziej radykalną życiową zmianę można przeprowadzić delikatnie. Tak postępują praktycy kaizen
Kiedy ktoś zmienia coś w swoim życiu szybko i gwałtownie, nigdy nie może być pewny ostatecznych rezultatów.
Po pierwsze, trudno przewidzieć konsekwencje nagłego wysiłku energetycznego, który potrzebny jest do dokonania rewolucji.
Po drugie – na skutek gwałtownej przemiany zazwyczaj wpada się w tzw. szok porewolucyjny, czyli co najmniej lekki stan oszołomienia, w którym jest się podatnym na dodatkowe zawirowania.
Po trzecie, wszystko razem sprawia, że utrzymanie zadowalającego stanu rzeczy może być bardzo ciężkie. I albo następuje powrót do starych nawyków, albo to, co się udało osiągnąć, wcale nie jest takie zadowalające.
Na skutek gwałtownej przemiany zazwyczaj wpada się w tzw. szok porewolucyjny
Zupełnie inaczej jest, gdy do problemu podchodzi się z pokorą i skupieniem, delikatnie rozpracowując jego istotę krok za krokiem. Nie trzeba wtedy zużywać wszystkich sił, a nawet nie musi się być silnym. Wystarczy decyzja, małe myśli, małe kroki i małe nagrody.
Troszkę
Trzeba zacząć od drobnych pytań. Istotne, aby były naprawdę drobne i delikatne, niemal nieistotne. Na przykład: Co mogę w tej chwili zrobić, żeby być troszkę zdrowszym? Zamiast: Jak być zdrowym, sprawnym i silnym? Można pytać również: Co mogę zrobić w tej chwili, aby poczuć się troszkę szczęśliwszym? Albo: Co mogę dziś zrobić, by mieć trochę więcej pieniędzy?
Małe pytania można wykorzystywać nawet pisząc powieść. Podobno tak właśnie tworzy swoje bestsellery Michael Ondaatje, autor „Angielskiego pacjenta”. Zamiast wymyślania wielkich idei czy wielkich historii wymyśla zdarzenie, a potem, zadając małe pytania w rodzaju: dlaczego główny bohater to zrobił? – konstruuje fabułę.
Ważne, aby pytania były pozytywne, a nie negatywne. Czyli lepiej nie pytać siebie: czemu jestem taki głupi?, ale: co mogę zrobić, aby być trochę mądrzejszy? Odpowiedź nie przychodzi oczywiście od razu. Dlatego niewielkie pytanie dobrze zadawać sobie codziennie – przez kilka lub kilkanaście dni. Efekt murowany. Co ważne – odpowiedź, rodząca się w czasie uwzględnia wiele nastrojów, sytuacji, argumentów za i przeciw. Stanowi dlatego mocne fundamenty zmiany.
Jeden łyk
Jedną z popularnych historii przytaczanych przez praktyków kaizen jest historia pewnej Amerykanki. Samotna matka dwójki dzieci, w lekkiej depresji, otyła, ciągłe zmęczona, z wysokim ciśnieniem. Jedyny moment wytchnienia to pół godziny telewizji przed zaśnięciem. Zalecenie lekarzy: wygospodarować więcej czasu dla siebie, a przede wszystkim aerobik lub jogging – godzina dziennie. Dostosowanie się do zaleceń okazało się trudne, co powodowało dodatkowo poczucie winy.
W trakcie jednej z konsultacji dr Robert Maurer, specjalista od strategii kaizen, postanowił wykorzystać swoją wiedzę na temat skuteczności. Zamiast godziny aerobiku zaordynował spacer w miejscu podczas oglądania telewizji. Nie więcej jednak niż 1–2 minuty, ale codziennie! Tydzień później plan gimnastyczny pacjentki rozszerzono o kolejną minutę. I tak z tygodnia na tydzień powracało poczucie kontroli i sprawczości. Skończyło się na godzinie dziennie ćwiczeń, wykonywanych z przyjemnością.
Choć terapia trwała prawie pół roku – kto zresztą powiedział, że powinna trwać krócej – efekt był bardzo dobry. Pacjentka schudła, jej stan zdrowia się poprawił.
– W tym samym czasie wprowadziłem strategię kaizen do terapii innych pacjentów w przychodni oraz w korporacjach zatrudniających mnie w charakterze konsultanta – opowiada dr Maurer w swojej książce „Filozofia kaizen” (2010 r.) – Zalecałem małe kroki, czyli takie, które na pierwszy rzut oka wydawały się wręcz trywialne. Zamiast doradzać porzucanie uciążliwej kariery, polecałem wyobrażanie sobie wymarzonej pracy przez kilka sekund dziennie. Jeżeli pacjent chciał przestać pić kawę, zaczynaliśmy od jednego łyka mniej każdego dnia.
Uciekaj albo walcz
Szczęściarzem jest ten, na kogo stres działa pobudzająco. Jest taka grupa ludzi, niestety nieliczna, która uwielbia wyzwania i na samą myśl o pokonywaniu trudności czuje ekscytację. Większość z nas jednak boi się zmian, a stres utrudnia nam energiczne działanie.
