Thursday, 19 October 2006

Śpiewająco


Soprany są bardziej kobiece‚ emocjonalne‚ lubią plotki przy kawie. Alty to silne indywidualności. Mówią, co myślą‚ nie lubią, jak ktoś nimi rządzi - opowiada Małgorzata Pierzchała‚ założycielka chóru‚ alt wspierający czasem tenory
Ponad trzy lata temu zaczynali jako "chór dla nieumiejących śpiewać". Do dziś do chóru Allegrezza del Canto (Radość śpiewania) może zapisać się każdy, kto lubi śpiewać‚ bez względu na wiek‚ głos i umiejętności. 71 osób najłatwiej pogrupować według wysokości głosu. Najwyższe to soprany‚ potem mezzosoprany‚ alty‚ tenory i basy oraz barytony. - Każdy z głosów ma inną mentalność - mówi Szymon Wyrzykowski‚ chórmistrz. - Konfliktowość rośnie wraz wysokością głosu - żartuje Zosia Piotrowska‚ mezzosopran.

Niska samoocena basów
Podstawę harmonii w śpiewie chóralnym tworzą barytony i basy. - Stanowimy tło. Proste‚ trochę monotonne dźwięki‚ które wydajemy z siebie są istotne dla brzmienia każdego utworu jako logiczne dopełnienie całości - opowiada Jacek Szaryński‚ bas. - Gdyby porównać śpiew chóralny do chińskiego malarstwa‚ to grube pociągnięcia pędzla oznaczałyby głosy basowe. Ptaszek na drzewie‚ na pierwszym planie, to soprany - wyjaśnia Bogusław Bielecki‚ bas. Na basy i barytony Allegrazza del Canto składają się głosy trzech profesorów weterynarii‚ psychiatry‚ fizyka‚ dwóch inżynierów‚ pracownika reklamacji bagażowej na lotnisku i prawnika. Trochę ich za mało jak na tak liczny chór. - Są kochani: uśmiechnięci‚ ciepli‚ spokojni‚ opanowani‚ można im zaufać - mówi Basia Brzęczek‚ sopran.
Niższe głosy stoją zawsze z tyłu‚ wyższe z przodu. Mezzosoprany z prawej strony‚ soprany z lewej. Najlepiej stać koło kogoś, kto dobrze śpiewa‚ bo wtedy samemu jest łatwiej. Zdarza się‚ że jedna lub więcej osób fałszuje i wtedy Szymon każe daną frazę powtarzać raz po raz‚ aż wszyscy razem zabrzmią czysto. To bywa irytujące i nudne. - Basy i barytony jednym słowem rozładowują atmosferę - mówi Zosia Piotrowska‚ mezzosopran. Na co dzień chórzyści porozumiewają się za pomocą internetowej listy dyskusyjnej. Ma już niemal dwa tysiące wpisów. - Nasze soprany‚ mezzosoprany i alty potrafią toczyć dysputę o tym, czy na koncert włożyć apaszki morelowe czy brzoskwiniowe - śmieje się Boguś Bielecki (nikt o nim nie mówi Bogusław). - My‚ basy wiemy‚ że jesteśmy artystycznym zerem. Jesteśmy tu, bo lubimy śpiewać i dla naszego chórmistrza - podsumowuje Lucjan Mączewski. Jedynie Tomasz Sołtysiński‚ baryton‚ przez kilka lat śpiewał w chórze Politechniki Szczecińskiej i ma największe doświadczenie muzyczne. - Tam się dowiedziałem, co to jest fermata (nie mylić z armatą) i diminuendo (nie mylić z Innuendo)‚ nauczyłem się też śpiewać w grupie - napisał podczas internetowej dyskusji chóru.

Kobiecy tenor to rzadkość
Głosy tenorowe są trzy. Mikołaj‚ Piotr oraz ewenement na skalę światową - kobieta - Agnieszka Gomułka. - W tradycyjnym chórze nie byłoby dla mnie miejsca. Tenor to przecież głos męski. A ja marzyłam o śpiewaniu w chórze, mimo że mówiono mi "daj sobie spokój‚ bo żaden chórmistrz cię nie przyjmie". Uparłam się - opowiada Agnieszka.
- Jej głos się wybija. Nawet kiedy śpiewamy w kilkadziesiąt osób naraz‚ a Agnieszka się nie wysila, najlepiej słychać ją - mówi Lucjan Mączewski. Allegrezza w repertuarze ma najwięcej utworów na cztery głosy. Wtedy tenory śpiewają razem z altami‚ których także jest tylko dziesięć. Same kobiety, a wśród nich m.in. doktor biologii‚ informatyk‚ pracownik stowarzyszenia Integracja czy specjalistka od rehabilitacji niemowląt. Alty są solidne i sumienne. - Czasem przez siedem minut śpiewamy tylko dwa dźwięki. Razem z tenorami i basami tworzymy tło dla sopranów i mezzo. To wymaga wiele cierpliwości - opowiada Marta Ślifirska‚ alt. Alty są też najbardziej zgrane. - Jest nas mało i cieszymy się z każdej nowej osoby - wyjaśnia Marta.

