Monday, 24 March 2014

Świat według gazety

W Grecji już niemal każdy wie czym jest Tratwa. „Shedia”, bo tak nazywa się grecka edycja gazety ulicznej powstała w lutym 2013 roku. Dzięki niej stabilny dochód znalazły dziesiątki tysięcy bezdomnych i bezrobotnych. 

Najbardziej znanym medialnym przedsiębiorstwem społecznym na świecie jest brytyjski magazyn „The Big Issue”. Gazeta powstała w 1991 roku z inicjatywy Gordona Roddicka i Johna Birda. Szybko stała się jednym z najczęściej replikowalnych modeli biznesowych ekonomii społecznej na świecie. Anita i Gordon Roddic, szkoccy przedsiębiorcy byli właścicielami znanej z działalności proekologicznej marki kosmetyków The Body Shop, którą w 2006 roku odkupiło od nich L’Oreal.

„The Big Issue” założyli w związku z rosnącą w zastraszającym tempie ilością bezdomnych na ulicach Londynu – konsekwencją polityki Margret Thatcher. Gazeta miała pomóc bezdomnym w zdobyciu choćby podstawowego zarobku – byli i są zatrudniani przy jej dystrybucji. Aby pracować dla „The Big Issue”, trzeba udowodnić, że jest się osobą bezrobotną lub zagrożoną bezrobociem. Następnie za darmo dostaje się do sprzedania określoną ilość gazet. Kolejne trzeba kupić – tworząc w ten sposób swoje własne mikro przedsiębiorstwo dystrybucyjne. Sprzedawcy kupują magazyn po 1,25 funta, sprzedają za 2,50 – zarabiając na każdej sprzedanej sztuce 100 procent swojej inwestycji.

Model „The Big Issue” opracowano na tyle sprawnie, że na przestrzeni lat udało się go powielić 123 razy w 600 miastach, 41 krajach, na pięciu kontynentach. W sumie na świecie swoją gazetę sprzedaje co roku 28 tysięcy osób. Ich roczny, łączny dochód wynosi wg Międzynarodowej Sieci Gazet Ulicznych około 40 milionów dolarów. Obok możliwości zarobku wiele wydawnictw ulicznych oferuje swoim dystrybutorom różnego rodzaju szkolenia i treningi, a czasem także dach nad głową.

Tratwa dla Greków
Jeszcze pięć lat temu zjawisko bezdomności praktycznie w Grecji nie istniało. Silne więzi rodzinne sprawiały, że w razie kłopotów finansowych można było polegać na rodzinie. W dobie kryzysu jednak wiele rodzin nie stać na wspieranie najuboższych członków, niektórzy z nich lądują na bruku. Bezrobocie w Grecji wynosi niemal jedną czwartą wśród dorosłych i około 65% wśród młodych ludzi.

Pierwszą uliczną gazetę w Grecji założył w Atenach na początku 2013 roku dziennikarz Chris Alefantis. Gazeta nosi tytuł „Shedia” (Tratwa). „Tratwa” funkcjonuje w oparciu o model popularyzowany przez brytyjskie „The Big Issue”.

Pierwsze dane dotyczące sprzedaży wykazują, że na rynku jest miejsce dla gazety ulicznej. Prognozy sprzedaży wynoszące około pięć tysięcy miesięcznie okazały się niedoszacowane. Obecnie nakład utrzymuje się na poziomie około piętnastu tysięcy i zarówno drugie, jak i trzecie wydanie trzeba było dodrukować ze względu na szybką sprzedaż.

Oferty nowych punktów dystrybucyjnych napływają ze wszystkich stron kraju. Z około 1,3 miliona bezrobotnych Greków ponad milion nie ma już prawa do świadczeń socjalnych. Chętnych do sprzedaży przybywa każdego dnia, pierwsze sto miejsc dystrybucyjnych było zajętych w ciągu pierwszego tygodnia pracy redakcji, zabrakło kamizelek dla sprzedawców. Niektórzy sprzedają nawet dwadzieścia kopii magazynu dziennie, z każdej osiągając profity wysokości półtora euro i zarabiając więcej niż osoby posiadające stałą pracę.

„Tratwa” jest jednym z pierwszych przedsięwzięć przedsiębiorczości społecznej realizowanych w Grecji na tak na dużą skalę i stanowi dobrą reklamę dla ekonomii społecznej. Według jednej z największych organizacji pozarządowych w kraju, fundacji „Stavros Niakos”, może odgrywać ona kluczową rolę w wyjściu z kryzysu.

