Wednesday, 14 June 2006

Panie z budowy


Spacerując po mieście, wolą przyglądać się nowym inwestycjom niż wystawom sklepowym. Nieprzemijalność kojarzą raczej z trwałością gmachu niż nową technologią kremów. I nie tracą przy tym nic na kobiecości

Teresa Gierada jest kierownikiem kontraktu budów w Mostostalu. Pracę w branży zaczynała w latach 70. Z jej udziałem wybudowano między innymi: most Grota-Roweckiego (przestawili niechcący dwa przęsła‚ ale to nie szkodzi‚ nikt dotąd nie zauważył)‚ budynek Uniwersum na skrzyżowaniu ulic Gagarina i Belwederskiej (to jej pierwsza praca)‚ basen Warszawianka‚ niebieską kładkę nad ul. Czerniakowską‚ komin w Ożarowie i kompostownię w Radiowie. Marzena Kowalczyk od 7 lat jest dyrektorem zespołu handlowców w firmie TeknoAmerBlok, produkującej materiały konstrukcyjne i elewacyjne oraz kostkę brukową. Ich produkty wykorzystano m.in. do budowy CH Arkadia‚ Galerii Mokotów‚ osiedla Eko Park. Anna Zajbert zajmuje się leasingiem powierzchni biurowych i handlowych inwestycji Złote Tarasy w centrum Warszawy. Wcześniej "urządziła" Galerię Mokotów. Małgorzata Benedek jest architektem. Wraz z Witoldem Benedekiem i Krystyną Szypulską zaprojektowała budynek Wydziału Prawa UW przy ul. Oboźnej oraz jego wnętrza. Obiekt‚ który wygrał plebiscyt na najbardziej lubiany przez mieszkańców Warszawy budynek użyteczności publicznej. - Jak już jakaś kobieta zaczyna pracę w budownictwie, to na ogół pracuje bardzo dobrze. Do tego trzeba mieć predyspozycje‚ trzeba to umieć polubić - komentuje Jerzy Zienkiewicz‚ dyrektor firmy PMI‚ zajmującej się nadzorem budowlanym.
- Budownictwo to specyficzne środowisko. Zdarzają się tzw. prości ludzie‚ z którymi porozumieć się nie jest łatwo. Ale według mnie kobiety coraz rzadziej spotykają się z oznakami lekceważenia czy nieufności. Bywają świetnymi fachowcami - opowiada Leszek Zielaśkiewicz‚ dyrektor do spraw inwestycji z Warbudu. Jakie są kobiety z budowy?

Sprytem i zaufaniem
Skrzyżowanie ulicy Towarowej z Prostą. Przede mną dwa szare‚ betonowe szkielety‚ fachowo "budynki w stanie surowym"‚ dwa dźwigi‚ a "w"‚ "na" i "za" nimi kilkudziesięciu mężczyzn w żółtych kaskach. Jak tu znaleźć kierownika? - zastanawiam się. Telefonuję. Dzięki precyzyjnym wskazówkom osoby odpowiedzialnej za ten budowlany miszmasz docieram do małego budynku z tyłu. Za wielkim‚ czarnym biurkiem‚ siedzi inżynier Teresa Gierada, drobna blondynka: kierownik kontraktu budów Mostostalu‚ głównego wykonawcy. Nie jest tu jedyną kobietą. Ale jej asystentka akurat choruje. Mężczyzn w tej chwili jest około 60‚ z tym że podczas prac wykończeniowych będzie ich co najmniej dwa razy więcej. - Spodziewałem się prawdziwej herod-baby‚ a tu takie chucherko jak ty przysłali - powiedział jej kiedyś inżynier Jerzy Bogaczyk‚ budowlaniec z mostu Grota-Roweckiego‚ gdzie kierowała pracami. Szybko przekonał się‚ że nie postura i siła głosu są najważniejsze. - Staram się postępować zgodnie z planem. Kiedy coś trzeba zrobić‚ to robię i wymagam tego od innych - mówi Teresa. Do Mostostalu trafiła tuż po studiach. Od razu na głęboką wodę. - Budynek księgarni Uniwersum miał niezwykle trudną konstrukcję aluminiową‚ zaprojektowaną na granicy wytrzymałości materiału. Znałam ją tylko z książek. Musiałam nie tylko zaufać swoim fachowcom‚ ale wykazać się sprytem i wyczuciem. Gdy brygadier zgłaszał mi problem‚ pytałam: "No‚ a jak by pan go rozwiązał?". Jeśli czułam‚ że jego pomysł jest dobry‚ dorzucałam to i owo od siebie i pracowaliśmy dalej. Dodaliśmy wsporniki i dom stoi do dziś. Zdobył nawet tytuł Mistera Warszawy - opowiada Teresa.