Lęk przed zmianą zazwyczaj pozostaje nieuświadomiony. Trudno się przecież przyznać, że wyzwanie – nawet to pozornie banalne – budzi w nas lęk. Ale prawda jest taka, że im bardziej nam na czymś zależy, tym więcej strachu i napięcia odczuwamy, realizując plan.
Tymczasem z perspektywy naszego mózgu paraliż działania i trudności z racjonalnym myśleniem w obliczu wyzwań to nic innego jak wyuczona setki tysięcy lat temu reakcja „uciekaj albo walcz”. Odpowiada za nią ciało migdałowate (mieszczące się w śródmózgowiu).
Aby maksymalnie wykorzystać potencjał obronny organizmu, ciało migdałowate spowalnia lub wyłącza działanie funkcji mózgu niepotrzebnych w sytuacji zagrożenia – refleksyjność czy trawienie. Reakcja „walki i ucieczki” jest uzasadniona, gdy trzeba uciekać z płonącego budynku albo sprzed kół pędzącego samochodu.
Problem polega jednak na tym, że ciało migdałowate włącza alarm za każdym razem, gdy czujemy strach. Nawet wtedy, gdy jest on wywołany pragnieniem wniesienia w życie bardzo pozytywnej zmiany. Zdolności do twórczego myślenia i działania celowo są więc tłumione w chwili, gdy najbardziej ich potrzebujemy. I tu właśnie z pomocą przychodzi kaizen, który pozwala oszukać mechanizm działania ciała migdałowatego.
Małe, łatwo osiągalne cele nie powodują bowiem aktywizacji wewnętrznego alarmu.
Warto dawać sobie nagrody
Geneza kaizen (z jap. kai – zmiana, zen – dobry, czyli ciągłe doskonalenie) sięga połowy XX wieku. Japonię wyczerpaną po drugiej wojnie światowej dręczył kryzys ekonomiczny i technologiczny. Brakowało środków na restrukturyzację i unowocześnienie japońskich przedsiębiorstw, kraj tonął w długach. Ratunkiem okazało się „statystyczne zarządzanie procesami” – którego pierwszym propagatorem i nauczycielem był William Edwards Demming, amerykański statystyk.
Sprzeciwiał się tradycyjnym metodom zarządzania, w których skupiano się przede wszystkim na celu i wynikach, a nie na jakości. Według Demminga szybkie osiągnięcie celu nie gwarantowało żadnego sukcesu, zwłaszcza w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa. Zmiana powinna dokonywać się w oparciu o statystykę, a mówiąc zwyczajnie – krok po kroku, systematycznie, obserwować i reagować na wyniki kolejnych etapów zmiany. Japończycy rozwinęli to podejście, tworząc filozoficzną strategię zarządzania firmą, która na stałe weszła do japońskiej kultury biznesowej.
Kaizen znany dziś na świecie jako metoda wprowadzania innowacji sięga jednak głębiej. To pewnego rodzaju filozofia życia i działania: skoncentrować się na problemach, kiedy jeszcze są małe i niepozorne, zamiast czekać, aż urosną i będą trudne do rozwiązania. A jeśli uda się mały problem rozwiązać – warto przyznać sobie małą nagrodę. Kaizen to sztuka skupiania się na niuansach i szczegółach, umiejętność obserwowania, jak małe sprawy kształtują ogromne procesy. To bycie tu i teraz, dostrzeganie tego, co ważne w rzeczach zwykłych.
Rzeczpospolita
Thursday, 24 June 2010
NGO-sy na rurze
Na niemieckich wodach terytorialnych Morza Bałtyckiego trwa już od ponad miesiąca budowa Gazociągu Północnego. Potencjalna szkodliwość tej inwestycji dla ekosystemu Morza Bałtyckiego oceniania jest bardzo wysoko przez wielu europejskich naukowców i ekologów. Co mogą zrobić w związku z tym i co robią polskie organizacje ekologiczne?
Specjaliści od ochrony środowiska są raczej zgodni, co do faktu, że gazociąg sam w sobie nie jest wielkim zagrożeniem dla środowiska. Jednak budowa gazociągu to przedsięwzięcie, którego ostateczne konsekwencje dla morskiego ekosystemu trudno przewidzieć. Mimo, że główny inwestor, spółka Nord Stream, zainwestowała w bezpieczeństwo ekologiczne inwestycji około 100 milionów euro, nikt nie może wykluczyć niespodzianek.
Aby rurociąg wsunąć w dno morskie trzeba zrobić wykop szerokości około 15 metrów. W niektórych miejscach konieczne są podwodne eksplozje. Istnieje m.in. ryzyko wzburzenia toksycznych odpadów zalegających na dnie morskim lub detonacji broni chemicznej zatopionej w morzu po zakończeniu wojny.
– Nie ma dokładnych map ilustrujących położenie broni chemicznej – mówi Leszek Czerwiński z Urzędu Morskiego w Gdyni. – Wiadomo tylko, że problem dotyczy głębi bornholmskiej i gotlandzkiej. Aby uniknąć przypadkowych detonacji, Nord Stream powinien prowadzić sondaż dna, szkodliwe odpady usuwać i utylizować. Czy to zrobi, nie wiadomo...
