Tuesday, 24 September 2013

Spółdzielcze radio, browar, akademik czyli jak to robią w Teksasie

Austin, położone w sercu jednego z najbardziej konserwatywnych stanów USA czyli w Teksasie, stało się w ostatnich latach mekką ruchu spółdzielczego.
 
Miasto jest relatywnie niewielkie, liczy około 820 600 mieszkańców, jednak funkcjonuje w nim już około 70 spółdzielni. Ich roczny przychód to 1,2 miliarda dolarów. Dlatego, podobnie jak w Portland, Minneapolis czy Cleveland, w Austin żyje się ponoć taniej, zdrowiej i lepiej niż gdziekolwiek indziej. Ściągają tu ludzie, którzy są otwarci na innowacje, wrażliwi społecznie i mają twórcze podejście do życia. Niczym wyspa dryfująca po oceanie Austin tworzy swój własny, oryginalny miejski ekosystem, wbrew powszechnym dokoła tendencjom globalizacyjnym.

Rozwój ruchu spółdzielczego w mieście wspierają utworzone w tym celu kooperatywy: Austin Coop Think Tank, Cooperation Texas czy powstające właśnie Austin Cooperative Business Association, które w przyszłości ma stać się czymś w rodzaju spółdzielczej izby handlowej. We współpracy z tutejszym University of Texas (i nie tylko) rozwijają się kooperatywy mieszkaniowe: College Houses, ICC Austin, Deutsches Haus Co-op, Rosewood Housing Cooperative, Sasona Co-op, Sunflower Co-op, Whitehall Co-op. Piętnaście kas oszczędnościowych z Austin zawiązało niedawno partnerstwo i dziś dysponuje największą w mieście, bezpłatną siecią bankomatów.

Nowych, ciekawych związków między spółdzielniami ich twórcy szukają pod czujnym okiem fachowców z National Cooperative Business Association (Państwowe Stowarzyszenie Przedsiębiorczości Spółdzielczej), którzy chcą wprowadzić miasto na kolejny poziom rozwoju miejskiego ruchu spółdzielczego, współpracę międzybranżową. W Austin to nie lada wyzwanie, bo spółdzielnie funkcjonują tutaj w bardzo różnych branżach – od kas oszczędnościowych i kooperatyw żywnościowych po kooperatywy energetyczne – nieraz trudno im znaleźć wspólny mianownik.

Władza wierzy w kooperatywy
Rozwój spółdzielczości w Austin nie wynika tylko i wyłącznie z obywatelskich działań i zamiłowania do działalności społecznej. Władze miasta są bardzo pozytywnie nastawione do idei spółdzielczości i wspierają ją na każdym kroku. Strategiczny plan rozwoju Austin pt. “Wyobraź sobie Austin” nadaje lokalnej przedsiębiorczości silny priorytet. „Swoje” promuje się nawet na miejskim lotnisku – gdzie niemal nie ma tzw. sieciówek, a w pamiątki i żywność zaopatrują turystów lokalne firmy, a lokalne grupy muzyczne grają swoje koncerty.

Jadają lokalne
Od 2007 roku spółdzielnia Wheatsville Food Coop wybierana jest rokrocznie „Najlepszym Warzywniakiem W Okolicy” w plebiscycie magazynu Austin Chronicles. Firma istnieje od 1976 roku, zrzesza ponad 350 sprzedawców, a zainwestowało w nią 12 tysięcy osób. Każdy inwestor, wpłacając jednorazowo 70 dolarów stał się współwłaścicielem kooperatywy, zyskując prawo do ubiegania się o miejsce w jej zarządzie oraz rozmaitych zniżek. Wśród sprzedawców są lokalni producenci żywności i innych towarów wytwarzanych ręcznie, ekologicznie, fair trade: wytwórca ręcznie robionych serów Dos Lunas, organiczna browarnia Jester King Brewery, Mad Hippie produkująca organiczne kosmetyki czy Handmade Expressions, która reprezentuje na zachodnim rynku indyjskie kooperatywy produkujące tkaniny i biżuterię. Na stronie spółdzielni można przeczytać: „(...) kiedy wydajesz 100 dolarów na produkty wytwarzane lokalnie, aż 45 dolarów zostaje w mieście – kiedy kupujesz w sieci ogólnokrajowej – w mieście zostaje 13 dolarów.” Podobno właśnie dlatego, że mieszkańców miasta udało przekonać się, by kupowali żywność od lokalnych producentów, Wheatsville odniosło taki sukces. Dziś udziela kredytów na rozwój innych lokalnych kooperatyw np. wegańskiej piekarni Red Rabbit Bakery czy pubu i browarni Black Star. We wrześniu tego roku spółdzielnia otwiera swój drugi sklep w mieście.

Spółdzielcza kultura
Obok kilku, a może nawet kilkunastu kooperatyw żywnościowych, sporo spółdzielni w Austin działa na polu kultury. KOOP Radio jest lokalną stacją radiową, która emituje około 60 różnego rodzaju programów. Obok spraw codziennych, istotnych dla wszystkich mieszkańców okolicy KOOP Radio nadaje audycje adresowane do środowisk wykluczanych za zwyczaj przez zwykłe media: Amerykanów z rodowodem afrykańskim, azjatyckim, meksykańskim, południowoamerykańskim, rdzennych mieszkańców kontynentu, ludzi starszych, gejów, lesbijek, bezdomnych, imigrantów, niepełnosprawnych, dotkniętych ubóstwem. Health Alliance for Austin Musicians (HAAM) zajmuje się ubezpieczeniami zdrowotnymi dla tutejszych muzyków. ATX Hackerspace dysponuje przestrzenią, którą wynajmuje artystom, naukowcom, technikom, edukatorom aby mogli realizować swoje projekty. Austin Cinemaker Co-op wynajmuje zainteresowanym sprzęt potrzebny do kręcenia filmów, organizuje warsztaty i pokazy filmowe. New Music Co-op jest spółdzielnią kompozytorów i muzyków promujących nową muzykę.

Jak się robi kooperatywę w Austin?
Pod koniec 2005 roku Steven Yarak wpadł na pomysł, aby otworzyć lokalny bar połączony z browarem, finansowane przez okolicznych mieszkańców i równocześnie klientów. Nie wiedział wiele ani na temat kooperatyw ani też barów czy warzenia piwa, jednak miał pewne wyobrażenie o lokalnych, wspólnotowych kawiarniach, jakie znał z Belgii. Pewny swego, opisał swoją wizję na lokalnym forum internetowym, w całym mieście rozdawał ulotki na ten temat, zachęcał ludzi do tego by przyłączyli się do niego. 14 stycznia 2006 roku 16 osób spotkało się na pustej działce, która przylegała do domu przyjaciół Stevena. Rozmawiali o tym czym jest spółdzielczość i jak się zabrać do tworzenia kooperatywy.