Fachowością
Kobieta wśród osób bezpośrednio nadzorujących prace budowlane to prawdziwy rarytas. - Kiedyś w górach podszedł do mnie mężczyzna i zaczął witać entuzjastycznie. "Pamięta mnie pani?" - pytał. "Oczywiście‚ oczywiście" - odpowiedziałam‚ bo jego twarz rzeczywiście wydawała mi się znajoma. Dopiero potem uświadomiłam sobie‚ że pracowałam z nim 20 lat wcześniej. Dlaczego zapamiętał mnie tak dobrze? Może byłam jedyną kobietą, jaką spotkał w pracy? - śmieje się Teresa. - Cały czas szukamy inżynierów budowy‚ możliwości pracy są. Ale kiedy proponujemy kobietom stanowiska związane z pracą na budowie, na ogół słyszymy: "Nie‚ nie‚ dziękuję". Nawet jeśli któraś się zgodzi‚ to popracuje trzy miesiące i ucieka do biura - opowiada Jerzy Zienkiewicz‚ którego firma kilka razy nadzorowała budowę prowadzoną przez Teresę. - Ta praca męczy nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Trzeba chodzić po budowie‚ dozorować‚ doglądać bez względu na to, czy pada deszcz, czy śnieg. Wiadomo, że od tego tusz na rzęsach się rozmazuje - kwituje Zienkiewicz. Teresa zapewnia‚ że w jej obecności pracownicy nawet nie klną‚ rzadko kiedy podnoszą głos. - Myślę, że to stąd się bierze, że staram się zwracać do nich kulturalnie i być fair - mówi. - Kobiety łagodzą obyczaje na placu budowy. Mężczyźni przy nich trochę się hamują. Zwłaszcza jeśli ta kobieta jest prawdziwym fachowcem i ma autorytet jak pani Teresa - przyznaje Zienkiewicz.

Poważnym wrażeniem
Marzena Kowalczyk zawsze uważnie patrzy pod nogi. Widzi tam więcej niż inni. Na przykład kostkę brukową classic - rzadką‚ bo już niemodną. Teraz na topie są starobruki‚ ale Marzena woli klasyczną. - Lubię prostotę - tłumaczy. Kiedy proszę o wyjaśnienie‚ czym są pustaki konstrukcyjne i elewacyjne, Marzena od razu rysuje je na kartce. Mówi bardzo szybko‚ krótko i zwięźle wyjaśnia‚ dlaczego produkty jej firmy są najbardziej przydatne. - Uwielbiam spotkania z klientami‚ ale nie w restauracji, tylko u nich w biurze‚ w domu‚ na budowie - mówi. Dużo jeździ. Najchętniej samochodami z mocnym silnikiem. Prezes‚ gdy miała dostać samochód służbowy, powiedział jej: "Kup sobie‚ co ci się podoba". Wybrała czarnego opla kombi‚ bo "robi poważne wrażenie". - Handlowiec to specyficzny typ człowieka. Widać to w moim zespole. Sześciu mężczyzn‚ a każdy z nich komunikatywny‚ elokwentny‚ elastyczny. I każdy potrafi wyczuć‚ kiedy lepiej być cicho - opowiada Marzena. To‚ że jej klientami zazwyczaj są mężczyźni, nie ma żadnego znaczenia. Wolny czas spędza z synem‚ Przemkiem. Gdy wiezie go przez miasto, pokazuje mu inwestycje wykończone produktami‚ które sprzedaje. To największa przyjemność. - Według mnie kobiety są bardziej konsekwentne i mniej elastyczne w negocjacjach niż mężczyźni. Kiedy mają jakiś plan do zrealizowania, to ciężko je przekonać do zmiany. Pani Marzena też taka jest. Pracowaliśmy razem dość długi czas i nie było łatwo ją przekonać do ustępstw - mówi Leszek Zielaśkiewicz z Warbudu.