Wzloty i upadki ulicznej ekonomii
Na przestrzeni ostatnich lat obroty gazet ulicznych znacznie spadły, nawet w Wielkiej Brytanii. Ostatnie liczby z British Audited Bureau of Circulations (ABC) pokazują około osiemnastoprocentowy spadek sprzedaży w 2012 roku. Poszczególne regionalne wydania „The Big Issue” osiągnęły łączny nakład 86,598 egzemplarzy.

Dla kontrastu: w 1997 roku magazyn, z nakładem na poziomie 294 tysięcy, był najlepiej sprzedawanym tygodnikiem w kraju. John Bird, drugi z założycieli gazety i przyjaciel Roddicka tłumaczy spadek sprzedaży faktem, że tytuł nie jest już nowością na rynku oraz ogólnym załamaniem w świecie mediów.

Aby nadążyć za rozwojem mediów cyfrowych Międzynarodowa Sieć Gazet Ulicznych (International Network of Street Papers) zainwestowała w 2012 roku w platformę INSP Digital. Za jej pośrednictwem sprzedawane są produkty cyfrowe, za które ciągle płaci się u bezdomnego sprzedawcy – dystrybutora.

Dzisiaj najlepiej ma się społeczna prasa uliczna np. w Australii, gdzie sprzedaje się co dwa tygodnie trzydzieści trzy tysiące kopii. To niemal pięć razy więcej niż na początku, w 1996 roku. W czerwcu 2013 roku ruszyła także internetowa wersja australijskiego „The Big Issue”.

W Stanach Zjednoczonych najlepiej sprzedawaną społeczną gazetą uliczną jest „The Contributor” z Nashville w stanie Tennessee. Gazeta jest także jedną z najmłodszych w kraju, powstała w 2008 roku i osiąga nakład wysokości 120 tysięcy miesięcznie. Wzrost sprzedaży był znaczny: od 5900 egzemplarzy w 2008 roku do 56 tysięcy egzemplarzy w 2009 roku, 580 tysięcy w 2010 roku i 1,3 milionów egzemplarzy w 2011 roku. Ilość sprzedawców wzrosła średnio od dziesięciu do czterystu miesięcznie.

Międzynarodowa Sieć Gazet Ulicznych przyznaje w sierpniu każdego roku nagrody The International Street Paper Awards w konkursie dla najlepszych wydawnictw tego typu.
W Polsce funkcjonują dwie gazety uliczne. W Poznaniu „Gazeta Uliczna” – kwartalnik gospodarki solidarnej oraz w Warszawie „Wspak - Społeczno-Kulturalny Magazyn Akcji Przedsiębiorczej Filantropii”.

Gazeta demaskuje
„The Big Issue” i jego następcy są klasycznym przykładem przedsiębiorczości społecznej, finansowanej zgodnie z regułami rynku. Jedną z najbardziej rewolucyjnych inicjatyw dziennikarskich, z pogranicza ekonomii solidarnej i społecznej była z pewnością gazeta „Crisi”, jaka ukazała się trzykrotnie na przełomie 2008 i 2009 roku w Katalonii. Gazeta dystrybuowana była bezpłatnie przez sieć wolontariuszy, a jej celem było rozpowszechnianie informacji na temat wydarzeń, które w świetle prawa można było zinterpretować jako przestępstwo.

W 2008 roku Enric Duran, kataloński antykapitalista pożyczył prawie 500 tysięcy euro z 39 różnych banków hiszpańskich. Wykorzystał luki i niekonsekwencje w procedurach kwalifikacyjnych, słabe punkty systemów ochronnych i brak większego zainteresowania kredytobiorcami, systemowe, bezrefleksyjne podejście do gospodarowania powierzonymi bankom pieniędzmi. Inicjatywy współzałożone przez Enrica Durana opisaliśmy m.in. w tekstach Spółdzielnia, która chce zmienić świat i Od spółdzielni samozatrudnieniowych do nowego modelu gospodarki.

W wywiadzie dla magazynu „Vice” Enric Duran opowiada o tym, dlaczego postanowił zainwestować we własne medium, zamiast starać się o rozpowszechnianie informacji tradycyjnymi metodami:
– Spędziłem dużo czasu zastanawiając się nad tym, jak przedstawić tę historię opinii publicznej. Chciałem, aby usłyszało o niej jak najwięcej osób, ale bałem się, że będę źle interpretowany przez tradycyjne media. Dlatego postanowiliśmy użyć części pieniędzy, aby wydrukować gazetę i myślę, że była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęliśmy. Media zorientowały się, że gazeta jest rozprowadzana na ulicy i, aby być na bieżąco, pisały o naszej akcji – mówi Duran.