Mezzo rozchichotane
W mezzo jest 18 pań, m.in: psycholog‚ menedżer‚ dwie specjalistki od nieruchomości‚ terapeutka i masażystka shiatsu‚ dwie architektki‚ kobieta na urlopie macierzyńskim‚ romanistka. Zofia Piotrowska, zwana Zochą, jest najbardziej widoczna. Rozgadana i barwna. Pisze doktorat z antropologii kultury‚ więc kilka razy w roku wyjeżdża do "swojej" wioski indiańskiej w Meksyku‚ by prowadzić badania. Szymon często zwraca jej uwagę na próbach‚ bo gada. - On jest najpoważniejszy. Podczas czterodniowych warsztatów w Żdżarach w trakcie kolacji opowiadałam coś koleżankom. Szymon‚ choć siedział przy innym stole, nagle wstał i głośno mnie upomniał: " Zocha‚ czy ty coś zjadłaś?"
- Mezzosopran to głos najbardziej rozrywkowy i rozchichotany. Mezzo wyjątkowo przeszkadzają na próbach - zauważa Basia Brzęczek. - Wymaga się od nas zdecydowanie więcej, niż się nam poświęca uwagi - usprawiedliwia się Kasia Boniecka‚ mezzo.

W sopranach jest dużo komet
Najwięcej jest sopranów. 24 kobiety. - Jesteśmy najmniej zdyscyplinowane w całym chórze. Partia najwyższa w śpiewie jest najłatwiejsza do wychwycenia, więc wielu z nas się wydaje‚ że wszystko już umieją i nie przychodzą na próby regularnie. To w sopranach jest najwięcej "komet"‚ osób znikających na długo i potem nagle powracających - opowiada Basia Brzęczek. - Na sopranach spoczywa chyba największa odpowiedzialność. Melodię, którą słuchacz zapamiętuje, śpiewają właśnie one - mówi Marta Ślifirska‚ alt. Zdarza się‚ że Szymon nowych przydziela do sopranów tylko po to, aby się rozśpiewali. Tak było z Anią Litkie‚ dzisiaj występującą w mezzosopranach. - Kiedy przyszłam pierwszy raz i Szymon spytał, jakie są moje doświadczenia ze śpiewaniem‚ powiedziałam: "traumatyczne". A on kazał mi stanąć między sopranami i śpiewać. Śpiewałam i czułam, jak wychodzę z siebie‚ jak rosnę. Uwierzyłam‚ że mogę śpiewać i Szymon przeniósł mnie do mezzo‚ które kocham - opowiada Ania Litkie.

Ukłuć dźwięk
Próby chóru odbywają się dwa razy w tygodniu w Klubie Garnizonowym na ul. Niepodległości w Warszawie. Rozgrzewkę ciała prowadzi Ania Litkie. Chórzyści się przeginają‚ wykonują skręty‚ masują skronie. Potem Bela, czyli Małgorzata Krynicka, rozgrzewa głosy. - Szymona spotkałam w pociągu. Pomógł mi położyć na półce ciężki plecak. Powiedziałam mu‚ że kończę studiować polonistykę, ale marzę o dyrygenturze chóralnej. I tak się znalazłam w chórze - opowiada Małgosia‚ dziś studentka Akademii Muzycznej w Szczecinie. - Mi mi mi mi - śpiewają. Właściwa próba zaczyna się, kiedy staje przed nimi Szymon. Wyciągają nuty. Uśmiechnięte szeroko twarze mezzosopranów i poważne‚ skupione alty. - Cały czas się lenisz mięśniowo! - zwraca uwagę Szymon. - Daj mi zatrzymać ten pociąg! Ukłuj ten dźwięk! Uderz! Nie ciągnij! Ale nie oddychajcie co dwie nuty, panowie! - upomina Szymon. - Alty są biedne‚ bo śpiewają partię tenorową‚ dla nich za niską i do tego muszą się przedzierać przez soprany i mezzo, których jest dużo. Dlatego są takie skupione - tłumaczy Basia Brzęczek‚ sopran. - Czasem trzeba zaśpiewać solo‚ wtedy trema jest straszliwa. Gardło się zaciska. Zdajemy sobie sprawę z tego‚ że mamy wielkie ograniczenia słuchowe i głosowe. Jeśli człowiek w pokorze przyjmuje‚ że nie umie, ale próbuje‚ bo inni też się starają‚ to się jakoś udaje. Do tego Szymon jest uparty -mówi Jacek Szaryński‚ bas. - Niektórzy z nas mogliby być jego rodzicami, a nawet dziadkami‚ są ludzie na stanowiskach‚ a poddajemy mu się jak potulne baranki. Stajemy się materią, z której on tworzy, i to sprawia nam przyjemność - opowiada Boguś Bielecki. Każdy nowy utwór zdaje się być chaosem dźwięków. Większość chórzystów jest przekonana‚ że nie da się go zaśpiewać. Ale Szymon powoli realizuje swój plan. Po kilku miesiącach pracy każdy rozumie utwór co do jednej nuty. - Odkrywanie z Szymonem piękna jest wielkim przeżyciem - mówi Jacek Szaryński.

