Do Cat Cafe można wpaść na godzinkę i za kilka dolarów pogłaskać kota oraz zrobić mu zdjęcie. To propozycja dla tych, którzy nie mogą pozwolić sobie na dziecko lub zwierzę, a ich znajomi są ciągle zajęci.
Pierwsza Cat Cafe powstała w 1998 roku w Taipei na Tajwanie. Kawiarnia cieszyła się ogromnym powodzeniem wśród japońskich turystów, w związku z czym już 6 lat później otworzono japońską Cat Cafe w Osace. Dziś w samym Tokio jest ich już 39 i cieszą się rosnącym zainteresowaniem mieszkańców miasta.
Na początku klientów kocich kawiarni kojarzono przede wszystkim z samotnymi kobietami oraz zapalonymi miłośnikami kotów. Od kilku lat każdy Japończyk wie, że jest inaczej. Do Cat Cafe przychodzi się na randkę, poplotkować z koleżankami czy po prostu miło spędzić czas. Wśród gości są reprezentanci wszystkich warstw i typów społecznych – od pryszczatych nastolatków po emerytowanych inżynierów. Wizyty wekendowe wymagają telefonicznej rezerwacji.
Reguły są proste. W kawiarni oprócz tradycyjnych stołów i krzeseł znajdują się kocie legowiska oraz od kilku do kilkudziesięciu kotów. Niektóre kawiarnie specjalizują się w zwierzętach konkretnej rasy, są takie, które udostępniają tylko koty podwórkowe albo wyłącznie rasy rzadkie i egzotyczne. Każdy klient na wejściu dostaje specjalny identyfikator, zdejmuje buty, dezynfekuje ręce oraz zapoznaje się z regulaminem. Można w nim przeczytać m.in., że w kawiarni śpiącego kota nie wolno budzić, nie wolno brać go na ręce jeśli nie ma na to ochoty, pod żadnym pozorem nie wolno go karmić. Specjalne kocie chrupki udostępniane są za dodatkową opłatą. Małych kotków oznaczonych specjalną obrożą nie wolno dotykać. Osoba chora zakłada na twarz maskę. Godzina obcowania z kotami kosztuje (po przeliczeniu) od 7 dolarów wzwyż.
Popularność Cat Cafes w Japonii jest konsekwencją powszechnego tam stylu życia. Wielu Japończyków wynajmuje mieszkania w których nie wolno posiadać własnych zwierząt, większą część czasu spędza w pracy, podróżuje przede wszystkim służbowo i nie może lub nie chce pozwolić sobie na potomstwo. Na jedną kobietę w Japonii przypada dziś 1,2 dziecka. To bardzo mało, zważywszy, że w 1950 roku wskaźnik ten wynosił 3,65. Popularność zwierząt domowych, zwłaszcza miniaturowych piesków, rośnie z roku na rok.
I chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Japonia to kraj do którego warto wyemigrować, o ile jest się psem lub kotem – tak nie jest.
Co roku, według danych odpowiednich instytucji państwowych, 160.000 psów i 240.000 kotów w Japonii jest porzucanych przez swoich właścicieli i usypianych gazem w specjalnych schroniskach. Organizacje walczące o prawa zwierząt zwracają uwagę na to, że Cat Cafes z kociego punktu widzenia to nic przyjemnego, a wprost przeciwnie. Cat Cafes porównywane są z ludzkimi domami publicznymi, w których płaci się za czułość i nie istnieje pojęcie stałego związku. W Bostonie, stolicy amerykańskiego stanu Massachusetts, wszelkie inicjatywy związane z wypożyczaniem zwierząt są wręcz zabronione.
Swoistą wariacją na temat jest inicjatywa niemieckiego oddziału biura podróży TUI. W ramach strategii odpowiedzilanego biznesu TUI postuluje tworzenie Cat Cafes tam, gdzie problem bezpańskich kotów jest problemem społecznym. Na przykład w Meksyku. Wysterylizowane, wyszczotkowane i umyte koty stanowiłyby idealną atrakcję dla gości z całego świata szukających czegoś więcej niż tylko promieni meksykańskiego słońca. W 2005 roku otwarto próbną Cat Cafe w hotelu na wyspie Rodos, która podobno cieszy się powodzeniem. Hotele zainteresowane pomysłem mogą liczyć na współpracę z TUI. Pomysł spotkał się z dużym zainteresowaniem na turystycznych forach.
W obliczu masowych, brutalnych egzekucji bezpańskich zwierząt na Ukrainie, w Rumunii czy w wielu krajach Ameryki Południowej Cat Cafes wydają się ciekawą inicjatywą. Pozostaje jedynie pytanie – czy na przykład meksykańskie koty zaadaptują się w kawiarniach równie łatwo jak japońskie? Co, jeśli za swoje usługi będą chciały od ludzi czegoś więcej niż chrupek?
kampaniespoleczne.pl
Wednesday, 14 December 2011
Saturday, 10 December 2011
Życie na przemiał - kto, z kim, gdzie poszedł i jak się ubrał
Na rynku ukazał się nowy numer tabloidu “Życie na Przemiał”. W numerze znalazł się m.in. konkurs na najładniejszy billboard wiszący przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie. Nagroda główna - zestaw garnków.
“Życie na Przemiał” to odsłona zaangażowanego społecznie magazynu Grafik REBEL, wydawanego przez kolektyw Rebel ZOO creative Studio. Tworzy go troje przyjaciół: dwie siostry – Agnieszka i Ania oraz Mladen. Obie dziewczyny od lat zajmują się grafiką użytkową, Mladen jest dziennikarzem. Mieszkają w Warszawie.
Drugi numer magazynu Grafik REBEL ukazał się na początku grudnia 2011. Całość jest prześmiewcza, przewrotna, odręcznie narysowana i napisana, autentyczna.
Krzyżówka i przepis
Oprócz konkursu, w “Życiu na Przemiał” znalazły się m.in.: wywiad z Zygmuntem Baumanem autorstwa Jacka Żakowskiego z Polityki, krzyżówka oraz ciekawy przepis pt. “Jak zniewolić państwo”. Można się z niego dowiedzieć, że państwo da się zniewolić na 2 sposoby – mieczem lub długiem. Ten pierwszy jest nieekonomiczny i niemodny, lepszy jest sposób drugi. Najlepiej znaleźć państwo bogate w surowce naturalne, których pożądają korporacje. Potem powinno się załatwić takiemu państwu ogromną pożyczkę z Banku Światowego lub podobnej organizacji, tak aby uzależnić je od siebie i dyktować mu warunki. Pożyczka trafi do kieszeni kilku bogatych ludzi, ale za dług odpowiedzialni są wszyscy obywatele – to stanowi część planu. Cały naród zaciąga ogromny dług, którego nie da się spłacić. Wtedy trzeba wysłać ekonomistę, który mówi tak: “Jesteście winni kupę forsy, nie macie jej jak oddać, sprzedajcie nam tanio co tam macie, pozwólcie zbudować u siebie bazy wojskowe”. I gotowe.
Naprawdę nieprawdziwa prawda
Autorką wszystkich rysunków do “Życia na Przemiał” jest Agnieszka Skopińska.
- Projekt Grafik REBEL jest naszym komentarzem na temat informacji, którymi zalewani jesteśmy codziennie i które są nieistotne i idiotyczne. Na przykład – kto, z kim, gdzie poszedł i jak się ubrał. To są informacje, które nie wnoszą niczego ważnego, ale przemycają obraz świata, w którym aby być szczęśliwym trzeba żyć jak "gwiazda", trzeba się ubrać jak gwiazda, umalować jak gwiazda... Tabloid zbudowany jest na socjotechnice: zaczyna się zazwyczaj od skandalu, żeby wywołać złe emocje, potem trochę newsów pozytywnych żeby polepszyć humor, wreszcie tematy neutralne czyli plik porad, dział kuchenny, trochę rozrywki etc.. Taka gazeta napędza jedynie konsumpcjonizm - tłumaczy Agnieszka Skopińska - Jako młoda osoba pracowałam w jednym z polskich tabloidów i od podszewki poznałam mechanizm jego działania, szycie tych bzdur, siłowe generowanie idiotycznych tematów. Niedobrze się z tym czułam. Czułam że tym przesiąkam, uczestniczę w forsowaniu głupoty, kłamstwa i czuję jedną wielką pustkę. Postanowiłam zestawić tą przaśną tabloidową formę artykułami, które kiedyś zrobiły na mnie wrażenie, które mówią wiele o cywilizacji, zmuszają do zastanowienia się nad sposobem w jaki żyjemy, mówią tym co ważne, o dewaluowaniu się prawdy (wywiad z Baumanem). Tabloid jest w całości narysowany, dzięki czemu widać, że użyta forma jest wzięta w nawias. Jej przaśność podbija znaczenie treści, na zasadzie kontrastu.
Trzecie życie
Magazyn Grafik REBEL jest nieregularnikiem, jego autorzy zapewniają, że za jakiś czas z pewnością ukaże się jego trzeci numer. Na razie, wydane w nakładzie 2 tysięcy egzemplarzy “Życie na Przemiał”, dostępne jest w Pracowni Duży Pokój na ul. Koszykowej 24/12 w Warszawie i w klubie Solec 44. Każdy kto jest zainteresowany egzemplarzem gazety, może również napisać w tej sprawie maila do RebelZOO (ania@rebelzoo.eu).
- Za każdym razem chcemy mieć inny pomysł na formę magazynu, jednak zawsze będziemy starali się w nim przemycać treści społecznie ważne. – mówi Ania Skopińska. – Chcemy opowiadać o tym co jest dla nas istotne i w co wierzymy. Według nas warto mieć świadomość, doszukiwać się prawdy i nie być obojętnym. Wierzymy, że można mieć wpływ na zmiany.
kampaniespoleczne.pl
Saturday, 12 November 2011
Afryka szuka nowego designu
Heath Nash jest znanym designerem z RPA - “Heath Nash makes cool things” – głosi nagłówek jego strony internetowej. Nash jest również pierwszym designerem, który wziął udział w projekcie “The New Basket Workshops” w Zimbabwe. Uczył czarnoskóre studentki jak robić “cool things”.