W pierwszym magazynie „Crisi”, opublikowanym w 2008 roku, znalazł się m.in. artykuł Durana pt. "Ukradłem 492 tysiące euro tym, którzy okradli nas", po to aby ich zdemaskować i budować alternatywę dla społeczeństwa.
Pierwsze „Crisi” opublikowane było w języku katalońskim, liczyło dwieście tysięcy egzemplarzy, zostało wydrukowane i dystrybuowane przez wolontariuszy w całej Katalonii. Druga edycja gazety, pod hasłem "Możemy! Życie bez kapitalizmu" pojawiła się na ulicach 17 marca 2009 roku, a trzecia pt. "My" była rozpowszechniana od 17 września 2009 roku.

Sieć alternatywnych mediów
Na świecie funkcjonują tysiące gazet, kanałów video, portali internetowych alternatywnych do głównego obiegu informacji. Wydawane są przez różnego rodzaju aktywistów z całego świata, organizacje pozarządowe i przedsiębiorstwa społeczne, finansowane zazwyczaj ze zbiórek crowdfundingowych lub dotacji.

W 1999 roku w Seattle podczas ogólnoświatowych protestów przeciwko szczytowi World Trade Organization zawiązała się sieć Indymedia.org. Do dzisiaj skupia niezależnych dziennikarzy, działaczy i organizacje, które zajmują się relacjonowaniem wydarzeń.

Przykładem alternatywnego medium przekazującego niezależne informacje jest portal globalrevolution.tv, zajmujący się publikowaniem na żywo video relacji z wszelkich akcji rewolucyjnych i protestacyjnych na świecie. Sprzeciwia się tym samym interpretacji i manipulacji dokonywanych przez koncerny telewizyjne w relacjonowaniu wydarzeń politycznych. Portal ruszył 17 września 2011 roku podczas okupacji Placu wolności na Manhatanie w Nowym Jorku.

Podobną funkcję pełni Periodismohumano.com. To portal, którego misją jest przedstawianie informacji istotnych z punktu widzenia społeczeństwa zaangażowanego. Założony został przez Javiera Bauluz, pierwszego hiszpańskiego laureata nagrody Pulitzera z 1995 roku.

Być może właśnie nadchodzi czas nowych możliwości dla ekonomii społecznej. Forma przedsiębiorstwa społecznego może być szansą dla niezależnego dziennikarstwa. Ciekawe, czy w Polsce taki model ma szansę się rozwinąć?

ekonomiaspoleczna.pl

Wednesday, 12 March 2014

Od spółdzielni samozatrudnionych do nowego modelu gospodarki

Nie stać cię na prowadzenie firmy, a jednak chcesz (lub musisz) ją prowadzić? Dołącz do spółdzielni. Dzięki niej płacenie podatków, rozliczenia i biurokracja staną się łatwiejsze. Przynajmniej w Katalonii.
Alternatywny świat
Cooperativa Integral Catalana (CIC) jest spółdzielnią, która tworzy alternatywę dla istniejącego systemu państwowego i gospodarczego na terenie Katalonii – coś w rodzaju spółdzielczego systemu publicznego. Ów alternatywny twór, w ramach którego żyje już parę tysięcy osób, opiera się na kilku założeniach. Po pierwsze – samozarządzanie, po drugie samoorganizacja, po trzecie – demokracja bezpośrednia, po czwarte – samoświadomość, wolność od autorytetów, równość i jednakowe możliwości rozwoju dla wszystkich. Jak w każdej kooperatywie, w CIC nie ma szefów i podwładnych, jednostek mniej lub bardziej uprzywilejowanych. Zamiast rywalizacji CIC oferuje swoim członkom relacje oparte na zaufaniu.
– Zaufanie pojawia się tam gdzie jednostka stawia wyżej dobro wspólnoty niż swoje własne. Tak właśnie zrobił Enric Duran, współzałożyciel CIC – mówi Dani Negro, jedna z osób odpowiedzialnych w kooperatywie za biznesową odnogę CIC: Autonomous Associate.