Strzelić sobie w łeb albo śpiewać
Gdy trafiłem do chóru, byłem na zakręcie życiowym. Straciłem pracę‚ spadłem z wysokiego stołka i okazało się‚ że dla kogoś w moim wieku nie ma miejsca w branży. Mogłem jedynie pracować poniżej moich ambicji i umiejętności. Czułem się źle. Na imieninach przyjaciela usłyszałem o chórze i że brakuje w nim głosów męskich. Pomyślałem sobie: albo strzelę sobie w łeb‚ albo zacznę śpiewać. Gdybym wcześniej miał wypisać sto swoich największych marzeń‚ nie byłoby wśród nich śpiewania w chórze. Na początku po prostu urzekła mnie osobowość dyrygenta. Ale mimo to przez kilka miesięcy za każdym razem się zastanawiałem, czy iść na próbę. Przyczyn było dość: nie wychodzi mi‚ to mnie frustruje‚ kompromituje‚ wywołuje wstyd. Ale śpiewając, przestawałem myśleć o sobie. Odpoczywałem‚ oddychałem swobodnie - opowiada Jacek Szaryński.
- Czuję‚ że się rozwijam i że mam grupę przyjaciół. Odkryłam‚ że jeden problem może mieć kilka rozwiązań i wszystkie równie dobre‚ że warto słuchać‚ przemyśleć, a nie upierać się przy swoim - mówi Zosia Piotrowska. Ania Litkie dzięki Allegrazza uwierzyła‚ że niemożliwe jest możliwe i w wieku lat 43 nauczyła się pływać. Marta Fikus‚ alt, przełamała wstyd i nieśmiałość - Nauczyłam się także panować nad oddychaniem i jestem coraz lepszą pływaczką - opowiada. - Jak z siebie wyrzucisz emocje, to stajesz się bardziej otwarta - osiągasz luźny stan psychiczny‚ czujesz ulgę. Odnalazłam także swój własny głos i był to niesamowity moment. Znalazłam coś tak bardzo własnego w sobie samej i to jest moje - mówi Ela Giemza‚ sopran. Marta Ślifirska‚ alt, uczy się oddawania odpowiedzialności w cudze ręce - w ręce Szymona i innych chórzystów. - Mój mąż mówi‚ że odkąd śpiewam, jestem cierpliwsza i bardziej opanowana. Coraz mniej obawiam się porażki - opowiada Małgosia Polak‚ alt. - Zwykle to chórmistrz zbiera zespół. A u nas było odwrotnie. Utworzyła się grupa i poszukała chórmistrza. To przesądziło o specyfice tego zespołu i stanowi o jego sile - mówi Szymon Wyrzykowski. Chórzystom wciąż przypomina: - Jesteśmy kolorową‚ różnorodną grupą. Nie pozwólcie, żebyśmy się sobą znudzili‚ żebyśmy stali się chórem zawodowym. Perfekcja przyjdzie z czasem‚ duszę musimy pielęgnować.
Rzeczpospolita

Thursday, 20 July 2006

Gra z etykietą


Kilku mężczyzn z Rajszewa brodzi po stawach i wyławia zabłąkane piłki golfowe. Sprzedają je w woreczkach przy drodze na pole, kilkanaście złotych taniej niż w sklepie. - Czysty interes - opowiada Antoni Nieścioruk‚ starter, odpowiedzialny za kolejność graczy przy pierwszym dołku.