Wśród „ciekawskich” był Jeff Young młody, zdolny chemik i profesjonalnie wyszkolony browarnik. Dosłownie kilka dni przed spotkaniem przyjechał do miasta w poszukiwaniu pracy i ciekawych projektów browarniczych. Wcześniej mieszkał w Birmingham w Alabamie, skąd postanowił wyjechać w związku z restrykcyjnym prawem dotyczącym browarnictwa i piwa w ogóle. Jeff od początku namawiał wszystkich, aby Black Star był barem i browarem, a nie tylko pubem piwnym. Głębia i jakość jego domowych wyrobów szybko przekonały wszystkich do tego wariantu. W kwietniu 2006 roku, podczas Konferencji Rzemiosła Browarniczego (Craft Brewers Conference) odbyła się zbiórka pieniędzy, za które kupiono ogromny, domowy system browarniczy. Pierwsze generalne spotkanie kooperatywy odbyło się w listopadzie tego samego roku.

Przez kolejne pięć lat kooperatywa zaopatrywała w piwo swoich członków, raz w miesiącu urządzając wielkie wydarzenie, w którym zazwyczaj brało udział 300 – 500 osób. Do września 2011 roku zebrano 325 tysięcy dolarów, dzięki którym Black Star otworzył swoje podwoje dla osób z zewnątrz. Jeff Young stworzył do tej pory solidną listę gatunków piw wszelkiego rodzaju. Pod koniec 2013 roku kooperatywa Black Star ma 23 pracowników, z których dziewięciu to wybrani w głosowaniu członkowie zarządu spółdzielni. Do kooperatywy należy ponad trzy tysiące członków – właścicieli. To pierwsza tego rodzaju spółdzielczy browar nie tylko w Austin czy w Teksasie, ale być może także na całym świecie. I jak wynika ze statutu każdej kooperatywy – otwarty jest na współpracę i dzielenie się doświadczeniami w wszystkimi innymi browarami.

Spółdzielczy dom studencki
Sasona Cooperative powstała w 2002 roku z inicjatywy grupy studentów wywodzącej się z dwóch kooperatyw studenckich College Houses oraz Inter-Cooperative Council. Z pomocą starszych kolegów i przy konsultacjach z North American Students of Cooperation (NASCO) znaleźli przestronny dom w południowej części miasta i uzyskali kredyt, aby spłacić zaliczkę. Po dwóch latach funkcjonowania Sasona Cooperative dołączyła do NASCO, zrzeszającej kooperatywy w całych Stanach. To dało spółdzielni jeszcze wiekszą stabilność i poczucie bezpieczeństwa.

- Uważamy, że przestrzeń w której mieszkasz powinna wspierać i uzupełniać twoje codzienne życie tak, abyś mógł poświęcać więcej czasu temu, co dla ciebie najważniejsze. Członkowie Sasona codziennie mogą cieszyć się takimi wygodami jak domowy posiłek, zaopatrzona kuchnia, zapłacone rachunki, darmowe pranie, dostęp do internetu oraz pokój telewizyjny. – można przeczytać na stronie kooperatywy.

Sasona przestrzega zasad spółdzielczości sformułowanych przez Rochdale, jedną z pierwszych (jeśli nie pierwszą) spółdzielnię na świecie:
  1. Dobrowolne członkostwo
  2. Kontrola członkowska na zasadzie domokracji
  3. Udział ekonomiczny każdego z członków
  4. Autonomia i niezależność
  5. Kooperacja wśród kooperatyw
  6. Dbałość o społeczność.
O regulaminie domu i regułach funkcjonowania kooperatywy decydują drogą demokratycznego głosowania jej członkowie. Spotkania wszystkich członków odbywają się w każdą niedzielę po obiedzie, oni także przygotowują plan tych spotkań – stosownie do swoich bieżących potrzeb. Każdy poświęca na pracę w domu 5 godzin tygodniowo. – Codziennie wieczorem gotujemy kolację, sprzątamy w domu, dokonujemy napraw, płacimy rachunki i zajmujemy się tym wszystkim, czego potrzeba w domu – piszą członkowie kooperatywy Sasona. – Po zaakceptowaniu ich obecności w domu przez innych, nowi mieszkańcy wypełniają formularz w którym zaznaczają swoje preferencje jeśli chodzi o domowe obowiązki i starają się pomóc nam wszystkim utrzymać koszty życia na możliwie najniższym poziomie.

ekonomiaspoleczna.pl

Wednesday, 18 September 2013

Rozwój w drodze, czyli jak podróż pobudza przedsiębiorczość i innowacyjność

Trzy tysiące młodych przedsiębiorców i innowatorów społecznych doświadczyło eksperymentalnej podróży edukacyjnej w ramach projektów Unreasonable at Sea, Millenial Trains Project i Jagriti Yatra. Co dokładnie im się przytrafiło i czego mogli się nauczyć? 
 
Istnieje teoria, która mówi, że podróż kształtuje liderów. Inspiruje, popycha do działania, pomaga nabrać dystansu potrzebnego do tego, by tworzyć nowe rozwiązania, poznać z różnych stron reguły, jakimi rządzi się świat i poczuć, że to, co wydawało się wcześniej niemożliwe, nagle staje się wykonalne. Trzy gigantyczne projekty promujące przedsiębiorczość i innowacje społeczne zbudowane są właśnie na wierze w pozytywny wpływ podróży. Wszystkie trzy stawiają na eksperymentalną edukację poprzez osobiste doświadczenie i kontakty z ciekawymi ludźmi.

Przebudzenie w podróży
Jednym z pierwszych projektów podróżniczo – społecznych na świecie była Podróż Przebudzenia (Jagriti Yatra) w jaką wyruszyło 400 młodych ludzi z Indii w Święta Bożego Narodzenia 1997 roku. Trasa pociągu wiodła niemal dosłownie dookoła kraju, liczyła osiem tysięcy kilometrów, jej pokonanie trwało trzy tygodnie, w trakcie których odwiedzono 17 miast i wiosek.

Organizatorem przedsięwzięcia była organizacja pozarządowa Agriti Sewa Sansthan promująca przedsiębiorczość, a podróż pociągiem sponsorowały między innymi Coca Cola Company India i Colgate Palmolive India. Wyselekcjonowani z tysięcy zgłoszeń uczestnicy wyprawy wywodzili się z tzw. ekonomicznego środka indyjskiego społeczeństwa czyli około 500 milionów obywateli, których dochody wynoszą około trzech dolarów miesięcznie. Tych właśnie młodych ludzi organizatorzy Podróży Przebudzenia chcieli przekonać do tego, by zamiast szukać pracy tworzyli swoje firmy i dawali pracę innym.

Na pokładzie pociągu omawiano najbardziej podstawowe problemy kraju i zastanawiano się, jak ekonomia może wspierać ich rozwiązywanie. Skoro 70% ludności utrzymuje się z rolnictwa, potrzebne są przedsiębiorstwa rolnicze i inwestycje w przemysł rolniczy, a prowadząc firmę trzeba brać pod uwagę kwestie ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju, warto popatrzeć na Indie z perspektywy globalnej oraz przez pryzmat jednego z najpoważniejszych problemów - przeludnienia.

Obok młodzieży z Indii na pokład pociągu zaproszono wykładowców, przedsiębiorców, innowatorów oraz studentów z bardziej rozwiniętych krajów zachodnich, między innymi Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Kiedy 10 lat później pytano uczestników pierwszej wyprawy, co zrobiło na nich największe wrażenie, większość mówiła, że najważniejsze było właśnie zetknięcie z zupełnie inaczej wykształconymi rówieśnikami z dużych miast czy z Zachodu.