Przekora i pokora
W 2009 roku, Enric Duran pożyczył z 39 hiszpańskich banków prawie 50 tysięcy euro, aby udowodnić ich bezrefleksyjnosć, nieodpowiedzialność i niewydolność. Duran zyskał przydomek the Robin Hood of the Banks, a CIC zyskał fundusze na uruchomienie działalności.
Poszczególne dziedziny życia: edukacja, zdrowie, pieniądze organizowane są w ramach kooperatywy od nowa, jako osobne przedsięwzięcia. Zaangażowane w nie osoby to profesjonaliści, którzy chcą realizować swoje ambicje poza oficjalnym systemem (Działalność Cooperativa Integral Catalana przybliżyliśmy już w tekście Spółdzielnia, które chce zmienić świat).
Spółdzielni zależy na tym, by zrzeszać jak największą liczbę osób o różnych kwalifikacjach i w ten sposób stawać się coraz bardziej samowystarczalną. Żeby być niezależnym, stara się wypracowywać nowe rozwiązania i narzędzia przydatne do funkcjonowania. Jednym z nich jest właśnie przedsięwzięcie Autonomous Associate, dzięki któremu można prowadzić własny biznes w ramach spółdzielni.

Rozbić podatkowy mur
Według hiszpańskiego prawa, prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej, czyli status autonomo, oznacza obowiązek płacenia comiesięcznych podatków rzędu trzystu euro. Nawet jeśli nie ma się żadnych dochodów. Mało kto może więc pozwolić sobie na prowadzenie własnej firmy.
Autonomous Associate pozwala na prowadzenie własnej firmy i odprowadzanie podatków, jako członek spółdzielni, za pośrednictwem spółdzielczej księgowości. Taka współpraca pozwala między innymi uniknąć wielu problemów biurokratycznych i wydatków z nimi związanych, a każdy tego typu członek spółdzielni może np. wystawić fakturę.
– Nie reklamujemy się nigdzie i specjalnie nam na tym nie zależy. Informacje o Autonomous Associate rozchodzą się pocztą pantoflową, ale zainteresowanych i tak systematycznie przybywa – mówi Dani Negro.
W tej chwili członków kooperatywy, którzy dzięki niej prowadzą własne drobne biznesy jest około pięciuset. Proces weryfikacji trwa do dwóch miesięcy, a kryteria są ściśle określone.
Przede wszystkim trzeba identyfikować się z wartościami wyznawanymi przez członków CIC. Współpracę można nawiązać w ramach wolontariatu. Można także zatrudnić się w kooperatywie i w ten sposób skorzystać z oficjalnego system ubezpieczenia społecznego. Jednak, w takim wypadku, wszelkie opłaty związane z ubezpieczeniem współpracownik ponosi samodzielnie.

Czwartek, 11.00, Aurea Social
Aurea Social to centrum wymiany myśli, niezależne, ale blisko spokrewnione przedsięwzięcie, nieustannie rozwijane w ramach Cooperativa Integral Catalana. Jego siedziba mieści się przy ulicy Sardenya, w byłym luksusowym spa, tuż obok Sagrada Familia. Jest tu recepcja i duże przestronne sale z ogromnymi lustrami, w których kiedyś prowadzono aerobik i zajęcia taneczne, a dziś toczą się dodatkowo rewolucyjne dysputy, instruktaże. W każdy czwartek o 11:00 i 17:00 spotkają się wszyscy zainteresowani Autonomous Associate.
Dziś punktualnie przyszło około trzydziestu osób, ale ciągle wchodzi ktoś nowy. Spotkanie prowadzi Maite. Wyjaśnia, czego można się spodziewać po tym zebraniu i prosi, aby każdy się przedstawił. Większość to rodowici Katalończycy, wszyscy mieszkają w Katalonii.
Wśród osób zebranych jest para młodych ludzi z Manresy, którzy chcą zająć się produkcją ekologicznej żywności, starsze małżeństwo z Badalony, producenci rękodzieła, Jordi, który chce otworzyć swoją firmę z ręcznie robionymi ciuchami, Manel, który jest masażystą, Laia i Anna, córka i mama, które myślą o tym, żeby prowadzić projekty edukacyjne. Jest także Maria, która chce otworzyć oddział banku. Na sali zapanowała chwilowa konsternacja.
– Przedsięwzięcia, które wspieramy w ramach kooperatywy powinny być bliskie naszym ideom – stara się wyjaśnić Maite.