Pole golfowe w Rajszewie koło Warszawy. 63 ha ziemi‚ w tym 14 ha zalanych wodą‚ 18 dołków. Szumią zarośla nad stawami‚ gdzieniegdzie wiją się rowy z piachem, czyli bunkry. Małe białe chorągiewki strzegą dołków. Na horyzoncie golfiści mkną białym meleksem w poszukiwaniu swojej piłki. Jolanty Raczkiewicz w czerwonej koszulce polo trudno nie zauważyć. Razem z mężem są przy czwartym dołku. - Siła nie ma tu znaczenia. Trzeba opanować technikę i można grać w każdym wieku. W Arizonie‚ gdzie są moim zdaniem najpiękniejsze pola golfowe‚ grają dziewięćdziesięciolatkowie - opowiada Maciej Raczkiewicz. Jolanta żartuje, że gra, by być blisko męża. Kobiety rzadko uprawiają ten sport, a my przy dziewiątym dołku spotykamy już drugą. Helena Miedler-Szlagowska gra z mężem Janem od 20 lat. - Nawet w Egipcie znaleźliśmy pole golfowe. Arab wiózł nas dwieście kilometrów przez pustynię‚ za dwieście dolarów od osoby i pięćdziesiąt za wózek z kijami - opowiada. To cena postawienia sobie "zadania intelektualnego", bo za takie jej mąż uważa golf. Po zdobyciu dziewiątego dołka odpoczną w cieniu drzewa: kanapki‚ banany i chłodne napoje. Większość graczy porusza się po polu piechotą. Dziewięć kilometrów dzielące pierwszy dołek od ostatniego pokonują zazwyczaj w czasie do pięciu godzin. Robert Puzio wędruje po polu golfowym z synami: trzynastoletnim Piotrem i szesnastoletnim Bartkiem. Komplet 14 kijów ciągną za sobą na wózku. - Wybraliśmy golfa, bo to nie tylko sport, ale i styl życia‚ który bardzo nam odpowiada - mówi ojciec. -W tej grze trzeba być dżentelmenem‚ zachowywać się odpowiednio. Ważna jest uczciwość. Gdy na przykład podczas zawodów graczowi zginie piłka, etykieta nakazuje, by przeciwnicy pomogli mu jej szukać. Za utratę piłki grozi punkt karny - opowiada Robert Puzio.
Jak najmniej uderzeń
-W golfie chodzi o to, aby wrzucić piłkę do wszystkich dołków, uderzając ją kijem jak najmniej razy - tłumaczy Marcin Moś‚ trener golfa. Jeśli przejdzie się całe pole, uderzając 71 razy, jest się wyśmienitym golfistą‚ 85 razy - dobrym. Ale 100 uderzeń to też niezły wynik. "Dołek" oznacza i dołek, i trasę, którą należy do niego przebyć. Rozgrywka zaczyna się na małym placyku, zwanym tee‚ na początku wędrówki do dołka nr 1. Tu szczególnie trawa jest aksamitna w dotyku, wręcz idealna. - Kosimy ją w tym miejscu codziennie‚ tak by wciąż miała cztery milimetry wysokości. Tylko w poniedziałki dajemy jej odpocząć. Jest też obficie podlewana i nawożona. Kiedy na tee byłoby źle, dalej też nic by z gry nie wyszło - wyjaśnia Krzysztof Szafrański‚ head green keeper, czyli szef siedmiu ludzi odpowiadających na tutejszym polu za pielęgnację i koszenie trawy, w Rajszewie od 14 lat.
-Strój golfisty to najczęściej koszulka polo‚ wygodne spodnie i specjalne buty - Marcin Moś zwraca uwagę na swoje obuwie. - Są nieprzemakalne i mają w podeszwie grube wypustki‚ które zapobiegają ślizganiu się na trawie - opowiada. Jak się okazuje, "wygodne spodnie" nie oznaczają dżinsów. Te są wręcz zabronione. Przede wszystkim jednak golfista w każdej sytuacji powinien zachować spokój i opanowanie. Łamanie kijów w złości jest bardzo źle widziane. - Każdy kij golfowy jest inny i ma inne zastosowanie. Do tego, by posłać piłkę hen daleko‚ na odległość czterystu metrów, służy kij najgrubszy, tzw. wood. Innych kijów używa się do uderzania na mniejsze odległości, w zależności od tego, pod jakim kątem uderzamy - opowiada trener. Początkujący gracze ćwiczą na tzw. driving range - niewielkiej przestrzeni do tego wyznaczonej. To także miejsce na golfową rozgrzewkę. Aby grać na polu, trzeba zdać egzamin i zdobyć tzw. zieloną kartę. Dzięki temu nikt nie musi bać się okrzyku "fore!" - ostrzeżenia, że stoi na linii przelotu piłki i może nią być uderzony. W Polsce pełnowymiarowych pól golfowych jest 13 i sport ten jest dość drogi. W Rajszewie jedna runda golfa kosztuje 100 - 300 złotych‚ zależnie od dnia i godziny. -W Hiszpanii, między Barceloną a Gibraltarem, pól golfowych jest około setki. W Wiedniu nawet dozorca może grać w golfa‚ bo to nie jest wcale drogi sport. W Anglii emeryci płacą za partyjkę pięć funtów‚ w Stanach są pola za pięć dolarów - mówi Helena Miedler-Szlagowska.
Albo relaks, albo sport
W Polsce w golfa gra 7 - 8 tysięcy osób‚ zazwyczaj są to mężczyźni. Elżbieta Panas‚ z wykształcenia aktorka, pierwszy raz zobaczyła grę w golfa w telewizji‚ 14 lat temu. Kupiła podstawowy zestaw siedmiu kijów i zaczęła się uczyć. Dziś ma jeden z najlepszych handicapów wśród kobiet: 12. Co to oznacza? - Handicap to liczba określająca umiejętności gracza. Im niższy handicap, tym lepiej. Kobiety rozpoczynające grę dostają handicap 40‚ mężczyźni 36. Gracze zawodowi nie dostają żadnego. Służy wyrównaniu szans w rozgrywkach amatorskich - wyjaśnia Elżbieta. W zeszłym roku na turniejach kobiet pojawiła się Martyna Mierzwa‚ szesnastolatka, i ma handicap 9. - Golf to walka z samym sobą. Uczy pokory‚ precyzji‚ wytrwałości. Czasem wydaje ci się‚ że umiesz wszystko‚ ale zmienia się pogoda i okazuje się‚ że umiesz niewiele - mówiąc to, Elżbieta Panas uderza kijem w piłeczkę i wysyła ją na odległość ponad 300 m. - Są gracze‚ którzy potrafią pokonać pięćset metrów dwoma uderzeniami‚ przy czym drugim wrzucają piłkę do dołka z odległości ponad stu metrów. To jest sztuka - opowiada.
Trzynastoletni Piotrek Puzio w ciągu roku obniżył swój handicap do poziomu 18‚8‚ a jego brat do 27‚2. Właśnie przygotowują się do mistrzostw Polski juniorów. - Kiedyś przeczytałem sentencję o golfie‚ która wydaje mi się trafna: "Kiedy to oglądasz, to jest zabawa. Kiedy w to grasz‚ to jest relaks. Ale kiedy pracujesz nad tym, to jest golf" - mówi Bartek Puzio.
Rzeczpospolita

Wednesday, 14 June 2006

Panie z budowy


Spacerując po mieście, wolą przyglądać się nowym inwestycjom niż wystawom sklepowym. Nieprzemijalność kojarzą raczej z trwałością gmachu niż nową technologią kremów. I nie tracą przy tym nic na kobiecości