Pomysł jest prosty. Pod okiem znanych designerów z całego świata afrykańscy plecionkarze uczą się wyrabiać przedmioty zbliżone do tego, co dziś jest modne w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Tradycyjne techniki i materiały wykorzystywane są do tworzenia rzeczy, które będą podobać się tam, gdzie ludzie mają pieniądze.
- Nasze studentki nie oglądają telewizji, nie mają żadnego kontaktu z tym co dzieje się poza ich rodzinną okolicą. Nie są w stanie podążać z duchem czasu i samodzielnie modernizować swoich wyrobów, nie mają kontaktów potrzebnych by je sprzedawać. Chcemy im w tym pomóc – opowiada Frances Potter, jedna z autorek projektu.
Frances Potter i Binky Newman, organizatorki The New Basket Workshops poznały się pracując dla międzynarodowej organizacji ATA, od 30 lat zajmującej się rewitalizacją rękodzieła poprzez design. Kilka lat myślały o wspólnym projekcie designerskim. - W 2007 roku urządziłyśmy próbne warsztaty w Eastern Cape, obok Coffee Bay, miasteczka na wybrzeżu. – opowiada Frances Potter. - Pracowałyśmy z ośmioma plecionkarkami z Masizame Women’s Centre. Do tej pory plotły tylko tradycyjne kosze ludu Xhosa, ale szybko przestawiły się na druciane stelaże. Były podekscytowane, że mogą użyć swoich umiejętności i zrobić kompletnie coś nowego. Jeszcze lepiej zareagował rynek. Tykwowe kosze z Eastern Cape to produkt, który po dziś dzień świetnie się sprzedaje.
Pod koniec 2007 roku powstała organizacja The New Basket Workshop. Pieniądze na jej rozwój przyznała Fundacja Forda. Był tylko jeden warunek: projekt będzie realizowany na terenie Zimbabwe. Kraj przeżywał kryzys, tutejsze rękodzieło praktycznie przestało istnieć. Inflacja była tak wysoka, że zimbwabwańskie dolary utraciły jakąkolwiek wartość. Frances i Binky podjęły wyzwanie.
Do dziś w ramach projektu TNBW zorganizowano 6 serii warsztatów w których uczestniczyli designerzy z RPA oraz z Wielkiej Brytanii. W zajęciach wzięło udział łącznie około 60 studentek z Zimbabwe.
W 2009 roku kosze TNBW wyplecione pod okiem Nasha pokazano na jednej z najważniejszych imprez artystycznych w RPA: Design Indaba w Kapsztadzie. We wrześniu 2010 odbyła wystawę koszy zorganizowano w Muzeum Narodowym w Harare, stolicy Zimbabwe. Była to pierwsza od 30 lat wystawa narodowego rękodzieła. Frances i Binky planują rozszerzyć zasięg swego projektu na sąsiednie kraje, odwiedzą m.in. Sudan Południowy.
Do tej pory w ramach TNBW sprzedano kosze za 30 tysięcy dolarów. – Jak na początek to całkiem nieźle, tym bardziej, że udało znaleźć się stałych nabywców z Europy i Stanów Zjednoczonych – mówi Frances. Do udziału w plecionkarskich warsztatach zaproszeni są wszyscy designerzy, którzy czują się na siłach modernizować tradycyjne plecionkarstwo w Afryce. Kontakt z autorkami projektu można nawiązać za pośrednictwem strony internetowej www.thenewbasketworkshop.org.za
kampaniespoleczne.pl
Wednesday, 21 September 2011
Sposób na wampira
W przeciwieństwie do krwiopijcy Drakuli, wampir emocjonalny wysysa z ciebie siły witalne, dobre samopoczucie i spokój. Jak mu w tym przeszkodzić?
Zasoby energetyczne każdego z nas są ograniczone i raz na jakiś czas potrzebujemy doładowania akumulatorów. Rozsądne gospodarowanie swoją energią życiową to ważny kawałek emocjonalnej edukacji, rozpoczynającej się już w dzieciństwie. Ekstrawertycy uczą się, że energii przybywa im w towarzystwie innych ludzi. Introwertycy stopniowo zdobywają umiejętność regularnego izolowania się od otoczenia, bo potrzebują samotności, by regenerować siły. Większość ludzi zalicza także lekcje rozpoznawania i zaspokajania swoich potrzeb oraz budowania poczucia własnej wartości i tożsamości. Ale tylko większość. Ci, którzy z jakichś powodów nie nauczyli się o siebie dbać, po jakimś czasie stają się monstrum – wampirami emocjonalnymi wysysającymi energię z innych ludzi, zagubionymi we własnych deficytach i problemach. Umiejętność obcowania z nimi to ważny element sztuki radzenia sobie w życiu.
Jak rozpoznać wampira?
Ogólna definicja mówi, że wampirem emocjonalnym jest każdy, kto w jakiś sposób uprzykrza ci życie, kto nie wspiera cię, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze. Kontakt z taką osobą sprawia, że część energii przeznaczasz na siłowanie się: trzymanie dystansu, walkę z poczuciem winy, tłumaczenie się ze swoich czynów i korzystanie z wielu innych czynności obronnych. A potem masz poczucie straconego czasu i energii. W najlepszym wypadku. Najsłabiej „opancerzonych” wampir emocjonalny może doprowadzić do całkowitej utraty poczucia własnej wartości i braku sił potrzebnych do angażowania się w życie. Najniebezpieczniejszym skutkiem zbyt częstego przebywania w jego otoczeniu jest tzw. zatrucie zwrotne, czyli przyjęcie na siebie roli ofiary. Użalanie się nad sobą, wieczne obwinianie siebie i innych oraz agresja – to najczęstsze symptomy. W ten sposób wampir pozbawia nas obiektywnego osądu sytuacji, przestajemy brać odpowiedzialność za własne życie.
Często okazuje się, że najlepszym i najmniej kosztownym sposobem na wampira jest zerwanie z nim wszelkich kontaktów. Odcięcie się. To bardzo trudne, ale w wielu przypadkach jedyne wyjście
Doktor Albert J. Bernstein, psycholog kliniczny i autor książki „Wampiry emocjonalne”, wyróżnia pięć odmian wapmiryzmu: antyspołeczną, aktorską, narcystyczną, obsesyjno-kompulsywną i paranoidalną. Rozpoznanie konkretnego typu pozwala wybrać dobrą strategię obrony.
Wampir antyspołeczny w żaden sposób nie respektuje społecznych norm i ograniczeń. Uważa, że zasady są po to, by je łamać, i zazwyczaj doświadcza mniejszych lub większych problemów z prawem. W jego obecności niebezpiecznie jest zanadto się zrelaksować, stracić kontrolę nad sytuacją.
Wampir aktorto ucieleśnienie dramatyzmu. Uwielbia plotki, tryska entuzjazmem, potrafi rzucić się na szyję osobom, które widzi po raz pierwszy w życiu. Do tego nie dotrzymuje obietnic i słabo orientuje się w wymaganiach szarej codzienności. Jego życie przypomina operę mydlaną. Można ją oglądać, ale lepiej nie należeć do jej obsady.
Wampir narcystyczny uważa się za lepszego od innych, nawet jeśli jeszcze niczego nie osiągnął. Zazwyczaj zresztą ma na koncie więcej sukcesów niż rówieśnicy, co stanowi pożywkę dla jego narcystycznych przekonań. Uwielbia rywalizację, ale nie potrafi przegrywać i radzić sobie z porażkami. Lubi i rozumie ludzi, ale tylko jeśli pozwala mu to osiągnąć jego własny cel. We współpracy z nim warto wymagać, żeby najpierw wypełnił mniej przyjemną część zobowiązań, a skuteczność sądzić według czynów, a nie słów.
Wampir obsesyjno-kompulsywny to zazwyczaj pracoholik, przekonany o tym, że istnieje prawidłowy i nieprawidłowy sposób na wszystko. Rzadko kiedy zmienia przekonania. Na najprostsze pytania nie potrafi odpowiedzieć prostym „tak” lub „nie”. Wszędzie potrafi znaleźć jakąś wadę, usterkę, błąd. Jest najbardziej kompetentny z kompetentnych i gardzi tymi mniej kompetentnymi. Najlepiej umawiać się z nim na konkretne rezultaty, unikać wspólnego wykonywania zadań.
Najsłabiej „opancerzonych” wampir emocjonalny może doprowadzić do całkowitej utraty poczucia własnej wartości i braku sił potrzebnych do angażowania się w życie.
zwierciadlo.pl
Friday, 17 June 2011
Im więcej singli, tym więcej wolontariuszy
Życie w pojedynkę, kiedyś zarezerwowane jedynie dla świętych lub wyrzutków, dziś jest jednym z alternatywnych stylów życia. Towarzyszy mu, ciągle dość nowe, pojęcie celu życiowego oraz rozkwit wolontariatu.
Badacze zjawiska singlizmu różnie definiują to pojęcie. Ci bardziej radykalni, singlem nazywają osobę, która świadomie wybrała taki, a nie inny styl życia, rezygnując z wielu dostępnych opcji. Teorie mniej radykalne zakładają, że o życiu w pojedynkę mógł zadecydować tzw. czynnik losowy.
– Dla mnie singlem jest osoba, która prowadzi jednoosobowe gospodarstwo domowe, jest stanu wolnego i nie jest powiązana więzią strukturalną z inną spokrewnioną lub nie osobą. Zatem panna mieszkająca z rodzicami nie jest singlem, para gejów i samotna matka też nie. Ale już samotna wdowa – tak – mówi Aldona Żurek, socjolog i autorka m.in. książki pt. “Singlizm. Żyjąc w pojedynkę.”– Taki sposób rozumienia tego pojęcia oznacza, że mówimy o bardzo licznej populacji singli, bo liczącej około 20% ogółu dorosłych Polaków.