- Yatra była dla mnie kompletnym szokiem – mówił Mohammad Ghasletwala – Pochodzę z bardzo małego miasteczka Pandharpur, około 220 kilometrów na południe od Pune w Maharastra. Nie miałem absolutnie żadnej świadomości co do tego co dzieje się tam w wielkim świecie. Studiowałem inżynierię, a nie rozumiałem niemal nic z tego co mówili niektórzy uczestnicy wyprawy. I to była najważniejsza rzecz. To mnie kompletnie odmieniło. Wyjechałem jako nieśmiały, inteligentny chłopak, który nie robił nic. Wróciłem jako aktywista. – opowiada Mohammad.
Od 1997 roku Jagritri Yatra odbyła się pięć razy (w latach: 2007, 2008, 2009 i 2010).

USA odkrywa nowych pionierów
Indyjska Jagritri Yatra miała bardzo znaczące konsekwencja także dla jednego ze „studentów z zagranicy“. Patrick Dowd z USA odbył swoją Podróż Przebudzenia w 2008 roku. Pięć lat później, w sierpniu 2013 zorganizował Millenial Trains Project, czyli podróż 150-letnią linią kolejową z San Francisco do Waszyngtonu, w którą zabrał 24 młodych innowatorów i innowatorek społecznych realizujących własne projekty crowd-fundingowe. Podróż trwała 10 dni i skończyła się 17 sierpnia.

W wywiadzie dla internetowego magazynu Dowser.org Patrick Dowd porównuje ze sobą Millenials Train Projects i indyjską Yatrę:: - Największa różnica polega na tym, że MTP jest w większym stopniu kształtowane przez swoich uczestników. To podróżnicy są autorami poszczególnych projektów i sami przygotowują zbiórki crowd-fundingowe. W Indiach nie mieliśmy możliwości rozwijania naszych własnych projektów – mówi Patrick Dowd.

Aby dostać się na pokład MTP zainteresowani musieli przygotować projekt, który chcieli rozwijać w trakcie swojej podróży, w poszczególnych miastach przystankowych. Projekt musiał być następnie opisany na stronie crowd-fundingowej, gdzie miał zebrać minimum pięć tysięcy dolarów na realizację. Na pokład pociągu mogło dostać się pierwszych 40 osób, którym udało się osiągnąć potrzebną sumę pieniędzy do 1 lipca 2013 roku. Dzięki obecności na pokładzie uczestnicy MTP mogli przyglądać się rozmaitym innowacyjnym przedsięwzięciom na trasie podróży, uczyć i korzystać z konsultacji tzw. pociągowych mentorów (on-train mentors) i udoskonalać swoje projekty.

Wśród doradców, którzy wybrali się na wyprawę razem z młodzieżą byli m.in. Mike Oreskes (wydawca Associated Press), Keith Bellow (naczelny redaktor National Geographic Traveller), Cora Neuman (współzałożycielka Women-Up), Jonathon Mirelli (założyciel Fortify Ventures), Rhett L.Weiss (szef Instytutu Przedsiębiorczości i Innowacji Cornel University) oraz 10 innych osobowości świata innowacji społecznych.

- W ciągu liczącej trzy tysiące mil (4828 km) podróży staniesz się liderem, myślicielem i aktywistą i zainspirujesz do tego samego inne osoby z twojego pokolenia – zachęcał Patrick Dowd na stronie internetowej projektu. Nadesłane aplikacje dotyczyły m.in. systemów bezprzewodowej transmisji danych, uważności w codziennym życiu, danych statystycznych, autyzmu, stereotypów płciowych, zrównoważonego transportu, wydajnej struktury energetycznej, świadomości finansowej i poezji w miejscach publicznych.

Ekonomia społeczna na morzu
Kolejny, zdecydowanie większy i przygotowany z większym rozmachem projekt podróżniczy, nosi nazwę Unreasonable at Sea i zakończył się w kwietniu 2013 roku. Było to pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie Unreasonable Institute (program „akceleracyjny” dla przedsiebiorców zajmujących się problemami społecznymi i środowiskowymi), Semester at Sea (organizacja pozarządowa oferująca edukację na pokładzie morskiego okrętu) oraz stanfordzkiej d.school (szkoła designu).

Gigantyczny okręt o nazwie Explorer wyruszył w podróż 9 stycznia 2013 i w ciągu 106 dni odwiedził: San Diego (USA), Hilo (USA), Yokohamę (Japonia), Kobe (Japonia), Shanghai (Chiny), Hong Kong (Chiny), Ho Chi Minh (Wietnam), Singapur (Singapur), Rangoon (Birma), Cochin (Indie), Port Louis (Mauritius), Kapsztad (RPA), Takoradi (Ghana), Tema (Ghana), Casablanca (Maroko) i zakończył swoją podróż 25 kwietnia 2013 roku w Barcelonie, w Hiszpanii.

Na pokładzie okrętu było 600 studentów oraz jedenastu starannie dobranych przedsiębiorców społecznych. To ci ostatni mieli być poddani intensywnemu mentoringowi w trakcie podróży. „Te 11 firm, które wygenerowało dziesiątki milionów dolarów zysku już dziś oddziaływuje za pomocą swoich technologii na los milionów osób i działa w ponad 30 krajach. Grupa składała się z zespołów pochodzących z 10 krajów i pięciu kontynentów. Działają w obszarach astrofizyki, sztucznej inteligencji, inżynierii biologicznej, mechanicznej, medycznej, komputerowej i elektrycznej, projektowania graficznego i przestrzennego.“ – można przeczytać na stronie projektu.

Wśród mentorów, którzy zajmowali się udoskonalaniem projektów znaleźli się m.in.: Megan Smith (wiceszefowa Google[x]), Matt Mullenweg (założyciel Wordpress), arcybiskup Desmond Tutu, Scott Belsky (współzałożyciel Behance), książę Fahad Al Saud (przedsiębiorca i filantrop), George Kembel (współzałożyciel d.school), Kamran Elahian („założyciel 10 firm z których trzy upadły, cztery sprzedano, a trzy upaństwowiono”), Ed Sobey (wynalazca i przedsiębiorca, autor 27 książek) oraz conajmniej 20 innych znaczących postaci ze świata innowacji, technologii i przedsiębiorczości społecznej.

Podróżnicze kontrowersje
Rozmach i fantazja organizatorów Podróży Przebudzenia i jej następców mogą imponować. Trudno pewno wyobrazić sobie, jak wiele pracy i zachodu kosztowały poszczególne przedsięwzięcia. Dużym wyzwaniem w trakcie każdej podróży są kwestie higieny osobistej oraz bezpieczeństwa podróżujących. W pociągu Yatry jest specjalny wagon prysznicowy w którym wydzielone są małe kabiny by zapewnić prywatność, kobiety i mężczyźni kąpią się o różnych porach dnia. Ze względów bezpieczeństwa mieszkają także oddzielnie, a w ochronie pociągu są także kobiety – strażniczki. W pociągu MTP sytuacja była prostsza do opanowania, bo w projekcie brały udział 24 osoby. Gorzej wyglądały warunki higieniczne – przez 10 dni „Millenialsi“ dzielili się jednym prysznicem.