Teresa Gierada jest kierownikiem kontraktu budów w Mostostalu. Pracę w branży zaczynała w latach 70. Z jej udziałem wybudowano między innymi: most Grota-Roweckiego (przestawili niechcący dwa przęsła‚ ale to nie szkodzi‚ nikt dotąd nie zauważył)‚ budynek Uniwersum na skrzyżowaniu ulic Gagarina i Belwederskiej (to jej pierwsza praca)‚ basen Warszawianka‚ niebieską kładkę nad ul. Czerniakowską‚ komin w Ożarowie i kompostownię w Radiowie. Marzena Kowalczyk od 7 lat jest dyrektorem zespołu handlowców w firmie TeknoAmerBlok, produkującej materiały konstrukcyjne i elewacyjne oraz kostkę brukową. Ich produkty wykorzystano m.in. do budowy CH Arkadia‚ Galerii Mokotów‚ osiedla Eko Park. Anna Zajbert zajmuje się leasingiem powierzchni biurowych i handlowych inwestycji Złote Tarasy w centrum Warszawy. Wcześniej "urządziła" Galerię Mokotów. Małgorzata Benedek jest architektem. Wraz z Witoldem Benedekiem i Krystyną Szypulską zaprojektowała budynek Wydziału Prawa UW przy ul. Oboźnej oraz jego wnętrza. Obiekt‚ który wygrał plebiscyt na najbardziej lubiany przez mieszkańców Warszawy budynek użyteczności publicznej. - Jak już jakaś kobieta zaczyna pracę w budownictwie, to na ogół pracuje bardzo dobrze. Do tego trzeba mieć predyspozycje‚ trzeba to umieć polubić - komentuje Jerzy Zienkiewicz‚ dyrektor firmy PMI‚ zajmującej się nadzorem budowlanym.
- Budownictwo to specyficzne środowisko. Zdarzają się tzw. prości ludzie‚ z którymi porozumieć się nie jest łatwo. Ale według mnie kobiety coraz rzadziej spotykają się z oznakami lekceważenia czy nieufności. Bywają świetnymi fachowcami - opowiada Leszek Zielaśkiewicz‚ dyrektor do spraw inwestycji z Warbudu. Jakie są kobiety z budowy?

Sprytem i zaufaniem
Skrzyżowanie ulicy Towarowej z Prostą. Przede mną dwa szare‚ betonowe szkielety‚ fachowo "budynki w stanie surowym"‚ dwa dźwigi‚ a "w"‚ "na" i "za" nimi kilkudziesięciu mężczyzn w żółtych kaskach. Jak tu znaleźć kierownika? - zastanawiam się. Telefonuję. Dzięki precyzyjnym wskazówkom osoby odpowiedzialnej za ten budowlany miszmasz docieram do małego budynku z tyłu. Za wielkim‚ czarnym biurkiem‚ siedzi inżynier Teresa Gierada, drobna blondynka: kierownik kontraktu budów Mostostalu‚ głównego wykonawcy. Nie jest tu jedyną kobietą. Ale jej asystentka akurat choruje. Mężczyzn w tej chwili jest około 60‚ z tym że podczas prac wykończeniowych będzie ich co najmniej dwa razy więcej. - Spodziewałem się prawdziwej herod-baby‚ a tu takie chucherko jak ty przysłali - powiedział jej kiedyś inżynier Jerzy Bogaczyk‚ budowlaniec z mostu Grota-Roweckiego‚ gdzie kierowała pracami. Szybko przekonał się‚ że nie postura i siła głosu są najważniejsze. - Staram się postępować zgodnie z planem. Kiedy coś trzeba zrobić‚ to robię i wymagam tego od innych - mówi Teresa. Do Mostostalu trafiła tuż po studiach. Od razu na głęboką wodę. - Budynek księgarni Uniwersum miał niezwykle trudną konstrukcję aluminiową‚ zaprojektowaną na granicy wytrzymałości materiału. Znałam ją tylko z książek. Musiałam nie tylko zaufać swoim fachowcom‚ ale wykazać się sprytem i wyczuciem. Gdy brygadier zgłaszał mi problem‚ pytałam: "No‚ a jak by pan go rozwiązał?". Jeśli czułam‚ że jego pomysł jest dobry‚ dorzucałam to i owo od siebie i pracowaliśmy dalej. Dodaliśmy wsporniki i dom stoi do dziś. Zdobył nawet tytuł Mistera Warszawy - opowiada Teresa.

Fachowością
Kobieta wśród osób bezpośrednio nadzorujących prace budowlane to prawdziwy rarytas. - Kiedyś w górach podszedł do mnie mężczyzna i zaczął witać entuzjastycznie. "Pamięta mnie pani?" - pytał. "Oczywiście‚ oczywiście" - odpowiedziałam‚ bo jego twarz rzeczywiście wydawała mi się znajoma. Dopiero potem uświadomiłam sobie‚ że pracowałam z nim 20 lat wcześniej. Dlaczego zapamiętał mnie tak dobrze? Może byłam jedyną kobietą, jaką spotkał w pracy? - śmieje się Teresa. - Cały czas szukamy inżynierów budowy‚ możliwości pracy są. Ale kiedy proponujemy kobietom stanowiska związane z pracą na budowie, na ogół słyszymy: "Nie‚ nie‚ dziękuję". Nawet jeśli któraś się zgodzi‚ to popracuje trzy miesiące i ucieka do biura - opowiada Jerzy Zienkiewicz‚ którego firma kilka razy nadzorowała budowę prowadzoną przez Teresę. - Ta praca męczy nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Trzeba chodzić po budowie‚ dozorować‚ doglądać bez względu na to, czy pada deszcz, czy śnieg. Wiadomo, że od tego tusz na rzęsach się rozmazuje - kwituje Zienkiewicz. Teresa zapewnia‚ że w jej obecności pracownicy nawet nie klną‚ rzadko kiedy podnoszą głos. - Myślę, że to stąd się bierze, że staram się zwracać do nich kulturalnie i być fair - mówi. - Kobiety łagodzą obyczaje na placu budowy. Mężczyźni przy nich trochę się hamują. Zwłaszcza jeśli ta kobieta jest prawdziwym fachowcem i ma autorytet jak pani Teresa - przyznaje Zienkiewicz.