Dobrą organizacją
Na ekranie wiszącym na ścianie non stop widać trójwymiarową prezentację Złotych Tarasów. Po oszklonych wnętrzach przechadzają się komputerowo zaprojektowani ludzie. - Podoba mi się w tym projekcie to‚ że w przeciwieństwie do innych centrów handlowych tutaj będzie bardzo dużo światła dziennego - opowiada Anna Zajbert‚ leasing menedżer inwestycji. Zalety i wady Tarasów opisywała już około 300 razy 300 klientom. Zazwyczaj mężczyznom. - Czasem wchodzę na spotkanie i odnoszę wrażenie‚ że klienci są rozczarowani, widząc kobietę. Jakby wydawało im się‚ że wygodniej rozmawiać z facetem. Że łatwiej wtedy być twardym i nieustępliwym‚ jakby z kobietą nie dało się konkretnie rozmawiać - opowiada Anna. - Ale to mnie nie zbija z tropu. Zawsze jestem dobrze przygotowana i wiem‚ czego chcę. Nie oczekuję‚ że będę traktowana łagodniej‚ nie kokietuję. Mija kilka minut i obawy znikają. Stajemy się partnerami.
Pracę organizuje tak‚ żeby nie zostawać po godzinach. Co drugi dzień chodzi na basen. - Pływam kraulem‚ bo to najzdrowiej na kręgosłup. Ostatnio z przyjemnością sadzę roślinki‚ ale już na swoim‚ domowym tarasie - opowiada. - Mężczyźni lubią umawiać się wieczorem i przy drinku czy dobrym jedzeniu negocjować kontrakty. A ja tego nie lubię. Do restauracji chodzę z moim chłopakiem czy z przyjaciółmi - tłumaczy. - Ania potrafi wymagać od innych‚ kierować ludźmi‚ rozwiązywać sytuacje konfliktowe‚ organizować pracę. Dlatego jest właściwą osobą na właściwym miejscu - ocenia prawnik Paweł Zagajewski‚ jej współpracownik.

Uporem
Małgorzata Benedek przez 12 lat uczyła się grać na fortepianie. Ale do tego, by być pianistą, trzeba lubić ujawniać swoje emocje. Tymczasem Małgorzata woli tworzyć przestrzeń‚ w której inni będą dobrze się czuli. - Architektura w decydujący sposób wpływa na nasze otoczenie, nasze samopoczucie i rozwój. Kształtuje nasze poczucie piękna - tłumaczy delikatnym‚ niemal dziewczęcym głosem. Idziemy pod budynek na Oboźnej‚ który współprojektowała. Gmach sprawia wrażenie, jakby stał tu od zawsze (to podobno dla Małgorzaty największy komplement). Widzę rzeźbione gzymsy‚ murek z piaskowca przy wejściu i ławeczki dla studentów‚ na których jej bardzo zależało. Detali jest bardzo dużo: delikatne załamania‚ meandry‚ labirynty‚ żłobienia‚ rzeźbienia‚ uskoki. Podczas budowy ćwiczyła konsekwencję. Wykonawcy, patrząc na niektóre elementy, z powątpiewaniem pytali: A to musi być?. Bo wydawało im się niepraktyczne‚ zbędne. Na przykład "labirynty" - marmurowe zawijaski na ścianach. Małgosia mówiła krótko: Musi. I wszystkie zostały. Może nie są praktyczne‚ ale tworzą klimat‚ dodają lekkości. - Prawdziwą bitwę stoczyliśmy o zachowanie podziałów kamienia na elewacjach i we wnętrzach. Miały subtelnie nawiązywać do tradycyjnych układów, jednak z uwzględnieniem indywidualnego detalu. Podziały miały być węższe od poziomych i zachować niesymetryczne przesunięcie. Musiałam też bardzo pilnować wykończeń przy framugach drzwi. Zamiast często stosowanych tzw. ćwierćwałków chciałam, by montowano tam kąty proste‚ charakterystyczne dla współczesnych‚ nowoczesnych wnętrz - opowiada. Udało się. I jest współcześnie. - Pamiętam, kiedy pani Małgosia przyszła na budowę i zobaczyła ścianę, na której ktoś zamontował akurat wyjątkowo brzydką‚ wadliwą płytę kamienną. W jej oczach stanęły łzy‚ że ktoś tak zepsuł tę ścianę. Od razu obiecałem‚ że zaraz to zdejmiemy i poprawimy - opowiada Janusz Wiśniewski‚ odpowiedzialny za nadzorowanie budowy Wydziału Prawa UW. - W zawodzie architekta ważne jest przede wszystkim poczucie piękna‚ harmonii - uważa.