Szczęście, znajomi, czas
Na czym polega styl życia singla? Wśród przyczyn singlizmu badani przez dr Aldonę Żurek respondenci najczęściej wymieniali potrzebę niezależności oraz brak odpowiedniego partnera. Określając swoje cele życiowe, single wskazywali na szczęście osobiste, zamiast – jak kilka dziesięcioleci temu – zobowiązania stawiane przez społeczeństwo, w tym zakładanie rodzin. Single sami chcą decydować, kiedy i jaką rodzinę założą.
Okres młodości przeznaczają na budowanie stabilności materialnej i na korzystanie ze swobody i niezależności. Z badań wynika, że single mają zazwyczaj wielu i różnych znajomych, a średnia ilość „utrzymywanych stosunków społecznych“ uznawanych za ważne wynosi 18. Większość żyjących w pojedynkę osób nie narzeka również na brak wolnego czasu. W dni robocze średnia ilość czasu wolnego to dla badanych przez dr Żurek – 3,8 godziny dziennie. Jedynie kilka osób stwierdziło, że w dni robocze nie ma czasu na wypoczynek.
WIĘCEJ
Saturday, 11 June 2011
Jeszcze dwa drinki temu...
Alkohol szkodzi zdrowiu, mówi wytarty slogan. Niestety nadal pozostaje ulubionym kompanem w zabawie
"Nadmierne picie jest niebezpieczne. Przestań pić, kiedy jeszcze myślisz" – e-book pod takim tytułem opublikował na stronie internetowej miejski wydział zdrowia w Nowym Jorku. "Dwa drinki robią różnicę" – ostrzegają w nim specjaliści.
Młoda, ładnie ubrana kobieta siedzi na schodach obskurnego budynku w pozie sugerującej, że nie najlepiej się czuje. Chora? Zmęczona? Nie może wstać? Przecież jest noc – martwimy się. Tuż obok widać nabazgrany białą kredą napis: Jeszcze dwa drinki temu mogłaś bezpiecznie wrócić do domu.
To tylko scena z plakatu nowojorskiej kampanii ostrzegającej przed nadmiernym piciem, ale podobne obrazki zdarzają się na ulicach wielu miast.
Co to znaczy: za dużo?
Ze statystyk wynika, że w Nowym Jorku alkohol jest odpowiedzialny za 1500 zgonów i 70 000 interwencji na ostrych dyżurach miejskich szpitali rocznie. Ponad 40 procent nowojorczyków powyżej 21. roku życia pije regularnie po to, żeby się upić, czyli sporo ponad normę.
Nadmierne picie jest też narastającym problemem w Wielkiej Brytanii. Do legendy przeszła historia 19-letniego Garatha Andersona z Newtownards, który czekając na przeszczep wątroby w szpitalu w Belfaście, wymknął się na chwilę do pubu, nie bacząc na dyndające mu u ramion kroplówki. Zamówił piwo i wódkę i stał się symbolem dziesiątek tysięcy Brytyjczyków w wieku 18 – 24 lat, którzy co roku trafiają do szpitali z powodu pijaństwa. Co roku w samej Anglii i Walii 33 tysiące ludzi umiera z powodu przepicia. Na wakacjach przeciętny Brytyjczyk wypija codziennie około ośmiu drinków.
Definicje i limity
– Rzadko zastanawiamy się nad tym, co to znaczy "za dużo" i kiedy powiedzieć sobie: dość – mówi dr Thomas Farley, szef miejskiego wydziału zdrowia. Dlatego autorzy kampanii jasno wyznaczają granice i definiują pojęcia. Co to znaczy "pić za dużo"? Oto odpowiedź: dla mężczyzny "za dużo" oznacza więcej niż pięć drinków w krótkim czasie, czyli w ciągu dwóch godzin, ale też więcej niż 14 drinków tygodniowo. Dla kobiet i osób po 65. roku życia limity są nieco niższe – cztery drinki wypite w ciągu dwóch godzin lub siedem tygodniowo.
Pojęcie "jeden drink" może się wydawać nieco mgliste. Nic podobnego. Definicja przyjmuje, że to 0,34 litra piwa, 0,15 litra wina lub zwyczajna setka czegoś mocniejszego – pita sauté lub zmieszana z innym napojem.
Różowa przyszłość
Wypity alkohol przenika do krwi i zależnie od stężenia wywołuje konkretne zmiany w mózgu. Maksymalne jego stężenie we krwi występuje godzinę – półtorej po wypiciu, ale działanie czujemy już po kilku minutach. Wycisza emocje negatywne, może redukować fizyczny ból, ewentualny katar i poczucie osłabienia mija, inni ludzie wydają się przyjacielscy, a przyszłość wygląda różowo.
Maksymalna liczba urodzinowych drinków wyniosła 50 (mężczyźni) i 30 (kobiety)
Ale to tylko tu i teraz. Według WHO alkohol zajmuje trzecie miejsce na liście najpopularniejszych przyczyn zgonów na świecie – wypadków, prób samobójczych. Pity w dużych ilościach sprzyja występowaniu aż 60 poważnych chorób, w tym niektórych nowotworów. Autorzy nowojorskiego informatora precyzyjnie wyliczają te choroby: marskość wątroby, wirusowe zapalenie wątroby, osteoporoza, nadciśnienie, osłabienie systemu odpornościowego, przerost serca, osłabienie mięśnia sercowego, nowotwory ust, gardła, przełyku, wątroby, piersi, odbytu, depresja, demencja i inne choroby psychiczne.
21 drinków na 21. urodziny
Osobny rozdział to sytuacje, w których picie alkoholu jest wyjątkowo niewskazane: kiedy kierujesz urządzeniami mechanicznymi, jesteś w ciąży lub próbujesz zajść w ciążę, opiekujesz się dziećmi, bierzesz leki, w przeszłości miałeś problem z uzależnieniem od narkotyków lub alkoholu albo... masz mniej niż 21 lat. W USA picie i kupowanie alkoholu jest zabronione do 21. roku życia.
Tymczasem, jak wynika z badań Patricii C. Rutledge z Uniwersytetu w Missouri do największych ekscesów alkoholowych dochodzi właśnie w 21. urodziny amerykańskich studentów. Zwyczaj każe się solenizantowi wypić 21 drinków. Stosuje się do niego 34 procent mężczyzn i 24 procent kobiet. Piją 21 drinków lub więcej.
Prawie połowa mężczyzn i 35 procent kobiet przekroczyła w dniu urodzin magiczny próg 2,6 promila alkoholu we krwi. To oznacza, że groziły im poważne konsekwencje medyczne – utrata świadomości, śpiączka, a nawet śmierć. Maksymalna liczba urodzinowych drinków zanotowana przez badaczy wyniosła 50 (mężczyźni) i 30 (kobiety). Zatem 21-letni rekordzista płci męskiej w urodziny wypił ponad 16 litrów piwa.
Przesadne picie alkoholu to zjawisko częste, jednak pijący na umór należą do mniejszości. Według badań OBOP wykonanych na zlecenie Fabryki Komunikacji Społecznej ok. 25 procent osób w Polsce pije alkohol przynajmniej raz w tygodniu. W sposób ryzykowny, sprzyjający uzależnieniu i chorobom – 13 procent populacji ludzi dorosłych.
Uzależnionych jest około 3 – 4 procent
Bardzo szkodliwe jest przekonanie, że piją wszyscy, nie wypada odmawiać, bez picia nie ma zabawy itp. Szkodzi ono zwłaszcza młodym, którzy nie lubią się wyróżniać. Potwierdziły to też badania Rutledge – w 21. urodziny rytualnie piło aż 36 procent osób, które na co dzień nie sięgają po alkohol.
Wpływowi społecznych przekonań dobrze się świadomie przeciwstawiać. Dlatego na stronie projektu edukacyjnego dla nastolatków, przygotowanego przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych niebotak.pl podkreśla się, że nie wszyscy lubią alkohol. Pijący są w mniejszości. Pić wcale nie trzeba.
Nastolatki pijące i biorące narkotyki są nadal w mniejszości. Również w USA. Z corocznych badań dotyczących perspektyw na przyszłość wynika, że wśród amerykańskich 17-latków ponad 50 procent nigdy w życiu nie zażywało substancji nielegalnych, czyli narkotyków, ani nie paliło papierosów. Rodzice powinni zachować czujność, jednak warto wiedzieć, że tzw. normalni to ci niepijący, niepalący i niebiorący.
Picie z głową
E-book "Nadmierne picie jest niebezpieczne. Przestań pić, kiedy jeszcze myślisz", to 83. wydanie biuletynu wydziału zdrowia miasta Nowy Jork. – Dwa drinki mniej wystarczą, żeby uniknąć dramatycznych konsekwencji – przypomina dr Thomas Farley. Pić z głową to znaczy: liczyć ilość drinków i nie przekraczać granicy, za którą kręci się w głowie. Nie pić w stanie obniżonego nastroju, w samotności ani rano, zwłaszcza na kacu, ani na czczo, tylko po posiłku – chronimy wtedy wątrobę. Unikać częstego, regularnego picia nawet niewielkich ilości alkoholu.
Jaki wpływ na zachowanie ludzi mogą mieć takie publikacje jak nowojorski e-book?
Jadwiga Fudała, kierownik działu lecznictwa odwykowego i programów medycznych PARPA:
– Z badań wynika, że realny wpływ na spożycie alkoholu ma polityka cenowa państwa. Kiedy akcyza idzie w górę, alkoholu rzeczywiście sprzedaje się mniej. Przynajmniej legalnie, bo o tym, co się dzieje w tzw. szarej strefie, nie wiemy. Publikacje czy akcje społeczne nt. nadmiernego picia nie powodują diametralnej zmiany. Pomagają się skoncentrować na jakimś problemie, informują o stanie wiedzy na jakiś temat. Większość badań dotyczących picia alkoholu opiera się zazwyczaj na deklaracjach konsumentów, które łatwo poddać manipulacji. Na przykład ludzie, którzy piją rzadko, zazwyczaj nie pamiętają, ile ostatnio wypili i czego. A kto wie, jakiej objętości jest kieliszek?