Patrick Dowd wylicza ile udało się zrobić w trakcie MTP: „Poszczególne projekty można było przetestować w różnych miastach. To co działało w Denver, mogło być inaczej odebrane w Omaha. To bardzo cenne w tworzeniu projektów o zasięgu ogólnonarodowym. Matthew Stepp, jeden z pociągowych ekspertów zajmujący się energią odnawialną w każdym mieście spotykał się z innowatorami w tej dziedzinie. Teraz przygotowuje mapę innowacyjnych projektów energetycznych USA. Artyści uczyli się od przedsiębiorców, ci znów mieli okazję posłuchać naukowców. Ta wyjątkowa społeczność zamknięta w retro wagonie przez 10 dni dzieliła się swoimi doświadczeniami, historiami, wspólnie śpiewała piosenki i rozwiązywała zagadki. Uczestnicy mogli doświadczyli uczenia się z rozmowy i kontaktu z drugim człowiekiem, a nie z książki.”

Równie dużo o życiu nauczyli się studenci Unreasobalbe at Sea. Przypadek jednego z „precyzyjnie wyselekcjonowanych i inspirujących“ przedsiębiorców społecznych pokazuje, że rozwijanie biznesu to nie prosta sprawa i kończyć może się różnie. Pedro Delgado, lat 27, przedsiębiorca z hiszpańskiej Extermadury, współwłaściciel (w lipcu 2012 roku) firmy Aguaphytex zebrał bardzo pozytywne oceny obecnych na pokładzie mentorów, wygrał m.in. konkurs, w którym nagrodą była kolacja z arabską księżniczką. W Ghanie i Wietnamie testował i promował działalność swojej firmy, która polega na hodowli na szeroką skalę roślin makrofitycznych, które oczyszczają wodę.

Tymczasem, na stronie internetowej hiszpańskiej firmy Aquaphytex widnieje gigantyczne ogłoszenie o tym, że Pedro Delgado nie jest innowatorem, a raczej kiepskim biznesmenem, który tonie w długach i od listopada 2012 roku ukrywa się w Stanach Zjednoczonych przed wierzycielami. Walther Zimmermann, adwokat jego byłego wspólnika zapewnia, że Pedro poszukiwany jest przez wierzycieli w całej Hiszpanii, ma miliony euro długów, a sprawa znajdzie niedługo finał w sądzie. Pedro rzeczywiście mieszka dziś w USA, gdzie prowadzi firmę Agua Inc. - Strona aquaphytex.net to całkowite oszustwo, którego celem jest zniesławienie Pedro Delgado, przygotowana przez konkurującą firmę – tłumaczy jednak Bianca A Griffith, współzałożycielka firmy Aqua Inc.

Co na to Unreasonable at Sea, promujące cały czas na swojej stronie internetowej działalność Pedro Delgado i „jego” firmy Aquaphytex? - Pedro jest w trakcie wyczerpującego dość konfliktu z byłym partnerem biznesowym – potwierdza Laura Edwards z UaS. – Mogę powiedzieć tyle, że jest prawdziwym wizjonerem jeśli chodzi o kwestię oczyszczania wody, zna się na tym świetnie i obserwowanie go w wioskach i społecznościach lokalnych w Azji i w Afryce było bardzo inspirujące. Nie do nas należy komentowanie kwestii prawnych czy retoryki pomiędzy nim i jego byłym współpracownikiem. – mówi Laura Edwards. A zatem - bez względu na to gdzie leży prawda, dzięki Unreasonable at Sea studenci mogą się dowiedzieć jakim liderem być nie należy.

ekonomiaspoleczna.pl

Wednesday, 11 September 2013

W jednym stali domu czyli o wspólnej przestrzeni dla ekonomii społecznej w Barcelonie

Aby z dobrej kooperatywy zrobić jeszcze lepszą kooperatywę trzeba znaleźć sposób, aby zaczęła współpracować z innymi kooperatywami. Jak? Na przykład tworząc wspólną przestrzeń, w której w duchu spółdzielczym mieszają się ludzie, cele, branże.
 
Adres Casp 43 to miejsce położone niedaleko ścisłego centrum miasta czyli Placu Katalońskiego w Barcelonie. To tutaj mieści się prawie 900 metrów kwadratowych przestrzeni, w której swoje biura mają jedne z najciekawszych lokalnych przedsiębiorstw społecznych. Trzydzieści sześć firm z kilkunastu różnych branż, razem około 80 osób, tworzy wspólnie społeczność, która kształtuje obraz ekonomi społecznej i solidarnej nie tylko w Katalonii, ale także w całej Hiszpanii, a może i na świecie. Twórcą i właścicielem projektu jest kooperatywa Grup Ecos Cooperatiu do której należy 14 lokalnych przedsiębiorstw społecznych, z których 11 ma swoje biura przy Casp 43.

Jedno z nich, Lab Coop, obok własnej działalności odpowiedzialne jest za zarządzanie przestrzenią i udostępnianie jej nowym najemcom, czyli innym przedsiębiorstwom społecznym. Dziś jest ich 25. Dlaczego 36 firm z sektora ekonomii społecznej zdecydowało się pracować razem pod jednym dachem?

– Pracując tutaj masz dookoła ludzi, którzy także prowadzą przedsiębiorstwo społeczne. Łatwo się kontaktować, dzielić doświadczeniami, robić biznes. Można organizować i uczestniczyć w spotkaniach, szkoleniach, warsztatach dotyczących różnych zagadnień biznesowych – księgowości, finansów, konsumpcji itp., jest kogo pytać o radę i nawet jeśli czyjś projekt jest niewielki, nie czuje się sam.– mówi Guerenica Facundo Vericat, która kieruje projektem z ramienia Lab Coop.

- To coś w rodzaju wspólnoty złożonej z ludzi, którzy mają podobne cele, podobne patrzenie na istotne sprawy. Oczywiście poszczególne wizje ekonomii społecznej różnią się od siebie bardzo – ale te różnice też są ciekawe i wartościowe. Trzeba się ze sobą dogadywać, negocjować, taka szkoła życia. Poznaje się mnóstwo ludzi z całego świata, następuje naturalna wymiana ciekawymi kontaktami, koncepcjami, nowinkami, można dowiadywać się, jak te same kwestie wyglądają w różnych krajach, różnych środowiskach. Na przykład w połowie września odbędzie się u nas spotkanie przedstawicieli różnych sieci ekonomii społecznej z całej Europy, dzięki temu, że swoją siedzibę przy Casp 43 ma RIPESS Europe. – dodaje Vericat.

Labirynt ekonomii społecznej
Na osobach, które są tu pierwszy raz Lab Coop może zrobić wrażenie labiryntu pełnego biurek i telefonów. W rzeczywistości przestrzeń urządzona jest dość prosto i symetrycznie, Guernica rozrysowuje mapę biura z pamięci.