W tempie
Teresa dwa‚ trzy razy dziennie przechodzi po budowie. Sprawdza‚ czy wszystko idzie zgodnie z harmonogramem‚ czy jest bezpiecznie - na przykład czy ktoś komuś nie pracuje nad głową. Kiedy jedna ekipa opuszcza plac‚ druga wchodzi. Dźwig nie może stać bezczynnie. Czas to pieniądz. - Jak raz dobrze się to wszystko zaplanuje, potem już samo się toczy. I tylko trzeba sprawdzać, czy tempo jest właściwe - tłumaczy Teresa.
Mówi‚ że kobiecie na budowie czasem nawet łatwiej coś załatwić niż mężczyźnie. Wiadomo: trochę wdzięku‚ uśmiech robią swoje. Ale nie zawsze jest miło. - Zdarza się‚ że mężczyźni próbują mnie lekceważyć ze względu na płeć. Aby zarabiać tyle co koledzy na identycznych stanowiskach‚ muszę umieć dwa razy więcej i pracować dwa razy ciężej niż oni. A kiedyś było inaczej - mówi. - Może kiedyś mężczyźni byli mniej sfrustrowani? Bo ci‚ którzy znają swoją wartość‚ czują się docenieni i szanują kobietę jako fachowca‚ traktują ją poważnie. Potrafią też przyznać się do błędu. Natomiast mężczyźni niedocenieni i sfrustrowani potrzebują się wyżyć‚ pokazać swoją wyższość‚ udowodnić‚ że są kimś. Z takimi pracuje się bardzo trudno. Sama wychowuje piętnastoletnią córkę. Dlaczego sama, skoro tylu mężczyzn dookoła? - No może właśnie dlatego - żartuje. Mężczyzn, ma dość.

Rzeczpospolita

Friday, 2 June 2006

Porachunki w sieci


Donos na niewiernego kochanka, skarga na nieuczciwego pracodawcę, ostrzeżenie przed oszustem. Wszystko to można znaleźć w Internecie. Ale to broń obosieczna - ludzie uczciwi często dowiadują się o sobie, że kogoś oszukali. Tasha Joseph uważa, że prowadzona przez nią strona internetowa wpłynie na zachowanie mężczyzn w związkach z kobietami Zranione kobiety ostrzegają się przed nieuczciwymi partnerami W USA setki nazwisk znalazły się na liście nielubianych nauczycieli

Prawdopodobnie nie znasz Adama Austina z Denver. Otwórz internetowy serwis www.dontdatehimgirl.com. Zobaczysz jego zdjęcie i dowiesz się, dlaczego każda rozsądna dziewczyna powinna unikać go jak ognia. Jak donosi (anonimowo) była dziewczyna Adama, chłopak jest słodki i robi wrażenie zaangażowanego w związek. Sęk w tym, że jego ulubiona rozrywka to heroina. Była dziewczyna demaskuje go na www.dontdatehimgirl.com: ciemnoskóry, pulchny dwudziestokilkulatek jest kłamcą, który spotyka się z dwiema kobietami równocześnie.
Na stronach serwisu dontdatehimgirl.com prawie cztery tysiące kobiet, m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Kanady, ostrzega przed bigamistami, złodziejami, uwodzicielami, roznosicielami chorób wenerycznych i wirusa HIV. Przy większości opisów zdjęcia. Obok detale: miejsce zamieszkania, sytuacja rodzinna, wymiary, stan zdrowia, poglądy na antykoncepcję. Stronę internetową odwiedza codziennie ponad 12 tysięcy osób. Tyle osób chce czytać o Adamie i jemu podobnych.