Fudała podkreśla jednak, że warto rozmawiać o alkoholu, by nie stał się tematem tabu. W magazynie "Lancet" opublikowano niedawno wyniki badań wskazujące, że z dostępnych na świecie używek on właśnie sprawia ludziom najwięcej kłopotów.
Dlaczego więc wciąż się go pije? Bo korzyści psychologiczne są duże. Alkohol to szybki sposób na rozładowanie napięcia, na ułatwienie kontaktów z ludźmi itp.
Nie potrzebują go osoby, które spokojnie dojrzewały. Nauczyły się, że w życiu zdarzają się przykre emocje i wytrenowały sposoby radzenia sobie z nimi w konstruktywny sposób.
Rzeczpospolita
"Nadmierne picie jest niebezpieczne. Przestań pić, kiedy jeszcze myślisz" – e-book pod takim tytułem opublikował na stronie internetowej miejski wydział zdrowia w Nowym Jorku. "Dwa drinki robią różnicę" – ostrzegają w nim specjaliści.
Młoda, ładnie ubrana kobieta siedzi na schodach obskurnego budynku w pozie sugerującej, że nie najlepiej się czuje. Chora? Zmęczona? Nie może wstać? Przecież jest noc – martwimy się. Tuż obok widać nabazgrany białą kredą napis: Jeszcze dwa drinki temu mogłaś bezpiecznie wrócić do domu.
To tylko scena z plakatu nowojorskiej kampanii ostrzegającej przed nadmiernym piciem, ale podobne obrazki zdarzają się na ulicach wielu miast.
Co to znaczy: za dużo?
Ze statystyk wynika, że w Nowym Jorku alkohol jest odpowiedzialny za 1500 zgonów i 70 000 interwencji na ostrych dyżurach miejskich szpitali rocznie. Ponad 40 procent nowojorczyków powyżej 21. roku życia pije regularnie po to, żeby się upić, czyli sporo ponad normę.
Nadmierne picie jest też narastającym problemem w Wielkiej Brytanii. Do legendy przeszła historia 19-letniego Garatha Andersona z Newtownards, który czekając na przeszczep wątroby w szpitalu w Belfaście, wymknął się na chwilę do pubu, nie bacząc na dyndające mu u ramion kroplówki. Zamówił piwo i wódkę i stał się symbolem dziesiątek tysięcy Brytyjczyków w wieku 18 – 24 lat, którzy co roku trafiają do szpitali z powodu pijaństwa. Co roku w samej Anglii i Walii 33 tysiące ludzi umiera z powodu przepicia. Na wakacjach przeciętny Brytyjczyk wypija codziennie około ośmiu drinków.
Definicje i limity
– Rzadko zastanawiamy się nad tym, co to znaczy "za dużo" i kiedy powiedzieć sobie: dość – mówi dr Thomas Farley, szef miejskiego wydziału zdrowia. Dlatego autorzy kampanii jasno wyznaczają granice i definiują pojęcia. Co to znaczy "pić za dużo"? Oto odpowiedź: dla mężczyzny "za dużo" oznacza więcej niż pięć drinków w krótkim czasie, czyli w ciągu dwóch godzin, ale też więcej niż 14 drinków tygodniowo. Dla kobiet i osób po 65. roku życia limity są nieco niższe – cztery drinki wypite w ciągu dwóch godzin lub siedem tygodniowo.
Pojęcie "jeden drink" może się wydawać nieco mgliste. Nic podobnego. Definicja przyjmuje, że to 0,34 litra piwa, 0,15 litra wina lub zwyczajna setka czegoś mocniejszego – pita sauté lub zmieszana z innym napojem.
Różowa przyszłość
Wypity alkohol przenika do krwi i zależnie od stężenia wywołuje konkretne zmiany w mózgu. Maksymalne jego stężenie we krwi występuje godzinę – półtorej po wypiciu, ale działanie czujemy już po kilku minutach. Wycisza emocje negatywne, może redukować fizyczny ból, ewentualny katar i poczucie osłabienia mija, inni ludzie wydają się przyjacielscy, a przyszłość wygląda różowo.
Maksymalna liczba urodzinowych drinków wyniosła 50 (mężczyźni) i 30 (kobiety)
Ale to tylko tu i teraz. Według WHO alkohol zajmuje trzecie miejsce na liście najpopularniejszych przyczyn zgonów na świecie – wypadków, prób samobójczych. Pity w dużych ilościach sprzyja występowaniu aż 60 poważnych chorób, w tym niektórych nowotworów. Autorzy nowojorskiego informatora precyzyjnie wyliczają te choroby: marskość wątroby, wirusowe zapalenie wątroby, osteoporoza, nadciśnienie, osłabienie systemu odpornościowego, przerost serca, osłabienie mięśnia sercowego, nowotwory ust, gardła, przełyku, wątroby, piersi, odbytu, depresja, demencja i inne choroby psychiczne.
21 drinków na 21. urodziny
Osobny rozdział to sytuacje, w których picie alkoholu jest wyjątkowo niewskazane: kiedy kierujesz urządzeniami mechanicznymi, jesteś w ciąży lub próbujesz zajść w ciążę, opiekujesz się dziećmi, bierzesz leki, w przeszłości miałeś problem z uzależnieniem od narkotyków lub alkoholu albo... masz mniej niż 21 lat. W USA picie i kupowanie alkoholu jest zabronione do 21. roku życia.
Tymczasem, jak wynika z badań Patricii C. Rutledge z Uniwersytetu w Missouri do największych ekscesów alkoholowych dochodzi właśnie w 21. urodziny amerykańskich studentów. Zwyczaj każe się solenizantowi wypić 21 drinków. Stosuje się do niego 34 procent mężczyzn i 24 procent kobiet. Piją 21 drinków lub więcej.
Prawie połowa mężczyzn i 35 procent kobiet przekroczyła w dniu urodzin magiczny próg 2,6 promila alkoholu we krwi. To oznacza, że groziły im poważne konsekwencje medyczne – utrata świadomości, śpiączka, a nawet śmierć. Maksymalna liczba urodzinowych drinków zanotowana przez badaczy wyniosła 50 (mężczyźni) i 30 (kobiety). Zatem 21-letni rekordzista płci męskiej w urodziny wypił ponad 16 litrów piwa.
Przesadne picie alkoholu to zjawisko częste, jednak pijący na umór należą do mniejszości. Według badań OBOP wykonanych na zlecenie Fabryki Komunikacji Społecznej ok. 25 procent osób w Polsce pije alkohol przynajmniej raz w tygodniu. W sposób ryzykowny, sprzyjający uzależnieniu i chorobom – 13 procent populacji ludzi dorosłych.
Uzależnionych jest około 3 – 4 procent
Bardzo szkodliwe jest przekonanie, że piją wszyscy, nie wypada odmawiać, bez picia nie ma zabawy itp. Szkodzi ono zwłaszcza młodym, którzy nie lubią się wyróżniać. Potwierdziły to też badania Rutledge – w 21. urodziny rytualnie piło aż 36 procent osób, które na co dzień nie sięgają po alkohol.
Wpływowi społecznych przekonań dobrze się świadomie przeciwstawiać. Dlatego na stronie projektu edukacyjnego dla nastolatków, przygotowanego przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych niebotak.pl podkreśla się, że nie wszyscy lubią alkohol. Pijący są w mniejszości. Pić wcale nie trzeba.
Nastolatki pijące i biorące narkotyki są nadal w mniejszości. Również w USA. Z corocznych badań dotyczących perspektyw na przyszłość wynika, że wśród amerykańskich 17-latków ponad 50 procent nigdy w życiu nie zażywało substancji nielegalnych, czyli narkotyków, ani nie paliło papierosów. Rodzice powinni zachować czujność, jednak warto wiedzieć, że tzw. normalni to ci niepijący, niepalący i niebiorący.
Picie z głową
E-book "Nadmierne picie jest niebezpieczne. Przestań pić, kiedy jeszcze myślisz", to 83. wydanie biuletynu wydziału zdrowia miasta Nowy Jork. – Dwa drinki mniej wystarczą, żeby uniknąć dramatycznych konsekwencji – przypomina dr Thomas Farley. Pić z głową to znaczy: liczyć ilość drinków i nie przekraczać granicy, za którą kręci się w głowie. Nie pić w stanie obniżonego nastroju, w samotności ani rano, zwłaszcza na kacu, ani na czczo, tylko po posiłku – chronimy wtedy wątrobę. Unikać częstego, regularnego picia nawet niewielkich ilości alkoholu.
Jaki wpływ na zachowanie ludzi mogą mieć takie publikacje jak nowojorski e-book?
Jadwiga Fudała, kierownik działu lecznictwa odwykowego i programów medycznych PARPA:
– Z badań wynika, że realny wpływ na spożycie alkoholu ma polityka cenowa państwa. Kiedy akcyza idzie w górę, alkoholu rzeczywiście sprzedaje się mniej. Przynajmniej legalnie, bo o tym, co się dzieje w tzw. szarej strefie, nie wiemy. Publikacje czy akcje społeczne nt. nadmiernego picia nie powodują diametralnej zmiany. Pomagają się skoncentrować na jakimś problemie, informują o stanie wiedzy na jakiś temat. Większość badań dotyczących picia alkoholu opiera się zazwyczaj na deklaracjach konsumentów, które łatwo poddać manipulacji. Na przykład ludzie, którzy piją rzadko, zazwyczaj nie pamiętają, ile ostatnio wypili i czego. A kto wie, jakiej objętości jest kieliszek?