Tuż na wejściu, zaraz przy drzwiach, są biura banku etycznego Fiare, jedynego w Hiszpanii agenta włoskiej Banca Popolare Etica, S. Coop. Idąc prosto szerokim korytarzem po prawej stronie mieszczą się przeszklone sale konferencyjne, z których największa pomieści 30 – 40 osób. Potem są schody w górę – Lab Coop zajmuje w sumie parter i dwa piętra plus wielki taras.

Na końcu korytarza otwiera się wielka sala wypełniona pogrupowanymi w segmenty biurkami i półkami pełnymi papierów. Wielkie banery czarnymi literami obwieszczają do kogo należy dany segment. Na wprost korytarza siedzą pracownicy Calidoscoop – agencji zajmującej się promocją kooperatywizmu i przedsiębiorczości społecznej w regionie, Alter Civites – firmy zajmującej się doradztwem i konsultingiem, Hobest zajmującego się innowacja w zarządzaniu organizacjami i zespołami ludzi oraz wspomnianego już Lab Coop.

Tuż obok jest duży segment należący do Nusos (nauka i edukacja na rzecz zrównoważonego rozwoju), zaraz potem biurka RIPESS Europa, Fets (promocja etycznej bankowości), ICA, Creixer, potem ETCS i przestrzeń dla dzieci. Na środku stoi kilka stołów przeznaczonych tylko dla współpracowników Lab Coop. Patrząc dalej w prawo pracują: Celobert (architektura), Sostre Civic (mieszkalnictwo społeczne) i Observatori DESC, którego częścią jest PAH (Platforma Afectados Hipotecas) – ważna organizacja zrzeszająca osoby, które w związku z trudną sytuacją finansową mają kłopoty ze spłaceniem hipoteki swego mieszkania.

Na piętrze są biura takich firm jak: ARC Cooperativa (firma ubezpieczeniowa specjallizująca się w podmiotach ekonomii społecznej, świadcząca swoje usługi dla ngo’sów, firm działających w obszarze energii społecznie odnawialnej, paneli solarnych, biomasy), ARC Intercooperacio, CRIC, XES, Barnaciber, Exlibris, 1x1 Microcredit, Clic-Clak, Grup 33, Bee Honey (sprzedająca miód w krajach rozwijających się) , El pez que se muerde la cola, CAF, UpSocial (promocja przedsiębiorczości społecznej) i L’Apostrof.

Na drugim piętrze jest kuchnia i taras. Czy zdarza się, że ktoś po sobie nie sprząta? Raczej nie. Ale są tacy, którszy nie wynoszą śmieci. – Dwa razy w tygodniu lub częściej wynosimy śmieci, zmieniamy ręczniki, uzupełniamy papier toaletowy i tego rodzaju sprawy. Te obowiązki dzielimy między 80 pracujących tu osób – mamy specjalny grafik, każdy dobrze wie kiedy jest jego kolej. Raz w miesiącu spotykamy się, aby omówić, sprawy techniczne, porozmawiać o ogrzewaniu i klimatyzacji, bo pracującym na dole jest zimniej niż tym na górze, o kupowaniu mebli, godzinach pracy, wakacjach – mówi Guernica.

Dobrze przemyślana kooperatywa
Wszystko zaczęło się w 2007 roku, kiedy powstała la Red de Economia Solidaria, po katalońsku Xarxa d’Economia Solidaria (XES), po polsku Sieć Solidarnej Ekonomii, zrzeszająca katalońskie kooperatywy i inne organizacje ekonomii społecznej, które w swoich założeniach programowych miały działanie na rzecz transformacji ekonomicznej i społecznej.

W jej skład weszło około 70 organizacji (dziś jest ich 80), a przedstawiciele najbardziej aktywnych utworzyli coś w rodzaju nieformalnej grupy, która zastanawiała się co zrobić, by szczególnie efektywnie realizować założenie statutowe każdej kooperatywy, czyli współpracę między poszczególnymi organizacjami. Wśród pomysłów pojawiła się idea miejsca w którym będą spotykać się i pracować przedstawiciele różnych gałęzi solidarnej ekonomii. Osiem organizacji zawiązało we wrześniu 2009 roku nieformalną grupę ECOS, której pierwszym celem było stworzenie przestrzeni dla swojej działalności.

- Przez dwa lata zastanawialiśmy się nad tym jak to ma właściwie wyglądać. Chodziło o to, by zasady funkcjonowania zarówno organizacji jak i biura były adekwatne do naszych potrzeb. Musieliśmy znaleźć odpowiednie miejsce, pomysł na ewentualny kredyt.

Analizowaliśmy uważnie dlaczego innym, którzy próbowali nie udało się stworzyć czegoś podobnego, jakie błędy popełniali. Wszystkie decyzje, jakie podjęliśmy były przemyślane po 10 razy, może zajęło nam to dużo czasu ale przynajmniej byliśmy w stu procentach przekonani do tego co robimy – opowiada Guernica Facundo Vericat.

W lecie 2011 roku zaczęli poszukiwania lokalu. Uzgodnili m.in., że powinien być spory – po to aby mogli wynajmować lub udostępniać przestrzeń innym organizacjom. Czynsz trzeba było wynegocjować tak, aby żadna z organizacji założycielskich nie musiała płacić więcej niż płaciła do tej pory, ale też nie mniej niż 20% tego, co płaciła za wynajem wcześniej. We wrześniu 2011 roku Grup ECOs oficjalnie zarejestrowano, w maju 2012 roku wprowadzili się do budynku pod adresem Casp 43. Kredytu na rozruch i adaptację biura udzielił im m.in. bank etyczny COOP57, działający w Katalonii od 1996 roku.

W maju 2013 roku powstał Lab Coop, kooperatywa złożona z pięciu innych kooperatyw, która zarządza przestrzenią oraz jest odpowiedzialna za realizowanie misji „opiekuńczej“ jeśli chodzi o Grup ECOs – wspiera tworzenie nowych przedsiębiorstw, realizację ciekawych projektów.

Parasol dla innowacji
Koszt miesięcznego utrzymania jednego miejsca pracy w Lab Coop 43 to około 200 euro. W tej kwocie mieści się czynsz, składka na spłatę kredytu i niewielka suma oszczędności „na wszelki wypadek“. Osoby z zewnątrz, które chcą korzystać z biura mogą wynająć sobie miejsce pracy. Cena za 25 – 100 godzin miesięcznie to 50 – 125 euro, zależnie od liczby osób. Na specjalnych warunkach korzystają z przestrzeni Lab Coop jej podopieczni, czyli nowe i innowacyjne projekty, które kiedyś mają szansę stać się przedsiębiorstwami ekonomii społecznej. Takie projekty przez cztery miesiące mogą pracować w Lab Coop za darmo, chociaż i tak muszą zrobić coś dla społeczności.

Dzięki tej ofercie swoje biura w Lab Coop mają Celia Sanz i Nuria Mateu z d’N’kolowo, projektu realizowanego na Wybrzeżu Kości Słoniowej. D’n’kolowo w tamtejszym języku oznacza „kocham Cię“, a projekt polega na sprzedaży rękodzielniczej pościeli wytwarzanej lokalnie przez kobiety i mężczyzn z różnych powodów wykluczonych społecznie. Inny projekt „specjalny“ to Llogam, za który odpowiada Lidia Martin, to serwis internetowy, którego celem jest pośrednictwo w wynajmie pokoi i mieszkań za czynsz częściowo pieniężny, częściowo „usługowy“ – coś jakby agencja nieruchomości połączona z bankiem czasu.