Rozczarowane i złe
Serwis działa od roku. Założyła go trzydziestoletnia specjalistka public relations i dziennikarka Tasha C. Joseph. Według niej Internet nie podlega tym samym prawom co gazety, telewizja czy radio. A informacje z serwisu nie są elektronicznym donosem.
- Utrata prywatności i zaklasyfikowanie do grona facetów, którymi nie warto się interesować? To tylko konsekwencja zdradzenia kobiety. Myślę, że moja strona może wpłynąć na zachowanie mężczyzn w związkach - uważa Tasha Joseph.
Tak, odbiera telefony od mężczyzn, którzy czują się dotknięci wpisem na swój temat (numer telefonu znajduje się na stronie). - Każdy może zamieścić sprostowanie, swoją wersję wydarzeń, obok ostrzeżenia - zapewnia szefowa serwisu.
Sprawdzam: na stronie męskich komentarzy nie widać.
Skąd pewność, że byłe narzeczone nie kłamią? To nie pewność, to kwestia zaufania. Tasha wierzy, że większość klientek jej serwisu nie kłamie.
- Ponieważ zostały zdradzone, są rozczarowane, smutne lub złe. Myślę, że piszą prawdziwie i szczerze. Chcą ostrzec inne kobiety przed niebezpieczeństwem - mówi Tasha.
Serwis dontdatehimgirl.com to tylko jedno z miejsc w sieci, gdzie można zamieszczać oceny, komentarze, ostrzeżenia. W kilku serwisach każdy (jeśli zna angielski) może umieścić informacje o znajomych, sąsiadach. Ujawnić ich dane, dokleić zdjęcie. Przykład? Choćby ratemyteachers.com - gdzie można opisać i skrytykować nauczyciela, cheaternews.com - z nazwiskami mężczyzn, którzy "kłamią i ranią", greatboyfriends.com - w którym matki, siostry i byłe dziewczyny polecają kandydatów na mężów i kochanków. W przygotowaniu jest serwis dontdateherboy.com, w którym mężczyźni opisywać będą nieuczciwe kochanki.
Serwisy z donosami rosną w siłę. Stronę Tashy można już czytać po francusku, hiszpańsku i portugalsku. Kiedy po polsku? Tasha jeszcze nie wie, ale nie ma nic przeciwko temu.