Fudała podkreśla jednak, że warto rozmawiać o alkoholu, by nie stał się tematem tabu. W magazynie "Lancet" opublikowano niedawno wyniki badań wskazujące, że z dostępnych na świecie używek on właśnie sprawia ludziom najwięcej kłopotów.
Dlaczego więc wciąż się go pije? Bo korzyści psychologiczne są duże. Alkohol to szybki sposób na rozładowanie napięcia, na ułatwienie kontaktów z ludźmi itp.
Nie potrzebują go osoby, które spokojnie dojrzewały. Nauczyły się, że w życiu zdarzają się przykre emocje i wytrenowały sposoby radzenia sobie z nimi w konstruktywny sposób.
Rzeczpospolita
Friday, 22 April 2011
Aikido zarządzania
W zabieganym świecie trzeba umieć zarządzać życiową energią. Zamiast walczyć, lepiej popłynąć z prądem, rozważnie sterując łódką. To zasady aikido.
Aikido to dość młoda sztuka walki, której twórcą jest Japończyk Morihei Ueshiba (1883 – 1969). Literalnie aikido oznacza życie (do) w harmonii (ai) z energią wszechświata (ki). Często nazywane jest sztuką walki, w której nie stosuje się przemocy, ponieważ jej celem nie jest walka i wygrana, ale rozwiązanie konfliktu zgodnie z prawami natury. Obserwując praktyków aikido prezentujących swoje umiejętności – choćby archiwalne nagrania z Ueshibą w roli głównej – ma się wrażenie, że mistrz jest w wyśmienitym humorze i tańczy, zamiast siłować się z przeciwnikami. Im silniej napiera agresor, tym silniejsze jest potem jego zderzenie z ziemią w momencie gdy Ueshiba, nawet specjalnie się nie zamachnąwszy, płynnie odsuwa się na bok, z szacunkiem robiąc miejsce upadającemu.
„Początek aikido jest w tobie. Każdy ma duszę, którą może doskonalić, ciało, które może ćwiczyć w jakiś sposób. Wprowadź pokój do swojego życia, a potem stosuj sztukę we wszystkim, czego doświadczasz" – tak brzmi jedna z sentencji Moriheia Ueshiby. Co oznacza ona w praktyce?
– Aikido to nie tylko sztuka walki, ale droga osobistego rozwoju i system praktycznych wskazówek, jak efektywnie zarządzać swoją energią na co dzień. Jak żyć, aby nie doświadczyć uczucia wyczerpania, nie borykać się z wypaleniem zawodowym albo zwyczajnie nie wysilać się więcej niż trzeba – mówi Piotr Ciepliński, coach i doradca biznesowy.
Patrząc na codzienne trudności z perspektywy aikido, aby rozwiązać problem, człowiek nie potrzebuje wcale dodatkowej siły czy napięcia. Energia potrzebna do rozwiązania problemu już jest i trzeba ją tylko zauważyć, zaakceptować, pozwolić jej płynąć w swoją stronę, ale tak, by to było korzystne dla nas. Trzeba wykreować nowe rozwiązanie, które będzie dość dobre dla wszystkich zainteresowanych.
Akceptacja rzeczywistości
Kiedy znajdujemy się pod presją, rośnie poziom energii przepływającej przez nasze ciało. Przyspiesza ona w odpowiedzi na każdą zmianę, dużą czy małą, od ataku fizycznego po dźwięk dzwonka telefonicznego. Stres powstaje wtedy, kiedy stawiamy opór tej energii. Powoduje on, niezależnie od tego, czy jest wewnętrzny czy zewnętrzny, fizyczny czy emocjonalny, prawdziwy czy wyobrażony, wytrącenie ze stanu porządku i równowagi. To, co robimy, przestaje istnieć w harmonii z tym, co myślimy i czujemy, nie jesteśmy efektywni. Popadamy w konflikt wewnętrzny, zewnętrzny lub w oba równocześnie. To powoduje zablokowanie naszej komunikacji ze sobą samym oraz, co gorsza, naszej kreatywności" – pisze Richard Moon, mistrz aikido, w swoim e-booku pt. „Życie w trzech łatwych lekcjach". Stres wywołuje zmiany w ciele człowieka, tym samym wpływając również na jego myśli i emocje, zdolność kreacji. Powstaje błędne koło i poczucie, że się „utknęło" w sytuacji bez wyjścia. Rozpaczliwe próby „mobilizacji" tylko wyczerpują energetycznie i pogarszają sprawę. To moment, by przestać się napinać i poradzić sobie inaczej.
Najłatwiej zacząć od ciała. „Poczuj, gdzie jesteś, jakby każdy najdrobniejszy szczegół był ważny. (...) Ustal punkt ciężkości ciała. Poczuj, jaki jest poziom twojej życiowej energii. Poczuj, gdzie jesteś spięty i gdzie tej energii brakuje, a gdzie przepływa ona swobodnie. Oddychaj (...) – Richard Moon przekonuje, że świadomość tego, gdzie się jest, pozwala poczuć, czego się potrzebuje.
Chodzi o akceptację rzeczywistości. Koniec walki i bezładnego szarpania się z samym sobą. Rozejm, ale nie rezygnacja. Realne oszacowanie zysków i strat, możliwości. Otwarcie się na to, co przychodzi z zewnątrz – mówi Ciepliński. – Tak samo wygląda początek terapii w leczeniu uzależnień. Zazwyczaj jest tak, że ten pierwszy krok jest właśnie tym najtrudniejszym. Ludzie decydują się nań, kiedy naprawdę są wykończeni zmaganiami ze sobą i nie mają już nawet krzty siły. W praktyce aikido osoba, która atakuje, symbolizuje siłę zmiany, której nie należy się przeciwstawiać. Zmiany są nieuniknione. Aby nie tracić energii, lepiej wczuwać się w ich kierunek i podążać za nimi. Podobnie może być z emocjami. Bez względu na to, jakie są, stratą czasu jest zaprzeczanie i powstrzymywanie ich. Lepiej poddać się i odczuwać. Chociaż to trudne.
– Ludzie boją się sobie zaufać. Uważają, że emocje to zły doradca. Boją się ich i tego, dokąd mogą ich zaprowadzić, o czym poinformować. Wielu osobom wydaje się również, że aby spełniać marzenia, trzeba harować latami w pocie czoła, bo inaczej nic się nie uda. „Za szczęście trzeba zapłacić" – mówią niektórzy. Tak jesteśmy wychowani. I szkoda. Bo jak się zastanowić, to nieprawda. A emocje są ważne, bo tylko wsłuchując się w siebie, mamy szansę na zrobienie w życiu czegoś ważnego dla siebie i dla innych – uważa Agata Giermakowska-Węgiełek, psycholog biznesu i coach.
Istnieje szereg naukowych badań potwierdzających szczególny potencjał intelektualny i kreatywny ludzi szczęśliwych i zrelaksowanych. To między innymi dlatego firmy nastawione na szybki rozwój, np. Google, projektują swoje biura zgodnie z oczekiwaniami i potrzebami pracowników, a nie odwrotnie. Inwestują w sauny, boiska, wygodne fotele i rozrywkę dla pracowników. Pracownicy odwdzięczają się tym, że zamiast latami przekładać papiery na biurku, myślą, tworzą i kreują tu i teraz to, co jest potrzebne (czytaj na stronie E 9).
Podziel się sobą
Udowodniono w badaniach, że nie ma nic bardziej krępującego zdolności twórczych niż biurko w uporządkowanej przestrzeni open space – potwierdza Giermakowska. – Co więcej, wiele osób ma takie doświadczenie, że kiedy starały się o coś ze wszystkich sił, harując dzień i noc, i napinając się, jak to tylko możliwe, wynik tych starań nie tylko nie był zadowalający, ale na dodatek gorszy od tego, który udało się osiągnąć, nie starając się ani trochę.
„Podziel się sobą" to tytuł trzeciej lekcji życia wg Richarda Moona. Autor tłumaczy: „Aikido nie jest pasywne, a zawarta w nim harmonia nie oznacza poddania się. Oznacza natomiast tworzenie nowych rozwiązań dzięki temu, co dodasz od siebie. Twój wkład to coś unikalnego, jedynego w swoim rodzaju. Jeśli jesteś tu i teraz, akceptujesz rzeczywistość, możesz tworzyć swoje rozwiązania, dzielić się sobą ze światem. Kiedy wtapiamy się w rzeczywistość, możemy nadawać kierunek zmianie. Marzenia stają się rzeczywistością, a to, co wydawało się niemożliwe, staje się osiągalne" – pisze Moon. I być może ma rację. Z praktyki wynika jednak, że „wkład" bywa głęboko ukryty.
– Aby uświadomić sobie, po co robi daną rzecz, mój klient musi średnio sześć razy zadać sobie pytanie „po co?". Dopiero szósta odpowiedź ma zazwyczaj sens. Wcześniejsze dotyczą tego, co „powinienem" i „muszę" – mówi Piotr Ciepliński.
Dokąd ma płynąć ta rzeka?
Przyszłości nie da się przewidzieć, można, a nawet dobrze by było ją zaplanować – mówi stare psychologiczne porzekadło. Świadomy czy nieświadomy, koniec końców, każdy sam jest odpowiedzialny za to, co się w jego życiu wydarza.
Z prostych obliczeń wynika, że 50 lat, które wydaje się dość długim okresem, to zaledwie 600 miesięcy. Dla jednych to dużo, dla innych mało. Warto mniej więcej wiedzieć, jak chce się je spędzić. A jeśli się nie wie – to jak sobie to uświadomić? Jedna z najpopularniejszych technik polega na wyobrażeniu sobie siebie za 20 lat. Gdzie chcę być? Czym będę się zajmować? Jak wyglądać będzie moje życie? Wbrew pozorom to trudne ćwiczenie, warto jednak próbować. Kolejny krok to krótsza perspektywa czasowa – dziesięć lat, pięć lat i rok. Znając swoje potrzeby i marzenia, można wyznaczyć cele.