Poważnym wrażeniem
Marzena Kowalczyk zawsze uważnie patrzy pod nogi. Widzi tam więcej niż inni. Na przykład kostkę brukową classic - rzadką‚ bo już niemodną. Teraz na topie są starobruki‚ ale Marzena woli klasyczną. - Lubię prostotę - tłumaczy. Kiedy proszę o wyjaśnienie‚ czym są pustaki konstrukcyjne i elewacyjne, Marzena od razu rysuje je na kartce. Mówi bardzo szybko‚ krótko i zwięźle wyjaśnia‚ dlaczego produkty jej firmy są najbardziej przydatne. - Uwielbiam spotkania z klientami‚ ale nie w restauracji, tylko u nich w biurze‚ w domu‚ na budowie - mówi. Dużo jeździ. Najchętniej samochodami z mocnym silnikiem. Prezes‚ gdy miała dostać samochód służbowy, powiedział jej: "Kup sobie‚ co ci się podoba". Wybrała czarnego opla kombi‚ bo "robi poważne wrażenie". - Handlowiec to specyficzny typ człowieka. Widać to w moim zespole. Sześciu mężczyzn‚ a każdy z nich komunikatywny‚ elokwentny‚ elastyczny. I każdy potrafi wyczuć‚ kiedy lepiej być cicho - opowiada Marzena. To‚ że jej klientami zazwyczaj są mężczyźni, nie ma żadnego znaczenia. Wolny czas spędza z synem‚ Przemkiem. Gdy wiezie go przez miasto, pokazuje mu inwestycje wykończone produktami‚ które sprzedaje. To największa przyjemność. - Według mnie kobiety są bardziej konsekwentne i mniej elastyczne w negocjacjach niż mężczyźni. Kiedy mają jakiś plan do zrealizowania, to ciężko je przekonać do zmiany. Pani Marzena też taka jest. Pracowaliśmy razem dość długi czas i nie było łatwo ją przekonać do ustępstw - mówi Leszek Zielaśkiewicz z Warbudu.

Dobrą organizacją
Na ekranie wiszącym na ścianie non stop widać trójwymiarową prezentację Złotych Tarasów. Po oszklonych wnętrzach przechadzają się komputerowo zaprojektowani ludzie. - Podoba mi się w tym projekcie to‚ że w przeciwieństwie do innych centrów handlowych tutaj będzie bardzo dużo światła dziennego - opowiada Anna Zajbert‚ leasing menedżer inwestycji. Zalety i wady Tarasów opisywała już około 300 razy 300 klientom. Zazwyczaj mężczyznom. - Czasem wchodzę na spotkanie i odnoszę wrażenie‚ że klienci są rozczarowani, widząc kobietę. Jakby wydawało im się‚ że wygodniej rozmawiać z facetem. Że łatwiej wtedy być twardym i nieustępliwym‚ jakby z kobietą nie dało się konkretnie rozmawiać - opowiada Anna. - Ale to mnie nie zbija z tropu. Zawsze jestem dobrze przygotowana i wiem‚ czego chcę. Nie oczekuję‚ że będę traktowana łagodniej‚ nie kokietuję. Mija kilka minut i obawy znikają. Stajemy się partnerami.
Pracę organizuje tak‚ żeby nie zostawać po godzinach. Co drugi dzień chodzi na basen. - Pływam kraulem‚ bo to najzdrowiej na kręgosłup. Ostatnio z przyjemnością sadzę roślinki‚ ale już na swoim‚ domowym tarasie - opowiada. - Mężczyźni lubią umawiać się wieczorem i przy drinku czy dobrym jedzeniu negocjować kontrakty. A ja tego nie lubię. Do restauracji chodzę z moim chłopakiem czy z przyjaciółmi - tłumaczy. - Ania potrafi wymagać od innych‚ kierować ludźmi‚ rozwiązywać sytuacje konfliktowe‚ organizować pracę. Dlatego jest właściwą osobą na właściwym miejscu - ocenia prawnik Paweł Zagajewski‚ jej współpracownik.

Uporem
Małgorzata Benedek przez 12 lat uczyła się grać na fortepianie. Ale do tego, by być pianistą, trzeba lubić ujawniać swoje emocje. Tymczasem Małgorzata woli tworzyć przestrzeń‚ w której inni będą dobrze się czuli. - Architektura w decydujący sposób wpływa na nasze otoczenie, nasze samopoczucie i rozwój. Kształtuje nasze poczucie piękna - tłumaczy delikatnym‚ niemal dziewczęcym głosem. Idziemy pod budynek na Oboźnej‚ który współprojektowała. Gmach sprawia wrażenie, jakby stał tu od zawsze (to podobno dla Małgorzaty największy komplement). Widzę rzeźbione gzymsy‚ murek z piaskowca przy wejściu i ławeczki dla studentów‚ na których jej bardzo zależało. Detali jest bardzo dużo: delikatne załamania‚ meandry‚ labirynty‚ żłobienia‚ rzeźbienia‚ uskoki. Podczas budowy ćwiczyła konsekwencję. Wykonawcy, patrząc na niektóre elementy, z powątpiewaniem pytali: A to musi być?. Bo wydawało im się niepraktyczne‚ zbędne. Na przykład "labirynty" - marmurowe zawijaski na ścianach. Małgosia mówiła krótko: Musi. I wszystkie zostały. Może nie są praktyczne‚ ale tworzą klimat‚ dodają lekkości. - Prawdziwą bitwę stoczyliśmy o zachowanie podziałów kamienia na elewacjach i we wnętrzach. Miały subtelnie nawiązywać do tradycyjnych układów, jednak z uwzględnieniem indywidualnego detalu. Podziały miały być węższe od poziomych i zachować niesymetryczne przesunięcie. Musiałam też bardzo pilnować wykończeń przy framugach drzwi. Zamiast często stosowanych tzw. ćwierćwałków chciałam, by montowano tam kąty proste‚ charakterystyczne dla współczesnych‚ nowoczesnych wnętrz - opowiada. Udało się. I jest współcześnie. - Pamiętam, kiedy pani Małgosia przyszła na budowę i zobaczyła ścianę, na której ktoś zamontował akurat wyjątkowo brzydką‚ wadliwą płytę kamienną. W jej oczach stanęły łzy‚ że ktoś tak zepsuł tę ścianę. Od razu obiecałem‚ że zaraz to zdejmiemy i poprawimy - opowiada Janusz Wiśniewski‚ odpowiedzialny za nadzorowanie budowy Wydziału Prawa UW. - W zawodzie architekta ważne jest przede wszystkim poczucie piękna‚ harmonii - uważa.