WIĘCEJ
Friday, 15 January 2010
Przemoc psychiczna w pracy
Jak radzić sobie z psychicznym dręczeniem w pracy?
Ze statystyk wynika, że każdy choć raz w życiu był celem lub świadkiem przemocy psychicznej w pracy. Według powszechnej opinii o biurowych tyranach - są to mężczyźni. Tymczasem ze statystyk wynika, że przemoc psychiczna w 40% przypadków jest dziełem kobiet. Ich ofiarami natomiast są inne kobiety.
Co ciekawe, ofiary przemocy biurowej wcale nie są zahukanymi, nierozgarniętymi popychadłami, stanowiącymi
łatwy cel. Wprost przeciwnie. Biurowe tyranki najzacieklej atakują potencjalną konkurencję. Ich celem staje się
osoba, która świadomie lub nie postrzegana jest jako zagrożenie. Zazwyczaj jest najlepiej wykształcona z
całego zespołu, najbardziej kompetentna, często z długim stażem pracy. Potencjalna ofiara to kobieta
niezależna, odmawiająca podporządkowania się. Agresor stara się ją sobie podporządkować. Kiedy atakowana
stara się bronić swojej niezależności, prawa do traktowania z szacunkiem, tyrani eskalują i rozkręcają swoją
kampanię nienawiści i zastraszania, aby przejąć kontrolę.
Oblicza przemocyJak przejawia się przemoc psychiczna w pracy? Oto kilka przykładów.
Często dostajesz do wykonania nowe zadania, których realizacja w wyznaczonym terminie jest absolutnie niemożliwa bez wcześniejszego szkolenia, przygotowania.
Wszyscy o tym wiedzą, jednak twój szef ma do ciebie o to pretensję.
Twój szef/szefowa zwołuje zebrania, których celem jest nic więcej, jak tylko upokarzanie ciebie lub innych.
Twój szef/szefowa traktuje cię arbitralnie, jest zmienna i nieobliczalna.
Cały czas czujesz niepokój, czekasz, aż wydarzy się coś złego.
Nieważne, co robisz, zawsze czujesz nad sobą kontrolę, nigdy nie zostajesz sama ze swoimi zadaniami, jesteś obserwowana.
Inne osoby mają poczucie, że mogą publicznie upominać cię lub krytykować, jeśli jednak odpowiesz im w taki sam sposób, jesteś upominana.
Kiedy w końcu próbujesz zaradzić sytuacji, powstrzymać swojego oprawcę, jesteś oskarżona o atak i molestowanie.
Obwinia się ciebie o niekompetencję, zazwyczaj robi to ktoś, kto nie ma pojęcia o tym, co robisz, ani żadnych kompetencji, by to oceniać.
Wszyscy dookoła zauważają, co się dzieje, jednak nikt nic z tym nie zrobi. W sytuacji krytycznej odmawiają ci wsparcia.
Jak się z tym czujesz?Czas wolny przeznaczasz na "psychiczny odpoczynek od koszmaru". Oznacza to tyle, że nic nie robisz, jesteś wyczerpana, na nic nie masz ochoty. To co kiedyś sprawiało ci przyjemność, już cię nie cieszy. W poniedziałek rano czujesz się, jakbyś nie spała całą noc. Rodzina ma do ciebie pretensję, bo pracujesz w domu. Zaczynasz wierzyć, że to
ty jesteś przyczyną sytuacji w pracy.
Co możesz zrobić?Po pierwsze, nazwij swój problem. Tyranizowanie, znęcanie się psychiczne, agresja, dręczenie - istnieje wiele określeń, wybierz to, które najbardziej ci odpowiada.
Nazwanie problemu ma wielką moc, pozwoli ci uświadomić sobie, że jego przyczyny leżą na zewnątrz.
Drugim krokiem jest odpoczynek od pracy, urlop, kilka dni relaksu. W tym czasie nie tylko spróbuj się odstresować, ale także przemyśl to, czy w twojej sytuacji lepszym rozwiązaniem jest zmienić pracę, czy walczyć z agresorem. Poczytaj o podobnych wypadkach, dowiedz się czegoś więcej na temat przemocy psychicznej. Przebadaj stan
swojego zdrowia. Zastanów się, jaki wpływ ma zachowanie atakującej cię osoby na sytuację w firmie. Na dłuższą metę takie historie wiążą się ze stratami ekonomicznymi.
Zacznij szukać nowej pracy. Na końcu porozmawiaj z szefem, przedstawiając sytuację z twojego punktu widzenia - o ile oczywiście szef nadaje się do rozmowy na ten temat. Większość pracodawców nie ma nic przeciwko tyranom biurowym, błędnie sądząc, że przyczyniają się do wzrostu zaangażowania w pracę.
Porozmawiaj tylko raz, jeśli nie uda ci się rozwiązać swoich problemów - wiesz już, na czym stoisz. Mów otwarcie, że odchodzisz z powodu problemów zdrowotnych lub ze względu na przykrą atmosferę; doprawdy nie masz się czego wstydzić.
pracuj.pl
Subscribe to:
Posts (Atom)