– Można zastanowić się np.: „co bym zrobił, gdybym nic nie musiał i gdybym był pewien, że na pewno się uda. I co, według mnie, w realnym świecie stałoby się, gdybym rzeczywiście to zrobił?". Zazwyczaj przekonujemy się wtedy, że nasze obawy są nieco na wyrost – radzi Agata Giermakowska-Węgiełek.
Celu nie trzeba wcale realizować, jeśli ktoś nie ma na to ochoty. Ocenić sytuację także pomogą specjalne ćwiczenia.
– To, jakie decyzje podejmujemy, zależy od naszego wewnętrznego systemu wartości i przekonań. Jesteśmy go mniej lub bardziej świadomi. Można przyjąć, że podjęciu każdej decyzji towarzyszy odczuwanie „przyjemności", a zaniechaniu „cierpienia". Warto więc przed podjęciem ważnej decyzji lub wtedy, kiedy utknęliśmy, ustalić, jak wygląda cierpienie związane z podjęciem danej decyzji, a jaki będzie koszt jej zaniechania. Oraz jaka będzie przyjemność związana z zaniechaniem, a jaki koszt z jej podjęciem. Im bardziej nasze pytania będą dotyczyć nas, tego, co czujemy i co myślimy o sobie, tym lepiej – mówi Piotr Ciepliński. – Kiedy jednak ze względu na nadzwyczajne okoliczności musimy podjąć nie naszą decyzję i czujemy, że jesteśmy w potrzasku, w wewnętrznym konflikcie, dobrze zadać sobie pytanie: czy to, co zamierzam zrobić, to jest dobre traktowanie siebie? To zazwyczaj działa.
Cel dobrze formułować w formie pozytywnej, dobrze wyznaczyć termin i precyzyjne kryterium jego realizacji. Potrzebne jest także wyznaczenie odpowiedniej nagrody. Cel dobrze powiązać z emocjami. Bez emocji nie ma motywacji. Trzeba widzieć oczami wyobraźni, dokładnie czuć to, czego się pragnie.
Kiedy już uda nam się ustalić cel, dobrze jak najszybciej zrobić pierwszy krok. Choćby minimalny. I nie nastawiać się, że spełni się wszystko, czego sobie życzymy. Mniej więcej 20 procent raczej się nie uda.
– Według hawajskiego systemu wierzeń potocznie nazywanego Huną, kiedy wie się dobrze, czego się pragnie i jest się do tego przekonanym, wpływ na rzeczywistość i realizację tej potrzeby to drobiazg – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek. – Coś w tym jest.
Rzeczpospolita
Friday, 18 March 2011
Introwertyk za biurkiem szefa
Według wielu badań i powszechnych opinii najlepszymi menedżerami są ekstrawertycy. Bez problemu wydają rozkazy, lubią być w centrum uwagi, podejmują decyzję za decyzją. Dziś do nich należą biurowe open space’y. Dni tej dominacji są jednak policzone – donoszą naukowcy.
W zdominowanym przez ekstrawertyków świecie biznesu ignorowani i nierozumiani mogą się czuć introwertycy. Aż czterech na pięciu z nich żyje z poczuciem, że ma mniejsze szanse na zatrudnienie – wynika z badań dr Jennifer B. Kahnweiler, autorki książki „Introverted Leader. Building on Your Quiet Strength", która niedawno ukazała się w USA. Ponad 40 proc. badanych wyznało także, że chciałoby wpłynąć na swój introwertyczny temperament, ale nie wiedzą, jak to zrobić. – Dobra wiadomość jest taka, że introwertycy mogą się nauczyć budować swój sukces w ekstrawertycznym świecie. Ten proces wymaga jednak czasu i praktyki – mówi dr Kahnweiler.
Czym właściwie jest introwersja?
Wielu liderów (40 proc.), w tym najpotężniejsi, tacy jak Bill Gates, Warren Buffett i Barack Obama, deklaruje introwertyzm. Co to oznacza? W przeciwieństwie do nieśmiałości, która jest wynikiem lęku odczuwanego w sytuacjach społecznych, introwersja to element temperamentu. Charakteryzują ją konkretne zachowania.
Introwertycy przetwarzają informacje, rozmyślając i wykorzystując swoje refleksje i doświadczenia. Nie lubią mówić o sprawach prywatnych, unikają okazywania emocji. Potrzebują samotności, aby odpoczywać i odnawiać zasoby energetyczne. W pracy preferują ciche, prywatne przestrzenie, lubią realizować projekty indywidualnie lub w małych grupach. Najpierw myślą, potem działają. Nawet podczas zdawkowej rozmowy o pogodzie słuchają uważnie, co ma do powiedzenia druga osoba, potem odpowiadają. Nie lubią powierzchowności i pośpiechu. Wolą pisać, niż mówić. Chętniej napiszą e-maila, niż zadzwonią, chętniej zadzwonią, niż spotkają się osobiście. Są cisi, zdystansowani. W przeciwieństwie do ekstrawertyków nie zależy im na byciu w centrum uwagi.
Świat zdominowany jest jednak przez ekstrawertyków. Niektórzy twierdzą, że stanowią oni nawet 3/4 populacji. Z pewnością osoby o takim temperamencie dominują w świecie biznesu. Dlatego introwertykom trudniej się w nim odnaleźć.
Trudności schowanego
Uczucie energetycznego wyczerpania i towarzyszące mu bóle głowy, pleców, żołądka to dolegliwości, z jakimi borykają się w pracy introwertycy. Mogą mieć problemy z mówieniem „nie", co skutkuje tym, że są przepracowani, zawaleni projektami, z których nie potrafili zrezygnować. Ciężko im podkreślać i eksponować swoje umiejętności.
Często przełożeni nie mają pojęcia, jak wiele dany introwertyk potrafi, dlatego omijają go awanse i ciekawe wyzwania. W grupie introwertycy rzadko grają pierwsze skrzypce, często mówią w taki sposób, że nie są słyszani. Nawet jeśli mają coś niezwykle ciekawego do powiedzenia.
Nie biorą udziału w biurowych gierkach i przepychankach, czują do tego rodzaju rozgrywek wstręt. Ponieważ jednak to dość istotny aspekt biurowej kultury, znów zostają w tyle.
Nie ma magicznego sposobu na to, by poradzić sobie z introwertyzmem raz na zawsze. W hałaśliwym, pełnym powierzchownych i egzaltowanych ekstrawertyków świecie trzeba jednak jakoś przetrwać. Nie chodzi o to, aby zmieniać osobowość czy naturalny styl pracy, ale aby podkreślić siebie. To wystarczy. Introwertyczne skłonności w biurowej codzienności mogą być wyjątkowo cennymi zaletami.
Niewidoczny widoczny w pracy
Co robi nieekstrawertyk, który w pracy dobrze traktuje siebie? Według dr Jennifer B. Kahnweiler istnieją cztery główne reguły według których powinien postępować.
Po pierwsze – przygotowanie do spotkań. Bezpieczniej, kiedy introwertyk nie nastawia się na improwizowanie. Może wówczas przewidzieć pytania, przemyśleć odpowiedzi.
Po drugie – powinien się koncentrować na teraźniejszości, nie odpływać myślami. Po trzecie – mieć świadomość celu, czyli dokąd dąży – w przód czy też w górę. W ten sposób z większym prawdopodobieństwem dostanie awans. Po czwarte – introwertyk musi ćwiczyć i powtarzać nowe umiejętności. To podstawy. A co poza tym?
– Spotkania z ludźmi powinien dobrze planować, przygotowywać się do nich psychicznie – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek, psycholog biznesu i coach. – Dla introwertyków stanowią one największe wyzwanie energetyczne. W codziennym planowaniu czasu warto przewidzieć przerwy na bycie samemu i regenerację sił. Można posiedzieć kilka minut w łazience albo w ciszy pogapić się w okno.
Ciekawym wyzwaniem jest informowanie z własnej inicjatywy współpracowników o postępach w pracy oraz najnowszych przemyśleniach na istotny temat. Częściej niż zwykle, czyli np. codziennie. Tylko uwaga – otoczenie może przeżyć szok, nagle konfrontując się z oryginalnymi i zazwyczaj i dość trafnymi uwagami introwertyka.
– Osoby o takim temperamencie mają tendencję do chowania się, np. za e-mailami – mówi Piotr Ciepliński, coach i doradca biznesowy. – Jeśli chcą zmiany, muszą przestać to robić i dobierać formę przekazu do treści, jaką chcą się podzielić. E-mail to dobry sposób na przekazywanie krótkich, prostych komunikatów. Kiedy chce się jednak wyjaśnić nieporozumienie lub przekazać drażliwą uwagę, lepszy jest telefon albo spotkanie twarzą w twarz.
Kolejne ćwiczenie, które warto powtarzać jak najczęściej, to zabieranie głosu na zebraniach. Według dr Kahnweiler im szybciej introwertyk zabierze głos, tym lepiej, nie może jednak czekać z tym dłużej niż pięć minut. I nie chodzi o przemówienie, ale o najzwyklejsze zaznaczenie swojej obecności – krótkie pytanie, parafrazę. Idealnie jeśli zawalczy o to, by zabrać głos. Najprostszy sposób to podnieść rękę lub zrobić znak przerwy i oznajmić: „Chciałbym coś powiedzieć". Dobrze się przy tym uśmiechnąć. Poczucie humoru to świetny sposób radzenia sobie z introwertycznym bagażem.
Cichy myśliciel
„Dlaczego potrzebujemy cichych liderów?" – tak brzmi tytuł niedawnego wpisu w blogu dr. Raya Williamsa publikowanego w internetowym wydaniu magazynu „Psychology Today". Williams omawia najnowsze badania zespołu dr Franceski Gino, wykładowcy w Harvard Business School, opublikowane na łamach „Academy of Management Journal". Naukowcy postanowili sprawdzić, czy medialny zachwyt nad przywódczymi zdolnościami osób z temperamentem ekstrawertycznym odpowiada rzeczywistości.