Oszust w zakonie
W polskim Internecie nie ma spisu uwodzicieli i niewiernych mężów. Polacy wolą się ekscytować prawem i gospodarką: mamy czarną listę dłużników, czarną listę policjantów, sędziów i prokuratorów (publikowane z serwera amerykańskiego), kilka list niegodnych zaufania polityków. Do tego spis produktów genetycznie modyfikowanych, kiepskich stacji benzynowych, fatalnych firm budowlanych, nieuczciwych pracodawców, handlowców i nierzetelnych sklepów on-line.
Od czterech lat działa internetowe forum "Nieuczciwość w Internecie" - świetne źródło dla kogoś, kto szuka informacji o nieuczciwych użytkownikach aukcji internetowych i oszustach grasujących w sieci.
Polacy ostrzegają się też na zwykłych, internetowych forach. Tam najłatwiej znaleźć ostrzeżenia publikowane przez pojedyncze osoby w sprawie pojedynczych oszustów.
Maciek Cichocki, 25-letni informatyk, na wewnętrznych listach dyskusyjnych Politechniki Warszawskiej demaskuje byłego pracodawcę: "(...) W Warszawie działa pewien oszust, który poszukuje grafika od zaraz. Daje pracę polegającą na składaniu książek (...). Obiecuje dużą kasę i umowę, ale to bajdy (...). Piszę o tym, aby ostrzec jak najwięcej osób. Nie róbcie nic dla tego człowieka". Tu - imię, nazwisko, numer telefonu. Żeby łatwiej rozpoznać oszusta, Cichocki w załączniku dodaje fragment jego głosu, który nagrał przez telefon. "Załączę zdjęcie, jeśli uda mi się frajera sfotografować. Nie dajcie się nabrać frajerowi. Ostrzeżcie wszystkich swoich znajomych, żeby już nikt temu badziewiarzowi nic nie zrobił (no chyba, że w mordę mu da)" - alarmuje.
Za ostrzeganie w sieci przed oszustami wzięli się nawet księża. W portalu zgromadzeń zakonnych vitaconsecrata.friko.pl znajduję ogłoszenie: "Uwaga, oszust i złodziej! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! W obecnym czasie jeździ po zgromadzeniach zakonnych młody mężczyzna udający kandydata, który kradnie telefony komórkowe, przenośne komputery, pieniądze i dokumenty. (...) Sprawia wrażenie delikatnego, dobrze ułożonego, a jego wypowiedzi są spójne. Potrafi wzbudzić zaufanie. Wcześniej dzwoni z pytaniem, czy może pomieszkać kilka dni i uczestniczyć w życiu wspólnoty, gdyż jest zainteresowany wstąpieniem do zgromadzenia. Dzień przed terminem odjazdu bezczelnie okrada wspólnotę, która okazała mu zainteresowanie i wyświadczyła wszelkie dobro, i odjeżdża w nieznanym kierunku" - napisał ojciec Kamil M. Kraciuk.

Lepiej pogadać z koleżanką
Na forach internetowych dla kobiet zamieszczam propozycję: zróbmy portal, opublikujmy informacje o nieuczciwych mężach. Odzew? Większość kobiet, które odpisują na moją propozycję, nie chce takiego forum. Tłumaczą: "Taka lista nikomu nic nie da, przecież kobieta, która jest zakochana, i tak nie uwierzy w to, co piszą o jej nowym chłopaku". "Ostrzeżenia traktowane będą jak twórczość niewyżytych, zawiedzionych pokrak, które nie mają gdzie się wypłakać i wyżalić". "Trudno pisać o facecie, nie pisząc o sobie - wszyscy znajomi zaraz się domyślą, kto to pisze i będzie obciach". "Lepiej pogadać z koleżanką" - radzi mi życzliwie jedna z użytkowniczek portalu.
Zostaję pouczona: jeśli nie chcę paść ofiarą faceta, zamiast organizować portal, muszę człowieka wcześniej dobrze poznać.
- Może to oznaka, że w Polsce małżeństwo traktuje się ciągle bardzo poważnie. Na Zachodzie z definicji małżeństwo zawiera się na próbę, jest bardziej eksperymentem, niż czymś, co ma przetrwać. Może dziewczyny z Internetu swoim zachowaniem mówią: "dajmy szansę mężom, nawet tym niewiernym" - zastanawia się profesor Wojciech Burszta, antropolog kultury ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Nie umawiaj się z nim, dziewczyno
Glos.com - internetowe forum dziennika "Głos Wielkopolski". Wieje nudą. Mało wątków przeradzasię w dyskusje, ale znajduję wyjątek. Wątek ma tytuł "Uwaga, oszust! Tylko dla kobiet!". Pod nim prawie dwieście wpisów. Wszystkie o Jakubie G., poznaniaku - jak piszą internautki - oszust i uwodziciel. Swoje ofiary wyłapuje w sieci. Uwodzi kobiety po trzydziestce, samotne, zamożne i spragnione miłości. Wiąże się z nimi, wykorzystuje i porzuca. Jakub G. to - według jednego z wątków -potwór: kłamie, manipuluje, łamie serca. Wcale nie jest tak dobry w łóżku, jak mu się wydaje. Forum kipi od wyzwisk, emocji i informacji.
Sprawdzam: Jakub G. rzeczywiście buszuje po sieci. Sposób na podryw: wpis "szukam kobiety odważnej i uczuciowej" i pseudonim "Milusi". Na zdjęciach: szczupły szatyn z bródką.
"Albertynka" była dziewczyną Jakuba G. przez dwa i pół roku. Pewnego dnia dowiedziała się, że nie tylko nie jest jedyną miłością jego życia, ale nawet niejedyną jego dziewczyną. - Mnie mówił, że jest emerytowanym żołnierzem GROM. Innym dziewczynom, że był w jednostce antyterrorystycznej albo w CBŚ. W rzeczywistości nie był w żadnym wojsku. Utrzymują go kobiety, które podrywa w Internecie - mówi "Albertynka".
Żadna z "ofiar" Jakuba G. nie ujawni prawdziwego imienia i nazwiska. Podobno zagroził im, że opublikuje w sieci kompromitujące zdjęcia i adresy tych, które mu się narażą.
Dlaczego kobiety tak dużo piszą o Jakubie G.? "To prywatna krucjata pokrzywdzonych - uważa "Małgorzata", znajoma Jakuba z sieci i czytelniczka forum. - Chciałabym, aby za wykorzystanie i zdradę była jakaś kara, ale na to nie ma paragrafów. Chociaż w ten sposób chcę go ukarać. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, jakim jest potworem" - pisze "Madga".