W tempie
Teresa dwa‚ trzy razy dziennie przechodzi po budowie. Sprawdza‚ czy wszystko idzie zgodnie z harmonogramem‚ czy jest bezpiecznie - na przykład czy ktoś komuś nie pracuje nad głową. Kiedy jedna ekipa opuszcza plac‚ druga wchodzi. Dźwig nie może stać bezczynnie. Czas to pieniądz. - Jak raz dobrze się to wszystko zaplanuje, potem już samo się toczy. I tylko trzeba sprawdzać, czy tempo jest właściwe - tłumaczy Teresa.
Mówi‚ że kobiecie na budowie czasem nawet łatwiej coś załatwić niż mężczyźnie. Wiadomo: trochę wdzięku‚ uśmiech robią swoje. Ale nie zawsze jest miło. - Zdarza się‚ że mężczyźni próbują mnie lekceważyć ze względu na płeć. Aby zarabiać tyle co koledzy na identycznych stanowiskach‚ muszę umieć dwa razy więcej i pracować dwa razy ciężej niż oni. A kiedyś było inaczej - mówi. - Może kiedyś mężczyźni byli mniej sfrustrowani? Bo ci‚ którzy znają swoją wartość‚ czują się docenieni i szanują kobietę jako fachowca‚ traktują ją poważnie. Potrafią też przyznać się do błędu. Natomiast mężczyźni niedocenieni i sfrustrowani potrzebują się wyżyć‚ pokazać swoją wyższość‚ udowodnić‚ że są kimś. Z takimi pracuje się bardzo trudno. Sama wychowuje piętnastoletnią córkę. Dlaczego sama, skoro tylu mężczyzn dookoła? - No może właśnie dlatego - żartuje. Mężczyzn, ma dość.

Rzeczpospolita

Friday, 2 June 2006

Porachunki w sieci


Donos na niewiernego kochanka, skarga na nieuczciwego pracodawcę, ostrzeżenie przed oszustem. Wszystko to można znaleźć w Internecie. Ale to broń obosieczna - ludzie uczciwi często dowiadują się o sobie, że kogoś oszukali. Tasha Joseph uważa, że prowadzona przez nią strona internetowa wpłynie na zachowanie mężczyzn w związkach z kobietami Zranione kobiety ostrzegają się przed nieuczciwymi partnerami W USA setki nazwisk znalazły się na liście nielubianych nauczycieli

Prawdopodobnie nie znasz Adama Austina z Denver. Otwórz internetowy serwis www.dontdatehimgirl.com. Zobaczysz jego zdjęcie i dowiesz się, dlaczego każda rozsądna dziewczyna powinna unikać go jak ognia. Jak donosi (anonimowo) była dziewczyna Adama, chłopak jest słodki i robi wrażenie zaangażowanego w związek. Sęk w tym, że jego ulubiona rozrywka to heroina. Była dziewczyna demaskuje go na www.dontdatehimgirl.com: ciemnoskóry, pulchny dwudziestokilkulatek jest kłamcą, który spotyka się z dwiema kobietami równocześnie.
Na stronach serwisu dontdatehimgirl.com prawie cztery tysiące kobiet, m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Kanady, ostrzega przed bigamistami, złodziejami, uwodzicielami, roznosicielami chorób wenerycznych i wirusa HIV. Przy większości opisów zdjęcia. Obok detale: miejsce zamieszkania, sytuacja rodzinna, wymiary, stan zdrowia, poglądy na antykoncepcję. Stronę internetową odwiedza codziennie ponad 12 tysięcy osób. Tyle osób chce czytać o Adamie i jemu podobnych.