Okazało się, że nie. Dużo zależy bowiem od temperamentu podwładnych. Z badań wynika, że introwertyczni szefowie osiągają lepsze wyniki, kierując zespołem ludzi aktywnych, którzy mogą wywoływać chęć rywalizacji i poczucie zagrożenia u ekstrawertycznych szefów. I odwrotnie – tacy szefowie są lepsi na czele zespołów składających się z osób bardziej pasywnych.
Dr Gino dodaje: „Lider, niezależnie od osobistych predyspozycji, może być na tyle elastyczny i świadomy, by dostosować się do grupy, której przewodzi.
Dobrze, jeśli umie ocenić sytuację i zastosować określony styl działania: intro- lub ekstrawertyczny. (...) Tę metodę stosuje się wtedy, gdy z punktu widzenia wydatku energetycznego jest ona opłacalna. Nie zalecałabym nikomu zachowań, z którymi czuje się niekomfortowo, czy wyrażania opinii, w które nie wierzy. Zachowując się w określony sposób, warto pamiętać, dlaczego się to robi i jak daleko można się posunąć".
Silną stroną szefów o introwertycznym temperamencie, którzy stanowią mniejszość wśród menedżerów, jest to, że są bardziej otwarci na swoich pracowników. Nie czują zagrożenia, słuchając ludzi, i potrafią robić to świetnie. Ich decyzje są przemyślane, więc firma rzadziej przechodzi zawirowania.
Siła spokoju
Czy potrzebujemy zatem cichych liderów? „Świat biznesu zdominowali charyzmatyczni liderzy z rozrośniętym ego. Spokojni, dalekowzroczni przywódcy mogliby w wielu firmach uzdrowić sytuację. Na rynek pracy wchodzą kolejne pokolenia wykształconych pracowników, którzy chcą tworzyć samozarządzające się zespoły. Coraz więcej jest freelancerów, pracowników niezależnych, jak ci z pokolenia Y. Wielu z nich nie widzi się w roli pasywnych poddanych czekających na rozkazy, wielu nie chce, by ich działania kontrolował jakiś przywódca. Dużo lepiej będą się czuli w introwertycznym stylu zarządzania" – odpowiada dr Ray Williams.
Rzeczpospolita
Friday, 18 February 2011
Olśnienie i burza mózgów
Rozwiązywanie każdego problemu wiąże się z wytężoną pracą naszego mózgu. Psychologowie podpowiadają co robić, by nam pomógł dobrze sobie radzić, analizować trudne zadania, panować nad sytuacją i emocjami. Dajmy mu spokój
Z rozwiązywaniem problemów jest jak z gotowaniem. Przepis może być prosty, ale ostateczny efekt zależy od czynników, których nie sposób przewidzieć.
Odpowiedzialność za rozwiązywanie swoich problemów prędzej czy później każdy bierze na siebie. No, chyba że postanowi ich nie rozwiązywać. Są różne podejścia.
I jeden, i drugi przypadek analizują naukowcy i psychologowie, którzy sytuacjami rozwiązywania problemu zajmują się od dawna. Ich wnioski są dla nas ciekawymi wskazówkami. Trudności życiowe, intelektualne, wyzwania zawodowe, analiza pojęć abstrakcyjnych, a nawet załatwianie codziennych spraw – te wszystkie przypadki wymagają rozwiązywania problemu.
Ile to dwa plus dwa
Podobno Albert Einstein powiedział kiedyś, że równanie dwa plus dwa ma nieskończenie wiele rozwiązań. Bo nie muszą być przecież prawidłowe – tłumaczył. I wcale się nie mylił. Rozwiązanie może być jedno, oczywiście. Ale może też ich być wiele, to zależy od tego, po co dokonujemy obliczeń.
Problemy dzielą się bowiem na takie, które lepiej rozwiązać za pomocą analizy faktów, i takie, których rozwiązanie wymaga wymyślenia czegoś nowego.
Podobnie można spojrzeć na ludzi. Są tacy, którzy rozwiązując problem, wolą posługiwać się znanymi sobie faktami, i tacy, którzy zawsze szukają czegoś nowego. Żadna z tych metod nie jest ani lepsza, ani gorsza. Liczy się skutek.
Standardowy przepis na rozwiązanie problemu jest taki: ustalamy, co dokładnie nim jest i co chcemy osiągnąć. Jeśli jest skomplikowany i duży, dzielimy go na mniejsze zagadnienia, formułujemy je tak, aby były możliwe do rozwiązania. Następnie wymyślamy do każdego z nich tyle odpowiedzi, ile przyjdzie nam do głowy. To tzw. burza mózgów. Na tym etapie nie oceniamy skuteczności ani realności naszych pomysłów. Mogą być całkiem szalone.
Kolejny etap to weryfikacja. Krytykujemy, testujemy, liczymy koszty realizacji każdego z pomysłów. I w ten sposób wybieramy ten najlepszy, który wprowadzamy w czyn. Jeśli wynik nie jest zadowalający, czyli nie udało nam się osiągnąć celu, powtarzamy proces od początku, bogatsi o nowe doświadczenia.
W rozwiązywaniu problemów możemy napotkać dwie przeszkody – niepraktyczne, nieuświadomione strategie działania wyuczone w dzieciństwie oraz fakt, że zagadnienia przerastają nasze możliwości świadomego przetwarzania informacji. To sytuacje, w których dwa plus dwa przestaje z całą pewnością równać się cztery. Na szczęście i jedna, i druga przeszkoda są do pokonania.
Start
W procesie rozwiązywania problemów ważna jest pozycja wyjściowa. Poczucie wartości, które daje nam siłę do tego, by zmierzyć się z trudnościami. Poczucie skuteczności, dzięki któremu wierzymy, że potrafimy sobie radzić, działać tak, by przekształcić rzeczywistość na swoją korzyść. Poczucie kontroli, czyli wiara, że to, co robimy, ma znaczenie dla innych i ma wpływ na to, co się dzieje w świecie zewnętrznym.
Dobrze jest mieć świadomość preferencji i cech osobowości rozwiązującego problem, czyli często naszych własnych. – Ekstrawertycy rozwiązują problemy szybko, lubią działać. Sposobów i możliwości poszukują zazwyczaj na zewnątrz i strategie zewnętrzne są dla nich najskuteczniejsze – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek, psycholog i trener rozwoju osobistego. – Sprawdzają swoje pomysły w praktyce, wyciągają wnioski i na tej podstawie modelują zachowanie. Czasem zyskują dzięki temu na czasie, błyszczą, czasem tracą wyjątkowo dużo. W skrajnych wypadkach wykonują dziesiątki niecelnych strzałów, zanim znajdą rozwiązanie problemu.
Ich przeciwieństwem są introwertycy, którzy zanim zaczną działać, tworzą sobie szczegółowy plan. Potrzebują problem przemyśleć, rozważyć za i przeciw. Mają skłonność do analizy, a czasami niepotrzebnego komplikowania spraw. W skrajnych wypadkach tygodniami nie potrafią podjąć istotnej decyzji, bez końca rozważając za i przeciw. Mogą być również wyjątkowo impulsywni – uważa psycholog.
Jaki masz problem?
Problemy można podzielić na trzy grupy. W pierwszej są te, które polegają na braku środków, wiedzy, umiejętności czy planu działania do realizacji tego, czego się potrzebuje. W drugiej są niemożliwe do opanowania emocje, które wywołują niezadowolenie i cierpienie, emocje związane z traumatycznymi przeżyciami, np. żałoba. Trzecia grupa to sytuacje, które nas przerastają i w których musimy zregenerować siły, złapać dystans, poczuć się bezpiecznie. W każdej grupie sięgamy po inny rodzaj strategii radzenia sobie. Są zapisane w naszej podświadomości. Mogą być pozytywne i negatywne.
Problem uda się rozwiązać, jeśli zastosujemy strategię wzięcia za niego odpowiedzialności. To daje konieczną energię, powoduje zaangażowanie. Skuteczne jest też poszukiwanie rzetelnych informacji, postępowanie zgodnie z planem, koncentracja na najważniejszych wątkach.
Strategie negatywne to unikanie odpowiedzialności, czyli spychanie jej na innych, wchodzenie w rolę ofiary, wiara, że problem rozwiąże się sam. Kiepską strategią jest korzystanie z nierzetelnych informacji, np. horoskopów, wróżb, stereotypów. I robienie tysiąca rzeczy naraz.
Cierpię i mam dość
Kiedy odchodzi ktoś bliski, pojawia się problem w postaci emocji trudnych do opanowania. Rozpacz, żal, rozgoryczenie nie pozwalają normalnie żyć, nawet wtedy, kiedy już chce się wrócić do życia.
W sytuacji traumatycznych doświadczeń pozytywną strategią numer jeden jest stworzenie bezpiecznego środowiska, grupy wsparcia. Starą i ważną strategią radzenia sobie z emocjami jest katharsis. Polega ona na opowiadaniu o trudnych zdarzeniach i przeżywaniu związanych z nimi emocji. Prowadzi to do oswajania lęku i innych uczuć przy równoczesnym nabieraniu dystansu do wywołujących je wspomnień.
Gdy w obliczu traumy staramy się wypierać trudne uczucia, zazwyczaj cierpi na tym nasze zdrowie. Strategie pozwalające na uporanie się z emocjonalnym kataklizmem to też poczucie humoru, ćwiczenia relaksacyjne i fizyczne.
Unikanie problemu to też strategia jego rozwiązywania. Może mieć pozytywny i negatywny skutek. Jeśli unikamy problemu chwilowo, to łapiemy dystans, zbieramy siły, mamy czas na refleksję. Niestety, bywa tak, że zamiatamy kłopoty pod dywan i zabieramy się do sprzątania wtedy, gdy zaczynają brzydko pachnieć.