Lab Coop utrzymuje się z wynajmu powierzchni, działalności doradczej, prowadzenia warsztatów i kursów. – Cały czas pracujemy nad naszym modelem biznesowym, szukamy nowych zadań i sposobów na zarabianie pieniędzy realizując założenia ekonomii społecznej – mówi Guernica.

Aby przedsiębiorstwo zostało członkiem Grup ECOs Cooperatiu, zgodzić muszą się na to wszyscy inni członkowie kooperatywy, a kandydat musi prowadzić przejrzystą księgowość, należeć do XES, korzystać z usług banku etycznego oraz monitorować swój tzw. social balance. – To opracowane i promowane przez nas narzędzie za pomocą którego można analizować swój wpływ społeczny, stopień w jakim realizuje się wartości ekonomii społecznej. Do ewaluacji służy cała lista kryteriów – od kwestii genderowych po zrównoważony rozwój. Teoretycznie wiele firmy może określać się jako przedsiębiorstwa społeczne, ale ich działalność i wpływ społeczny mogą bardzo się różnić jeśli chodzi o jakość czy wyznawane wartości. Dobrze się temu przyglądać choćby dla własnej wiedzy – mówi Guernica.

ekonomiaspoleczna.pl

Thursday, 5 September 2013

Mieszkanie prawem, nie towarem - przykłady alternatywnego mieszkalnictwa społecznego na świecie

Na świecie rozkwita wiele mniej lub bardziej sformalizowanych rozwiązań mieszkaniowych. Zgodnie z przekonaniem, że mieszkanie jest prawem, a nie towarem i każdy człowiek, nawet z niewielkimi zasobami finansowymi, ma prawo mieć gdzie mieszkać, nowe przedsięwzięcia mieszkaniowe wykorzystują zalety kooperatyzmu i swoistą ideę recyklingu.
Międzynarodowe mieszkalnictwo alternatywne
Organizacja CECODHAS Housing Europe działa od 1988 roku i jest federacją publicznego, socjalnego i spółdzielczego mieszkalnictwa w Europie. Jej celem jest walka z bezdomnością poprzez tworzenie na terenie Europy oferty mieszkaniowej, która będzie ekologiczna, zgodna ze standardami zrównoważonego rozwoju i dostępna nawet dla najuboższych.
W skład CECODHAS wchodzi 45 krajowych i regionalnych federacji, które razem zrzeszają 41 400 rożnego typu organizacji zarządzających mieszkaniami w 19 krajach. W sumie zarządzają około 27 milionami domów, czyli blisko 12% budownictwa mieszkaniowego w Unii Europejskiej.
Jedną z organizacji członkowskich CECODHAS jest Sostre Civic – kooperatywa z Katalonii, która zwyciężyła w konkursie Momentum Poject España i należy do Ashoka Foundation.
– Naszym celem jest transformacja społeczna, która dokona się dzięki temu, że każdy człowiek będzie miał możliwość posiadania domu – mówi Raul Robert Oleas, z wykształcenia inżynier przemysłowy, założyciel i prezes Sostre Civic. W Hiszpanii budownictwo socjalne stanowi 1–2% oferty mieszkaniowej. Budynki, które kiedyś udało się wybudować za publiczne pieniądze, zostały sprywatyzowane. Wielu ludzi w wyniku kryzysu nie stać na dom, a wielu ma problemy z hipoteką. Tych drugich zrzesza PAH Barcelona (Platforma Afectados Hipotecas), z którą współpracuje SC.
PAH sprzeciwia się sposobom działania organizacji SAREB. Jedna z kontrowersji to fakt, że chociaż w 50% SAREB jest finansowana z pieniędzy publicznych, a w 50% przez banki, reprezentuje właściwie tylko interesy tych ostatnich. Mieszkania, które tracą członkowie PAH wpadają do puli SAREB.
– SAREB skupuje od banków mieszkania ich dłużników i na przykład sprzedaje hurtem inwestorom z krajów arabskich lub Rosji – mówi Raul Oleas. Szacuje się, że w całej Hiszpanii jest około 3–5 milionów pustych mieszkań. Liczby wahają się zależnie od źródła informacji. W samej Barcelonie jest ich około dwóch tysięcy, część zupełnie zapomniana przez właścicieli. To dotyczy zwłaszcza domów na obrzeżu miasta np. w La Floresta. Zdarzają się domy zamknięte na spust od 20–30 lat, bo właściciel ma 90 lat i mieszka w odległej Galicji.

A może by tak kooperatywę?
Spółdzielnie mieszkaniowe w Hiszpanii jak dotąd zajmują się przede wszystkim budownictwem. Kiedy budowa dobiega końca, spółdzielnia rozwiązuje się. Model Sostre Civic jest innowacyjny, ponieważ w tym wypadku spółdzielnia zajmuje się nie budownictwem, a adaptacją i renowacją istniejących już pustych mieszkań czy budynków, ich zasiedleniem, a potem także zarządzaniem nimi na przestrzeni lat. – Podobnie do nas funkcjonuje spółdzielnia Los Milagros z Malagi. Grupa starszych osób zawiązała kooperatywę, samodzielnie wynajęła dom i prowadzi swój własny Dom Seniora. Podobnych przykładów jest bardzo niewiele – opowiada Raul Oleas.
Nieformalne kooperatywy, tzw.„okupas”, czyli opuszczone budynki zajęte przez „dzikich lokatorów” są w Hiszpanii całkowicie nielegalne i w ostatnich latach przechodzą ciężkie czasy z uwagi na rosnącą brutalność policji. Są jednak nieliczne wyjątki. Can MasDeu, położoną na obrzeżach Barcelony „okupę” w której mieszka 25 osób policja próbowała usunąć dwa razy, ale za jej utrzymaniem wstawili się okoliczni mieszkańcy. Can MasDeu ma już 10 lat. La Kasa de La Motańa – najstarsza i najlepiej znana (bo położona tuż obok Parku Guel) okupa w Barcelonie funkcjonuje od 1989 roku, głównie dzięki nie do końca określonej własności i ograniczonym możliwościom ewentualnego zagospodarowania za względu na zabytkową wartość (budynek ma 103 lata).