Ewaluacja społeczna
Do oceny ewentualnej zgodności danego przedsięwzięcia z profilem kooperatywy używany jest system stworzony przez Christiana Felbera „Economia del bien comun“ (Gospodarka zrównoważonego dobrobytu). Jest to alternatywny wobec kapitalizmu i gospodarki planowanej model ekonomiczny, w którym rywalizację i dążenie do zysku finansowego zastępują takie wartości jak współpraca i wspólne dobro.
„Z teoretycznego punktu widzenia ta koncepcja nie jest wcale tak rewolucyjna, jak mogłoby się wydawać – mówi Christian Felber w jednym ze swoich opracowań. – Zawarte w niej postulaty są zgodne z zapisami większości demokratycznych konstytucji, gospodarka wspólnego dobrobytu stara się je jednak wprowadzać w życie”.
Jednym z ważniejszych postulatów jest realizacja modelu oddolnego kształtowania gospodarki, co szczególnie odpowiada twórcom CIC.
W praktyce oznacza to, że każda społeczność, chociażby mieszkańcy małego miasteczka, może sama określać wskaźniki świadczące o wysokiej jakości usług firmy działającej na jej rzecz. Ci, którzy spełniają oczekiwania, bo np. zatrudniają tyle samo kobiet i mężczyzn lub ich produkty są ekologiczne, mogą liczyć na lokalne udogodnienia i przywileje.
CIC jest właśnie takim małym miasteczkiem, a przywilejem dla przedsięwzięć spełniających wymagania tutejszych mieszkańców jest możliwość odprowadzania podatków w ramach miejskiej księgowości.

Warunki współpracy
CIC, weryfikując poszczególne propozycje, zainteresowany jest m.in. tematyką danego przedsięwzięcia, potencjalnymi klientami (nie mogą nimi być np. wielkie firmy czy korporacje) i obszarem działania.
– Nie akceptujemy przedsięwzięć o zasięgu międzynarodowym czy ogólnokrajowym, jeśli nie jest jasne, że pochodzą z Katalonii. Centra takie jak CIC działają w całej Hiszpanii i ewentualnych zainteresowanych przekierowujemy do odpowiedniej kooperatywy lokalnej – tłumaczy Dani Negro.
Do decyzji o ewentualnym braku akceptacji zgłoszenia dołączone jest wyjaśnienie co należy w nim zmienić, aby mógł być realizowany w ramach CIC. Przedsięwzięcie zaakceptowane przez kooperatywę niemal automatycznie staje się jej częścią. Konieczna jest wpłata jednorazowego wpisowego, które można uiścić w euro, w eko (niezależna waluta kooperatywy) lub po prostu – odpracować. W wypadku przedsięwzięcia jednoosobowego płaci się trzydzieści euro lub eko, albo odpracowuje sześć godzin na rzecz CIC. Opłata dla przedsięwzięć kilkuosobowych jest dwa razy wyższa.
Kooperatywa płaci VAT co trzy miesiące. Prowadzący firmę członek spółdzielni musi w analogicznym czasie odprowadzać swoje opłaty. Wysokość opłat na rzecz kooperatywy ustalana jest zależnie od ilości pracy administracyjnej, jakiej wymaga od pracowników CIC obsługa przedsięwzięcia. Zazwyczaj wynosi ona od 10 do 75 euro miesięcznie.

Jak na razie minusów brak
Co tydzień do CIC zgłasza się średnio pięćdziesiąt nowych osób zainteresowanych Autonomous Associate. Większość przychodzi na spotkania organizowane w Aurea Social. Około dziesięć osób tygodniowo zbiera się w oddalonym od Barcelony o godzinę jazdy Banyoles. Tutaj działa Les Golfes (Poddasze). Twórcy tego przedsięwzięcia trafili na spotkanie w Aurea ponad rok temu. Po uruchomieniu własnego biznesu postanowili promować działalność kooperatywy w rodzinnym miasteczku.
Poddasze jest niezależnym przedsięwzięciem realizowanym w ramach CIC. To przestrzeń otwarta dla różnego rodzaju działań twórczych, kulturalnych i ekologicznych. Sklep z odzieżą używaną i przerabianą, meblami, dużymi i małymi przedmiotami, wyrobami ręcznymi oraz productos de proximidad (produkty wytwarzane lokalnie, w odległości nie większej niż 50 km od sklepu).
– Prowadzimy bibliotekę publiczną, mamy salę, w której urządzane są warsztaty, zebrania, projekcje – mówi Aurora pracująca przy Les Golfes – Nasza podstawowa działalność to recykling. Chcemy przyczyniać się do dbałości o środowisko, minimalizowania ilości odpadów, przeciwdziałania konsumpcjonizmowi i nadprodukcji. Jesteśmy tutejszą siedzibą banku. U nas spotykają się twórcy, lokalni producenci i konsumenci, którzy rozpowszechniają walutę społeczną, jako alternatywną dla tej, dziś obowiązującej – kończy.
Podstawowymi korzyściami z udziału w Autonomous Associate dla Aurory są możliwość dzielenia się różnymi narzędziami, umiejętnościami i informacjami, na zasadach wzajemnej pomocy, w oparciu o bardziej sprawiedliwe i autentyczne relacje międzyludzkie. Dużą wartością jest także udział w tworzeniu alternatywnego, spółdzielczego systemu funkcjonowania. Pytana o minusy, problemy i usterki Autonomous Associate, Aurora odpowiada krótko. – ­ Dzisiaj nie widzę żadnych.