Pocieszające jest to, że negatywne strategie są zazwyczaj wyuczone w dzieciństwie, co oznacza, że można się ich oduczyć. Na pokonanie konkretnego zachowania dobrze poświęcić dwa tygodnie. W tym czasie należy się skupić tylko na zamianie strategii negatywnej na pozytywną. Bo kiedy chcemy się pozbyć jakiegoś nawyku, warto nauczyć się czegoś „zamiast”.
Zamiast rozmyślań – odpocznij
Jak pisze dr David Rock w swoim blogu „Mózg w pracy” na łamach internetowego wydania brytyjskiego magazynu „Psychology Today”, pamięć operacyjna mózgu ma pewne ograniczenia, przynajmniej tak nam się wydaje. Większość ludzi poddaje się, mnożąc liczby trzycyfrowe. Tymczasem nasz mózg wykonuje daleko bardziej skomplikowane obliczenia, kiedy chcemy wstać. Ale nieświadomie.
„W codziennym życiu, zwłaszcza w pracy, często napotykamy problemy, które są dużo bardziej skomplikowane niż mnożenie przez siebie trzycyfrowych liczb. To problemy „nielinearne”, na które odpowiedź jeszcze nie istnieje, nie jest logiczna ani łatwa. Np.: „jak zwiększyć sprzedaż, kiedy zapotrzebowanie na twoje produkty na rynku spada, a wszystkie sposoby, których próbowałeś do tej pory, nie działają?”. Świadome narzędzia rozwiązywania problemów wysiadają. Nasza pamięć operacyjna nie wystarcza” – pisze dr Rock. Co wtedy robić?
Prowadząc różne warsztaty, naukowiec przepytał kilka tysięcy osób, jak sobie radziły ze złożonymi problemami. Wszyscy odpowiedzieli podobnie. „Rozwiązania przychodzą zwykle nagle, podczas zasypiania, w nocy, po przebudzeniu, podczas robienia na drutach lub gotowania” – pisze dr Rock.
Błysk geniuszu
Tymczasem na łamach magazynu „NeuroLeadership” inny psycholog, prof. Mark Beeman, przedstwia swoje najnowsze badania dotyczące momentów olśnienia i podpowiada, jak zwiększyć prawdopodobieństwo występowania tych przebłysków geniuszu.
Po pierwsze dobrze się wyciszyć. Tak zwany wgląd, rodzaj cichego zrozumienia sytuacji, który nie zawsze dociera do świadomości, to nic innego jak wyjątkowo subtelna aktywność neuronalna. Można ją sobie uświadomić, kiedy mózg odpoczywa.
Po drugie tzw. momenty acha (olśnienia) zdarzają się, gdy człowiek czuje się bezpiecznie i nie musi się koncentrować na świecie zewnętrznym, jest zrelaksowany. Według Beemana najlepiej, jeśli jest też dość szczęśliwy, zadowolony. Ludzie szczęśliwi dostrzegają więcej możliwości, są bardziej kreatywni.
Kolejnym warunkiem sprzyjającym olśnieniom jest... niepoświęcanie problemom zbyt wiele uwagi, czyli odpuszczenie sobie. Mózg się wycisza i możemy usłyszeć głos wewnętrzny, który podpowiada nam coś całkowicie nowego niż to, o czym myśleliśmy do tej pory.
Rzeczpospolita
Friday, 11 February 2011
Waga kreatora
Pewny siebie, impulsywny, niesumienny. Czy to cechy złego pracownika? Wręcz przeciwnie, twórczej lokomotywy
Kreatywność to zdolność tworzenia dzieł, które są zarówno nowe, jak i użyteczne. Według teorii współczesnego eksperta w tej dziedzinie – Mihaly’ego Csikszentmihalyiego, amerykańskiego psychologa węgierskiego pochodzenia – twórczość to proces rozgrywający się w trzech wymiarach.
Pierwszym wymiarem jest twórca, jego motywacje i zdolności. Drugim – dziedzina, w jakiej tworzy, i charakterystyczne dla niej zasady, symbole, prawa. Trzeci to inni ludzie pracujący w obrębie tej dziedziny. Aby „twórca coś stworzył”, musi wpaść na pomysł, który w jego dziedzinie będzie nowy i ciekawy. I który uda mu się przedstawić osobom zainteresowanym rozwojem na danym polu.
Inna teoria, autorstwa dwóch naukowców – Sternberga i Ubarta – mówi o tym, że dla twórczości niezbędne jest połączenie sześciu czynników: zdolności intelektualnych – by zauważyć problem i niekonwencjonalnie go rozwiązać; odpowiedniej – nie za dużej i nie za małej – wiedzy w danej dziedzinie; nowatorskiego myślenia; osobowości twórcy (rozsądne podejmowanie ryzyka, wytrwałość w pokonywaniu przeszkód, skuteczność, tolerancja na niepewność i wieloznaczność); wewnętrznej motywacji i wspierającego środowiska, które nagradza sukcesy.
Praktyka kreatywności wydaje się prostsza niż teoria. – Każdy jest w jakimś stopniu zdolny do tworzenia. Chodzi tylko o to, by odkryć swój obszar i go rozwijać. Wzrost twórczych umiejętności następuje, gdy stawiamy sobie wyzwania. I oczywiście dążymy do sprostania im – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek, coach i terapeutka rozwoju osobistego.
Nie bez znaczenia jest też kultura i społeczność, w której funkcjonuje się na co dzień. W mikroskali można tu mówić również o kulturze firmowej. – Pracownicy mogą pozwolić sobie na kreatywność, jeśli nie są karani za popełnianie błędów. A te wpisane są w innowacyjność – tłumaczy Giermakowska-Węgiełek.
Kreatywności sprzyjają społeczności, które dysponują nadwyżkami energii umysłowej i fizycznej, nie są skupione wyłącznie na przetrwaniu. Potencjał twórczy rośnie w sytuacji zewnętrznego zagrożenia lub wewnętrznych sporów. Ale także tam, gdzie panuje szacunek dla uczenia się, czyli – co za tym idzie – wstępna akceptacja dla niewiedzy.
Osobowość szczególnie twórczych artystów i naukowców analizował m.in. amerykański psycholog Gregory Feist. Dowiódł, że są oni bardziej otwarci na nowe doświadczenia, bardziej pewni siebie, dominujący, ambitni, impulsywni, mniej sumienni i konwencjonalni niż ci mniej kreatywni. Charakterystyczną ich cechą jest także pewna doza wrogości wobec innych ludzi. Z tych dwóch grup naukowcy są zazwyczaj bardziej sumienni, artyści zaś niekonwencjonalni i niestabilni emocjonalnie.
Przyglądając się życiu ludzi twórczych, badacze doszli do wniosku, że historie ich działalności można ująć jako następujące po sobie okresy wypełnione u wszystkich tego samego rodzaju działaniami. Porównano ze sobą życiorysy przyrodnika Karola Darwina, szwajcarskiego psychologa i biologa Jeana Piageta, fizyka Alberta Einsteina, psychoanalityka Zygmunta Freuda, działacza politycznego Mahatmy Ghandiego, filozofa Stuarta Milla, malarza Pabla Picassa, kompozytora Igora Strawińskiego, poety T. S. Eliota, tancerki Marthy Graham, twórcy cybernetyki Norberta Weinera, pisarza George’a Bernarda Shaw oraz naukowca Michaela Faradaya. Okazało się, że wszyscy przed osiągnięciem wiedzy w swojej dziedzinie wiele ćwiczyli – ich zaangażowanie trwało mniej więcej dziesięć lat, gdy włączali w pracę swoje zdolności kreatywne. Ponadto: efekt zazwyczaj nie był pojedynczym dziełem, ale cyklem przedsięwzięć. I co ważne: większość miała wizję końcowego produktu przed rozpoczęciem jego tworzenia.
Zasadnicze znaczenie dla twórczości ma jednak motywacja wewnętrzna. Twórca pragnie działać, ponieważ jest to dla niego ciekawe i przyjemne. Stanowi samo w sobie cel i wyzwanie. Niestety okazuje się, że zaledwie kilka procent dorosłych osób ma wyznaczony w życiu cel, do którego dąży dla siebie samego.
Na przykład spośród tych, którzy robią tzw. postanowienia noworoczne, aż 36 proc. poddaje się do końca stycznia, a połowa pozostałych osób porzuca cele przed upływem trzech miesięcy.
Stawiamy sobie zazwyczaj cele zbyt ambitne lub takie, których osiągnięcie nie zależy wcale od nas. A można zacząć od niezbyt łatwego wbrew pozorom pytania: gdybym mógł zrobić wszystko, co chcę, zrobiłbym... Można stworzyć listę dziesięciu pozycji, i to nie byle jakich. Zwłaszcza nie byle jakich. I wyobrazić sobie siebie za dziesięć lat, za 20 lat. To nie jest strata czasu. To pierwszy krok na drodze do rozwoju własnej kreatywności, więc warto się angażować.
Trzeba pamiętać, że dziś pojęcie kreatywności na dobre zadomowiło się w języku pracodawców i przełożonych. Obok elastyczności i komunikatywności jest jednym z ważniejszych kryteriów decydujących o tym, czy ktoś wart jest zatrudnienia czy nie.
Boska kreacja i popędy
O ludzkiej kreatywności po raz pierwszy dyskutowano w czasach późnego renesansu. Wcześniej czasownik „creare” stosowano jedynie do określania aktywności boskiej – tworzenia czegoś z niczego (creatio ex nihilo). Powiew renesansowej swobody i tolerancji sprawił, że za kreatywnych można było uznać w końcu także naukowców czy artystów. Pierwsze badania naukowe na temat kreatywności przeprowadzono na początku XX wieku – między innymi zajmował się tym Freud. Postrzegał kreatywność i wynikającą z niej twórczość jako społecznie akceptowany sposób wyrażania nieakceptowanych, nieświadomych, agresywnych i seksualnych popędów śmierci i miłości.
Rzeczpospolita
Subscribe to:
Posts (Atom)