Sostre Civic, Katalonia
Sostre Civic działa w obecnym kształcie od początku 2012 roku przede wszystkim na terenie Katalonii, chociaż kilka Przedsięwzięć realizowanych jest w innych częściach Hiszpanii. Klientami Sostre Civic są w 85% Katalończycy, a 60% z nich pochodzi z Barcelony. Od strony formalnej Sostre Civic jest stowarzyszeniem. Należy do niego 40 osób, które w ramach wolontariatu biorą udział w tworzeniu swego rodzaju lobby promującego ekonomię społeczną i współpracującego z organizacjami pożytku publicznego.
Kooperatywa działająca w ramach SC wyszukuje puste budynki lub pojedyncze mieszkania, negocjuje stosowne warunki ich użytkowania z ich właścicielami (np. bankami) i udostępnia osobom, których nie stać na tradycyjny wynajem. – Kooperatywa ma dużo większą siłę przebicia niż pojedynczy człowiek. Rozmawiamy z bankiem lub z SAREB i próbujemy przekonać, że dana nieruchomość nie jest wcale warta tyle, ile twierdzą i że spokojnie można tak uregulować jej cenę i rozłożyć ją w czasie, że właściciel płacąc niski lub średnio wysoki czynsz będzie spłacać hipotekę.
Mieszkania, zależnie od tego, co uda się wynegocjować, adaptowane są na pięć, 20 lat, czy nawet na 75 lat, a w jeszcze innych wypadkach kooperatywa może kupić budynek. – opowiada Oleas. Do tej pory SC zrealizowało 11 przedsięwzięć – po dwa w Barcelonie i w kraju Basków, po jednym w Nawarze, Walencji, Manresie, Sevilli. W przejętych budynkach mieszkają w sumie 134 osoby.
W tej chwili Sostre Civic pracuje nad 25 innymi przedsięwzięciami. Na liście „zainteresowanych” mieszkaniem w spółdzielni jest 1500 osób. Do zaadaptowania jest m.in. Solanell, małe miasteczko w Pirenejach. Należy do architekta, który je zaprojektował – w rozliczeniu za pracę jaką wykonał. – To szczególnie ciekawe wyzwanie. W Solanell zamieszkane są już cztery domy, w przyszłości będziemy decydować o lokatorach kolejnych z nich. To coś w rodzaju projektowania społeczności – tak aby mieszkańcom żyło się razem jak najwygodniej. – mówi Raul Oleas.

Domy z odzysku
Skąd pochodzą budynki adaptowane przez Sostre Civic? Ważnym źródłem informacji jest baza danych przygotowana przez kolektywy zajmujące się mieszkalnictwem. Najważniejsi są jednak sami poszukujący domu. Jeśli uda im się znaleźć pustostan, mogą zgłosić się do Sostre Civic i z jego pomocą negocjować ewentualne warunki zajęcia z właścicielem. Idealny model docelowy polega na świadczeniu usług „spółdzielczych“ osobom indywidualnym i grupom, które wzięły sprawy w swoje ręce, same znalazły budynek gdzie chciałyby mieszkać – i potrzebują tylko wsparcia w negocjacjach i sprawach formalnych.
Kooperatywa finansuje swoją działalność dzięki inwestycjom w bankach etycznych, zbiórkom crowdfundingowym na platformach takich, jak Verkami czy Goteo oraz dzięki grupie tzw. członków inwestorów. Są to osoby, które inwestują pieniądze w konkretne przedsięwzięcia otrzymując w zamian zysk w wysokości 2% rocznie i zwrot kapitału po pięciu latach.
Bardzo ważnym założeniem Sostre Civic jest przygotowanie takich kontraktów, które są przystosowane do możliwości finansowych ewentualnych najemców. Cena wynajmu mieszkanie nie może przekraczać 25-35 % dochodów danej rodziny, nawet jeśli oznacza to czynsz niższy niż ten zakładany przez prawo. – Osoby, które mogą i chcę wziąć udział w danym projekcie muszą najpierw wpłacić coś w rodzaju kaucji, której wysokość waha się w granicach 600–20 000 euro. Czynsz wynosi 125–475 euro miesięcznie. Opłaty uzależnione są od tego, ile lat liczy sobie konstrukcja budynku, czy wymaga on remontu lub jakiś dużych inwestycji – tłumaczy Raul.


Z pogranicza „okupy” czyli Roig 21, Barcelona
Sostre Civic udziela konsultacji i wsparcia wszystkim grupom, które chcą tworzyć własne, niezależne kooperatywy mieszkaniowe. Dzięki promowanemu przez kooperatywę specyficznemu rodzajowi kontraktu "Modelo Cesión de Uso" rozkwitło kilka innych przedsięwzięć, w tym trzy spółdzielnie niezależne od Sostre Civic: Cal Casas w Manresie, Ca La Fou Colonia Industrial Postcapitalista niedaleko Vallbona d'Anoia (Katalonia) czy La Corrala Libertad z Andaluzji. Model polega na adaptowaniu zgodnie z prawem na cele mieszkaniowe budynków, które od strony formalnej nie kwalifikują się jako mieszkania. Kooperatywa używa budynku, a nie koniecznie staje się jego właścicielem czy najemcą.
Ze wsparcia Sostre Civic korzystali także twórcy przedsięwzięcia mieszkaniowego Cooperativa Integral Catalana (CIC) pod nazwą (i adresem) Roig21 w Barcelonie. W wąskiej, trzypiętrowej kamienicy mieszka 14 osób dorosłych oraz szóstka dzieci. Ale Fernandez, web developer z Chile mówi płynnym angielskim, bo zanim przyjechał do Barcelony mieszkał przez pięć lat w Bristolu. Czarne włosy, okulary, trzydzieści kilka lat, lekko spocona twarz, bo jest upał. Jest jedną z tych osób, które najbardziej zaangażowały się w tworzenie Roig21.
– Przed kryzysem, około 2006 roku mieszkania w Roig21 były remontowane, cena wynajmu każdego z 20 metrowych kawalerek wynosiła 600 euro. Prace remontowe przerwano jednak ze względów finansowych, dom był częściowo zesquatowany, częściowo obrabowany. W kwietniu 2011 roku właściciel naszego budynku miał poważne problemy z bankiem Catalunya Caixa, dom miał iść na licytację.
CIC-Habitatge Social czyli kolektyw odpowiedzialny za sprawy mieszkaniowe, podpisał umowę najmu z właścicielem Roig21 dwa dni przed datą licytacji. Według hiszpańskiego prawa problemy finansowe właściciela budynku nie mogą dotykać najemcy. W 2012 roku, w rocznicę protestów majowych z 2011 roku, kiedy na ulicach wielu hiszpańskich miast protestowali rozczarowani ówczesną sytuacją w kraju obywatele, do budynku wprowadzili się pierwsi najemcy. Bank, który przejął już nieruchomość złożył do sądu wniosek o eksmisję twierdząc, że kontrakt nie jest ważny. CIC-HS udowodnili w sądzie, że naprawdę mieszkają na Roig 21. Sprawa zakończyła się bezprecedensowym i ostatecznym wyrokiem sądu zgodnie z którym pięcioletni kontrakt jest ważny, co stworzyło formalne podstawy pod zasiedlanie kolejnych nieruchomości – mówi Ale.
Wśród czternastu mieszkańców Roig21 są trzy osoby z Chile, jeden Katalończyk, kilka osób z innych zakątków Hiszpanii, Kubańczyk oraz bardzo wiekowa sąsiadka o hiszpańsko-cygańskich korzeniach, która mieszka tu od zawsze. Każda rodzina ma swoją własną przestrzeń, ale dzielą się ze sobą pralką, piekarnikiem, a raz w tygodniu spotykają się, aby porozmawiać. Miesięczny czynsz wynosi 1500 euro, co z opłatami oznacza około 150 euro na rodzinę.
– Około pięciu osób zaangażowanych jest w kooperatywę na 100%. Reszta to po prostu członkowie kooperatywy. CIC tworzy strukturę, w której możesz normalnie funkcjonować. Na przykład ja przez pół roku pracowałem nad systemami komputerowymi dla kooperatywy w zamian za organiczną żywność i mieszkanie w Roig21. Dzisiaj tworzymy po prostu własne przedsięwzięcie niezależny od CIC. Mieszkanie tutaj bardzo różni się od zwykłego wynajmu. To styl życia, częściowo wymuszony przez brak pieniędzy. Przyjechałem do Barcelony rok temu i w ciągu tego roku mój stosunek do pieniędzy całkowicie się zmienił. Żyję praktycznie bez nich. To wymaga czasu, bo to za co wcześniej się po prostu płaciło teraz trzeba „zrobić” – wymienić się z kimś, zapracować, dostać, dzielić. To dobre doświadczenie – mówi Ale.
Członkowie Roig21 planują rozszerzyć swoją działalność na całą dzielnicę Raval. Właśnie założyli odnogę Habitatge Social „Oficina de Vivienda Raval”, aby tworzyć więcej kooperatyw mieszkaniowych w okolicy. Tworzą crowdsourcingową bazę danych zawierającą informację o około 50 pustostanach w okolicy, w tym 3–4 całych budynkach.