Ekonomiaspoleczna.pl

Thursday, 6 March 2014

58 milionów gwałcicieli

Bielizna przeciw gwałtom, specjalne taksówki dla kobiet, aplikacja która pomaga szybko wezwać pomoc – przedsiębiorcy społeczni, organizacje pozarządowe i aktywiści próbują na różne sposoby walczyć o godność i poczucie bezpieczeństwa Hindusek. Tylko nieliczni adresują swoje przesłanie do mężczyzn.
Jednym z gości konferencji TEDxBarcelona Woman, która odbyła się w grudniu 2013 roku w Barcelonie, był William Muir, założyciel organizacji Equal Community Foundation (ECF), z siedzibą w Pune, w Indiach. To jedna z około 10 organizacji w liczącym blisko 1,2 miliarda mieszkańców kraju, która problem przemocy wobec kobiet stara się rozwiązać docierając do mężczyzn i rozmawiając z mężczyznami. – W Indiach mieszka 230 milionów mężczyzn poniżej 18. roku życia. Według szacunków 58 milionów z nich przynajmniej raz zgwałci w swoim życiu kobietę. Ma to związek z tradycją oraz tym, jak rozumie się tu bycie mężczyzną. To błędne koło – mówi Will.
W swoim wystąpieniu opowiedział historię indyjskiego nastolatka o imieniu Abhishek, który uczestniczył w programie ECF. Organizacja prowadzi programy edukacyjne dla chłopców w wieku 14–18 lat, w trakcie których poprzez dyskusję, różnego rodzaju aktywność i zabawę stara się zmienić sposób myślenia młodych ludzi. – Dla Abhisheka bicie siostry czy arogancja wobec matki były czymś normalnym. Trochę refleksji i rozmowy wystarczyło i dziś chłopak zmywa naczynia, a siostry nie bije. Niby nic ale z punktu widzenia stereotypów płciowych jest to ogromna zmiana. – opowiada Will.
ECF pracuje przede wszystkim z chłopcami z małych miasteczek, pochodzącymi z ubogich rodzin. – Chcemy by zrozumieli, że w tym wypadku – jeśli nie staną się częścią rozwiązania będą częścią problemu – mówi Will Muir.

Bielizna na gwałt
Na portalu crowdfundingowym indiegogo.com pod koniec listopada zakończyła się zbiórka pieniędzy na produkcję AR WEAR czyli „bielizny przeciwko gwałtowi”.
Z uwagi na ostatnie wydarzenia w Indiach aukcja była szeroko komentowana w krajowej prasie i nie tylko. W ciągu niemal półtora miesiąca na indiegogo zebrano prawie 55 tysięcy dolarów, które wpłaciło ponad 2200 osób, w większości kobiet. Autorkami zbiórki były Ruth i Yuval z Nyack, małego miasteczka pod Nowym Jorkiem, które chciały nie tylko zebrać pieniądze, ale także upewnić się, że ich produkt spotka się z poparciem społecznym.

Hasło, którym reklamują swoją aukcję brzmi: „Seria ubrań, które chronią, kiedy dzieje się źle” (A clothing line offering wearable protection for when things go wrong.). Ruth i Yuval tłumaczą, że chcą umożliwić kobietom ochronę intymnych części ciała, dopóki wciąż zdarzają się akty przemocy na tle seksualnym. Z instrukcji wideo można się dowiedzieć, że majtki AR Wear są uszyte tak, że nie da się ich rozerwać, przeciąć nożyczkami czy ściągnąć bez pomocy właścicielki. Zamykane są na specjalny szyfrowany zamek.