Wszystkim o wszystkim
Czy za kilka lat w Polsce deficytowym towarem staną się prywatność, anonimowość i intymność? Tak jest już w Stanach - uważa Liz Doup, amerykańska dziennikarka magazynu "The Sun Sentinel". W tekście "Myślisz, że twoje sekrety są bezpieczne? Pomyśl jeszcze raz" pisze: "Internet sprawił, że twoje prywatne życie przestaje być życiem prywatnym. Strony i serwisy internetowe mnożą się jak muszki owocówki, a twoja rodzina, przyjaciele i wrogowie mogą anonimowo paplać na twój temat z milionami ludzi na całym świecie".
Według Roberta Thompsona, profesora popkultury na Uniwersytecie w Syracuse, proces wyciągania osobistych informacji na światło dzienne rozpoczął się w USA już w latach 60. Wcześniej Amerykanie cenili skłonność do refleksji i kontemplacji, szacunek dla prywatności. Pamiętniki zamykane były na kluczyk. Dziś w Internecie trwa rywalizacja - ile osób czyta twojego bloga. Wszyscy mówią wszystkim o wszystkim. Wiemy o sobie coraz więcej i coraz szybciej i łatwiej zdobywamy informacje.Za wiedzę i wygodę trzeba jednak zapłacić utratą prywatności.
Liz Doup: "Myślicie, że to Internet jest odpowiedzialny za ataki na prywatność, intymność i anonimowość? Jesteście w błędzie. Internet tylko je ułatwił. Atakujemy my sami".

Przepraszam, to pomyłka
Małgosia Kowalczyk z Łodzi chciała kupić mieszkanie. Szukała oferty w Internecie. Trafiła na ogłoszenie: "Uwaga! Małgorzata Kowalczyk jest złodziejką. Przez trzy miesiące wynajmowała mieszkanie, z którego uciekła, nie płacąc czynszu i rachunków. Jest szatynką, ma ciemne oczy, numer telefonu, jaki podaje to (...). Pamiętajcie! Nie wynajmujcie tej osobie mieszkania!".
Ogłoszenie znalazła na forum dyskusyjnym kup/wynajmij/sprzedaj. - Tylko numer telefonu się nie zgadzał. I jeszcze to, że nigdy nic nie ukradłam - opowiada Małgosia, szatynka z ciemnymi oczami.
Zadzwoniła pod numer z ogłoszenia. Usłyszała: "Abonent czasowo niedostępny". Zadzwoniła także pod drugi numer - do Małgorzaty Kowalczyk z ogłoszenia - też bez rezultatu. Dzięki pomocy przyjaciół skontaktowała się z administratorem listy. Ogłoszenie zdjęto prawie natychmiast, jego twórca dostał zakaz korzystania z listy. Potem, przez kilka dni, z bijącym sercem Małgosia przeczesywała Internet w poszukiwaniu kolejnych "ostrzeżeń". Znalazła ich jeszcze pięć, wszystkie szybko usunęli administratorzy.
Nigdy nie udało jej się porozmawiać z "ostrzegającym". - Ogłoszenie zaszkodziło mi o tyle, że na tydzień lub dwa zaprzestałam poszukiwania mieszkania. Wstydziłam się przedstawić, bałam się, że ktoś na dźwięk mojego nazwiska powie: "O, Małgorzata Kowalczyk? Ta złodziejka?" - mówi Małgosia.
Także Jakub G. czuje się ofiarą donosu w sieci: - Zamieszczę pani opis, dodam kilka fot i niech mi pani wierzy, za trzy dni dowie się pani, kim pani jest naprawdę od ludzi, którzy pani nie znają, ale upierają się, że jest pani skończoną świnią.
Przyznaje, że forum skomplikowało mu życie: - Matka mojego syna wystąpiła do sądu o ograniczenie praw rodzicielskich. Mam problem z widywaniem dziecka.