Model urugwajski
Co ciekawe, krajem, w którym mieszkalnictwo społeczne jest rozwinięte wzorowo, jest Urugwaj. Od 45 lat funkcjonuje tam FUCVAM Urugwaj – federacja 550 kooperatyw mieszkaniowych z całego kraju. W tym niewielkim, liczącym około trzy i pół miliona mieszkańców państwie w każdym mieście istnieje spółdzielnia należąca do FUCVAM. Dach nad głową w ramach kooperatywy ma 25 tysięcy rodzin – tych z najniższym, ale i ze średnim przychodem, pochodzących ze wszystkich środowisk społecznych.
Każda spółdzielnia liczy od 10 do 200 członków, z których niektórzy są tylko użytkownikami mieszkań, inni ich właścicielami – z prawem dziedziczenia i udziałem z zarządzaniu nieruchomością. Spółdzielcze domy finansowane są w 85% ze specjalnego funduszu Fondo Nacional de Vivienda y Urbanización (FNVU) utworzonego z obywatelskich podatków. Fundusz udziela specjalnych, tanich pożyczek na utworzenie kooperatywy, które potem spłacane są zależnie od możliwości finansowych członków – w ciągu 15, 20 lub 35 lat. Pozostałe 15% członkowie kooperatywy „odrabiają” pracując na rzecz spółdzielni po 80 godzin miesięcznie. Część z nich pracuje przy budowie, inni przy naprawach technicznych, jeszcze inni w administracji czy przy sprzątaniu. Jedną z naczelnych zasad ruchu spółdzielczego jest ayuda mutua, czyli wzajemna pomoc.

Sieć firm mieszkaniowych
Oryginalnym przedsięwzięciem jest Mietshäuser Syndikat (Syndykat Kamienic) z główną siedzibą w niemieckim Freiburgu. Jego konstrukcja od strony formalnej jest nieco skomplikowana – twórcy Syndykatu korzystali z narzędzi jakie mieli do dyspozycji. Syndykat jest zarazem firmą i stowarzyszeniem. Zarządza tzw. przedsięwzięciami mieszkaniowymi, z których każdy także jest firmą i stowarzyszeniem. Każde przedsięwzięcie to osobny budynek lub grupa bydynków, w których mieszkają pracownicy firmy i równocześnie członkowie stowarzyszenia. Poszczególne przedsięwzięcia, a jest ich już 74 (a kolejnych 25 w przygotowaniu), są niezależne od Syndykatu – nie mają jedynie prawa do sprzedaży nieruchomości, którą zarządzają.
Jak to działa w praktyce? Fabryczny budynek przekształcono w cztery mieszkania, w których dziś mieszka siedem osób dorosłych oraz troje dzieci. – Kiedyś po prostu wynajmowałem to mieszkanie. W 2000 roku właściciel budynku postanowił go sprzedać i zaproponował kupno członkom Syndykatu mieszkającym niedaleko. Nie mieli pieniędzy, ale pomyśleli, że może my, mieszkańcy będziemy zainteresowani założeniem „przedsięwzięcia“. I tak się właśnie stało. – opowiada Howard Weiner, muzyk z Freiburga, mieszkający w dawnej fabryce. Lokatorzy, wspierani przez Syndykat założyli firmę i zwrócili się do banku o kredyt na zakup nieruchomości. Jako pojedyńcza osoba Howard nie mógłby sobie pozwolić na wzięcie kredytu, jednak firmę potraktowano inaczej.
– Aby spłacić drogi, bo oprocentowany na 5% kredyt bankowy pożyczyliśmy pieniądze od znajomych, rodziny, przyjaciół, czyli wzięliśmy tzw. direct credit. Pożyczka jest udokumentowana i zabezpieczona, pożyczkodawcy mogą zyskać na swojej inwestycji od zera do trzech procent. To oni wybierają oprocentowanie pożyczki. – opowiada Howard Weiner – Dzisiaj to więcej niż jakakolwiek lokata w banku, więc zgłasza się do nas sporo osób zainteresowanych inwestowaniem w Syndykat. Naszej wspólnocie udało się spłacić kredyt w 10 lat. – mówi Howard. Metr kwadratowy mieszkania, które wynajmuje od swojej firmy kosztuje sześć euro czyli mniej więcej połowę tego ile płaci się na normalnym rynku. Mogłoby być jeszcze taniej, ale fabryka jest z XIX wieku i wymaga wielu napraw.
Syndykat działa od 1992 roku i „pod jego dachem“ mieszka już 1800 osób w całych Niemczech. Największe przedsięwzięcia liczą po 110 i 260 mieszkańców. Zarząd firmy spotyka się raz w tygodniu, raz w roku jest spotkanie wszystkich mieszkańców. – To są osoby wszystkich środowisk i zawodów, w każdym wieku. Gdzieś na południu istnieje wspólnota założona przez kilka 60–70-letnich pań, które postanowiły zamieszkać razem, bo czuły się samotne. To co nas łączy to raczej lewicowe poglądy, nie wyobrażam sobie między nami jakiegoś neonazisty czy prawicowca. Jest wśród nas również sporo osób z tzw. żyłką społeczną. W moim domu na siedmiu dorosłych mieszkańców są dwie pielęgniarki, akuszerka i nauczyciel jogi – mówi Howard Weiner.
Przyglądając się przedsięwzięciom mieszkaniowym z różnych stron świata można dojść do wniosku, że dla chcącego nic trudnego. Puste, nie zamieszkane domy istnieją wszędzie – trzeba opracować sposób na to, jak je zasiedlić. Firmę, która będzie prowadziła dom być może założyć można nie tylko w Niemczech. To co na pewno jest potrzebne obok twórczego podejścia do problemu – to chęć robienia czegoś razem, myślenia w skali nieco większej niż „ja“, zaufanie do kooperatyzmu.