Autorki pomysłu jego zasadność tłumaczą badaniami naukowymi (zamieszczają stosowny link), z których wynika, że opór w sytuacji przemocy jest jednym ze skutecznych sposobów uniknięcia gwałtu i statystycznie nie przyczynia się istotnie do większych obrażeń fizycznych.
– W moim sklepie nie będę sprzedawać tego rodzaju akcesoriów – pisze tymczasem Shruti Kapoor w artykule pt. „Bielizna przeciwko gwałtowi? Nie, nie będę trzymać mojej waginy pod kluczem”, opublikowanym na łamach magazynu internetowego TheAlternative.

Shruti Kapoor mieszka w Delhi i w 2013 roku, także na fali sprzeciwu i oburzenia założyła sklep internetowy sayfty.com, w którym sprzedaje akcesoria obronne dla kobiet np. gaz pieprzowy w formie szminki czy paralizator z różowym łańcuszkiem.
Shruti prowadzi bloga, w którym wypowiada się na tematy związane z bezpieczeństwem kobiet i równouprawnieniem. Argumenty, którymi uzasadnia swoją decyzję to te z rodzaju feministycznych, związanych z odpowiedzialnością (to mężczyźni powinni nosić majtki uniemożliwiające im gwałcenie), osobistych (nie chcę zamykać mojej waginy niczym skarbu, który każdy może chcieć ukraść) i praktycznych (ile czasu zajmie mi zdjęcie majtek, kiedy będę korzystać z toalety lub będę chciała uprawiać seks lub co z innymi formami przemocy seksualnej, nie wymagającymi zdjęcia majtek).
Ważnym czynnikiem jest cena wynosząca 50 dolarów, co sprawia, że AR Wear to produkt niedostępny dla przeciętnej mieszkanki Indii.
– W Indiach kobieta gwałcona jest średnio co 20 minut. Nie potrzebujemy zamykać naszych wagin na zamek i łudzić się, że gwałciciel zmęczy się jego otwieraniem. Potrzebujemy kampanii, które odmienią podejście społeczeństwa do kobiet – pisze Shruti Kapoor.

Z szoferką bezpieczniej
Co dość przerażające, opowiadając o początkach swej działalności, wiele indyjskich przedsiębiorstw społecznych przytacza historię konkretnego gwałtu, jaki zbulwersował w swoim czasie opinię publiczną.

Przedsiębiorstwa społeczne związane z transportem powołują się na historię studentki, którą zgwałcono i zamordowano w autobusie komunikacji publicznej, kiedy samotnie wracała z kina, po obejrzeniu „Życia Pi”. Na fali oburzenia tą zbrodnią powstała m.in. firma Sakha Consultings Wings, która wozi tylko kobiety i w której pracują tylko kobiety.
Firma oferuje klientkom trzy rodzaje usług: „Taksówka dla Kobiet” – taksówka prowadzona przez szoferkę na terenie Delhi, „Usługa Szoferska” – możliwość zatrudnienia sprawdzonej szoferki na dłuższy czas, „Szoferka na telefon” – możliwość jednorazowego wynajęcia szoferki.

Szoferki Sakha to kobiety pochodzące z biednych i marginalizowanych środowisk. Ich szkolenie, trening i kurs prawa jazdy jest finansowany przez Azad Foundation – siostrzaną organizację Sakha.
Szkolenia dotyczą umiejętności czytania mapy, znajomości miasta i jego okolic, komunikacji, wiedzy z zakresu praw kobiet oraz umiejętności obrony przed przemocą w miejscach publicznych i prywatnych.

Kursy samoobrony dla szoferek prowadzi miejska policja, a specjaliści z wydziału Przestępstw Przeciwko Kobietom uczą, jak radzić sobie w ewentualnych trudnych sytuacjach psychologicznych na drodze.
Dla szoferek praca w Sakha CW to jedyna w swoim rodzaju szansa na wykształcenie, samodzielność finansową oraz opanowanie umiejętności tradycyjnie przypisanej mężczyznom. Azad Foundation wyszkoliło do tej pory ponad 30 szoferek, ponad połowa z nich pracuje w Sakha. Zarabiają miesięcznie około 4500 rupii czyli 72 dolary. Założycielem Azad Foundation jest Meenu Vadera.

Kobieca siła
„Justice for Woman” (Sprawiedliwość dla kobiet) to organizacja, która powstała w Indiach po tym jak kraj obiegła informacja o nastolatce brutalnie molestowanej przez grupę mężczyzn na oczach wielu przechodniów w lipcowy wieczór 2012 roku w miejscowości Guwahati.