Zawiedzione zaufanie
Każdy, kto na własną rękę publikuje informacje o kimś innym w sieci, musi się liczyć, że zostanie pozwany do sądu. - Nawet jeśli oskarżenia są słuszne, nie można ot, tak sobie, publikować imion i nazwisk złoczyńców. Znane są przypadki, że sprawcy zbrodni, przed ogłoszeniem wyroku w swojej sprawie, zaskarżali swoje ofiary lub ich rodziny o naruszenie dóbr osobistych właśnie z powodu ujawnienia ich nazwisk prasie podczas procesu - mówi Jerzy Naumann, adwokat.
Jest jednak wyjątek - kiedy osoba podejrzewana o oszustwo sama wcześniej upublicznia swoje dane w Internecie. - Gdyby panie z forum głos.com udowodniły Jakubowi G., że w nieuczciwych zamiarach działał w przestrzeni publicznej, jaką jest Internet, Jakub G. mógłby mieć kłopoty - uważa Naumann. - Człowiek ma prawo ufać drugiemu. Każdy, kto zostanie przyłapany na oszustwie w Internecie czy poza nim, powinien liczyć się z "klapsem".
Ci, którzy "ostrzegają" w sieci, mogą się powołać na prawo cywilne. - Nawet jeśli przestępstwo nie zostało potwierdzone prawomocnym wyrokiem, można zawsze powoływać się na działanie w imię wyższego dobra, a więc bardziej cennego niż dobra osobiste oszusta - tłumaczy adwokat. - Bo kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.
W niewoli ekshibicjonizmu
Osoby, które czują się pokrzywdzone wpisem na forum, mają prawo poprosić administratora strony, serwisu czy listy dyskusyjnej o zdjęcie wątków lub ogłoszeń naruszających ich godność. Jeśli administrator odmówi, można zarzucić mu przestępstwo cywilne, tzw. zaniechanie. Obowiązkiem administratorów jest pilnować, żeby w Internecie nie pojawiały się treści naruszające ustawę o ochronie dóbr osobistych i danych osobowych.
O wiele łatwiej jest umieścić "donos", który dotyczy tzw. osób publicznych. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zasady ochrony dobrego imienia takich osób mają charakter znacznie bardziej liberalny niż ochrona osoby prywatnej.

Profesor Wojciech Burszta, antropolog: - Żyjemy w czasach ekshibicjonizmu. Granice tego, co wypada o sobie powiedzieć innym, przesuwają się, zacierają. Konsekwencje są takie, że każdy sam musi decydować o tym, co powie o sobie innym. Nie można zapominać o tym, że Internet dociera tylko do części naszego społeczeństwa. Mieszkańcy wsi nadal nie rozmawiają ze sobą o seksie i nie opowiadają publicznie o swoim intymnym pożyciu. A swoją drogą - granice tego, co wypada powiedzieć nawet w Internecie, na pewno wkrótce będą bardziej stabilne, to tylko kwestia czasu. W końcu zabraknie czytelników intymnych wyznań. Znudzą się po prostu.
Rzeczpospolita