Sashi Kumar, zbulwersowana tym za pomocą serwisów społecznościowych kontaktowała się z ludźmi, którzy myślą podobnie do niej. Niedługo potem powstał blog, strona na Facebooku i kanał YouTube, które razem złożyły się na internetową platformę propagującą walkę o prawa kobiet i ich nietykalność osobistą. Dziś Justice for Woman to duża organizacja działająca przede wszystkim dzięki wolontariuszom, która w całych Indiach prowadzi różnego rodzaju kursy samoobrony i sztuki walki dla kobiet. Za pośrednictwem bloga justiceforwomanindia.wordpress.com organizacja udziela porad na temat praw i metod obrony w obliczu różnego rodzaju zagrożeń – od cyber stalkingu (napastowania przez internet) po przemoc domową.

W kręgu najbliższych
Nancy Schwartzman, amerykańska reżyserka z Brooklynu stworzyła aplikację na telefon komórkowy, która umożliwia szybkie zaalarmowanie najbliższych i uzyskanie wsparcia w sytuacji molestowania seksualnego. „Circleof6“ powstało z myślą o amerykańskich studentkach, których aż 19% doświadcza przemocy seksualnej.

Pod koniec 2012 roku, tuż po grudniowym gwałcie w Delhi Nancy zauważyła jednak, że liczba pobrań aplikacji z Indii wzrosła z kilkuset do kilku tysięcy miesięcznie. Stąd wziął się pomysł zaadaptowania programu na potrzeby indyjskich użytkowniczek. W kwietniu 2013 roku aplikację przetłumaczono na hindu i wzbogacono o indyjskie realia.
Aplikacja nosi nazwę „Circleof6“ czyli „Krąg 6“, a jej użytkowniczka wybiera i zapisuje sześć osób, u których szukać może pomocy na wypadek kłopotów. W trudnej sytuacji – jednym naciśnięciem guzika użytkowniczka wysyła prośbę o pomoc, transport – od razu z kodem GPS. Może poprosić także o szybki telefon lub rozmowę na temat przemocy w jej związku. Aplikacja umożliwia także kontakt z „gorącą linią“ dla ofiar przemocy i lokalnymi organizacjami zajmującymi się tą kwestią.

Projekt i funkcje aplikacji poddają m.in. w wątpliwość przekonanie, jakoby sprawcami gwałtów byli wyłącznie obcy mężczyźni. W „niewidzialne“ dla policji i sądów akty przemocy często zaangażowane są osoby znajome. „Circleof6“ daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa, kiedy wkracza w sytuację, w której gwałt może być społecznie akceptowany – np. na hucznej imprezie czy późną nocą w barze. Zamiast zastanawiać się – Co robić? Gdzie dzwonić? Kto mi może pomóc? – wystarczy, że kobieta naciśnie guzik.
Aplikację ściągnąć można za darmo ze strony www.circleof6app.com. Dostępna jest w języku angielskim, hiszpańskim i w hindu.

Mapa miejsc niebezpiecznych
Brutalny gwałt z 16 grudnia 2012 roku był także przyczyną powstania Safecity.in – internetowej mapy bezpieczeństwa w Indiach. Kobiety, które doznały jakiegokolwiek rodzaju napaści mogą zaznaczyć na mapie miejsce i rodzaj zdarzenia, oczywiście anonimowo.

Założycielki strony, grupa społecznych przedsiębiorczyń: Alsa D’Silva, Saloni Malhotra, Surya Velamuri i Aditya Kapoor mają nadzieję, że przyczyni się ona do upowszechnienia zgłaszania przestępstw przemocy seksualnej na policję. Dziś jest to ogromnym problemem, głównie dlatego, że policja zaniża statystyki i próbuje zniechęcić ofiary do składania zeznań, a na 600 zgłoszonych gwałtów tylko jeden sprawca zostaje ukarany.
Safecity prowadzi także kampanię, której celem jest ustalenie 100 najbardziej niebezpiecznych miejsc w największych miastach kraju. Od momentu uruchomienia strony na początku 2013 roku zgłoszono na nią około 200 zdarzeń, z których niektóre sięgają 1991 roku. Osiem to gwałty, większość dotyczy obmacywania czy wulgarnych komentarzy.

Według raportu CNN w ciągu ostatnich 40 lat liczba gwałtów w Indiach wzrosła prawie dziewięciokrotnie. Poszczególne projekty mające zapobiegać przemocy seksualnej i pomagać jej ofiarom – poza nielicznymi wyjątkami – realizowane są jedynie w większych miastach i dla tych osób, które mówią językiem hindi. Oznacza to, że wciąż miliony indyjskich kobiet pozostawione są same sobie.

Ekonomiaspoleczna.pl