Rozczarowane i złe
Serwis działa od roku. Założyła go trzydziestoletnia specjalistka public relations i dziennikarka Tasha C. Joseph. Według niej Internet nie podlega tym samym prawom co gazety, telewizja czy radio. A informacje z serwisu nie są elektronicznym donosem.
- Utrata prywatności i zaklasyfikowanie do grona facetów, którymi nie warto się interesować? To tylko konsekwencja zdradzenia kobiety. Myślę, że moja strona może wpłynąć na zachowanie mężczyzn w związkach - uważa Tasha Joseph.
Tak, odbiera telefony od mężczyzn, którzy czują się dotknięci wpisem na swój temat (numer telefonu znajduje się na stronie). - Każdy może zamieścić sprostowanie, swoją wersję wydarzeń, obok ostrzeżenia - zapewnia szefowa serwisu.
Sprawdzam: na stronie męskich komentarzy nie widać.
Skąd pewność, że byłe narzeczone nie kłamią? To nie pewność, to kwestia zaufania. Tasha wierzy, że większość klientek jej serwisu nie kłamie.
- Ponieważ zostały zdradzone, są rozczarowane, smutne lub złe. Myślę, że piszą prawdziwie i szczerze. Chcą ostrzec inne kobiety przed niebezpieczeństwem - mówi Tasha.
Serwis dontdatehimgirl.com to tylko jedno z miejsc w sieci, gdzie można zamieszczać oceny, komentarze, ostrzeżenia. W kilku serwisach każdy (jeśli zna angielski) może umieścić informacje o znajomych, sąsiadach. Ujawnić ich dane, dokleić zdjęcie. Przykład? Choćby ratemyteachers.com - gdzie można opisać i skrytykować nauczyciela, cheaternews.com - z nazwiskami mężczyzn, którzy "kłamią i ranią", greatboyfriends.com - w którym matki, siostry i byłe dziewczyny polecają kandydatów na mężów i kochanków. W przygotowaniu jest serwis dontdateherboy.com, w którym mężczyźni opisywać będą nieuczciwe kochanki.
Serwisy z donosami rosną w siłę. Stronę Tashy można już czytać po francusku, hiszpańsku i portugalsku. Kiedy po polsku? Tasha jeszcze nie wie, ale nie ma nic przeciwko temu.

Oszust w zakonie
W polskim Internecie nie ma spisu uwodzicieli i niewiernych mężów. Polacy wolą się ekscytować prawem i gospodarką: mamy czarną listę dłużników, czarną listę policjantów, sędziów i prokuratorów (publikowane z serwera amerykańskiego), kilka list niegodnych zaufania polityków. Do tego spis produktów genetycznie modyfikowanych, kiepskich stacji benzynowych, fatalnych firm budowlanych, nieuczciwych pracodawców, handlowców i nierzetelnych sklepów on-line.
Od czterech lat działa internetowe forum "Nieuczciwość w Internecie" - świetne źródło dla kogoś, kto szuka informacji o nieuczciwych użytkownikach aukcji internetowych i oszustach grasujących w sieci.
Polacy ostrzegają się też na zwykłych, internetowych forach. Tam najłatwiej znaleźć ostrzeżenia publikowane przez pojedyncze osoby w sprawie pojedynczych oszustów.
Maciek Cichocki, 25-letni informatyk, na wewnętrznych listach dyskusyjnych Politechniki Warszawskiej demaskuje byłego pracodawcę: "(...) W Warszawie działa pewien oszust, który poszukuje grafika od zaraz. Daje pracę polegającą na składaniu książek (...). Obiecuje dużą kasę i umowę, ale to bajdy (...). Piszę o tym, aby ostrzec jak najwięcej osób. Nie róbcie nic dla tego człowieka". Tu - imię, nazwisko, numer telefonu. Żeby łatwiej rozpoznać oszusta, Cichocki w załączniku dodaje fragment jego głosu, który nagrał przez telefon. "Załączę zdjęcie, jeśli uda mi się frajera sfotografować. Nie dajcie się nabrać frajerowi. Ostrzeżcie wszystkich swoich znajomych, żeby już nikt temu badziewiarzowi nic nie zrobił (no chyba, że w mordę mu da)" - alarmuje.
Za ostrzeganie w sieci przed oszustami wzięli się nawet księża. W portalu zgromadzeń zakonnych vitaconsecrata.friko.pl znajduję ogłoszenie: "Uwaga, oszust i złodziej! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! W obecnym czasie jeździ po zgromadzeniach zakonnych młody mężczyzna udający kandydata, który kradnie telefony komórkowe, przenośne komputery, pieniądze i dokumenty. (...) Sprawia wrażenie delikatnego, dobrze ułożonego, a jego wypowiedzi są spójne. Potrafi wzbudzić zaufanie. Wcześniej dzwoni z pytaniem, czy może pomieszkać kilka dni i uczestniczyć w życiu wspólnoty, gdyż jest zainteresowany wstąpieniem do zgromadzenia. Dzień przed terminem odjazdu bezczelnie okrada wspólnotę, która okazała mu zainteresowanie i wyświadczyła wszelkie dobro, i odjeżdża w nieznanym kierunku" - napisał ojciec Kamil M. Kraciuk.

Lepiej pogadać z koleżanką
Na forach internetowych dla kobiet zamieszczam propozycję: zróbmy portal, opublikujmy informacje o nieuczciwych mężach. Odzew? Większość kobiet, które odpisują na moją propozycję, nie chce takiego forum. Tłumaczą: "Taka lista nikomu nic nie da, przecież kobieta, która jest zakochana, i tak nie uwierzy w to, co piszą o jej nowym chłopaku". "Ostrzeżenia traktowane będą jak twórczość niewyżytych, zawiedzionych pokrak, które nie mają gdzie się wypłakać i wyżalić". "Trudno pisać o facecie, nie pisząc o sobie - wszyscy znajomi zaraz się domyślą, kto to pisze i będzie obciach". "Lepiej pogadać z koleżanką" - radzi mi życzliwie jedna z użytkowniczek portalu.
Zostaję pouczona: jeśli nie chcę paść ofiarą faceta, zamiast organizować portal, muszę człowieka wcześniej dobrze poznać.
- Może to oznaka, że w Polsce małżeństwo traktuje się ciągle bardzo poważnie. Na Zachodzie z definicji małżeństwo zawiera się na próbę, jest bardziej eksperymentem, niż czymś, co ma przetrwać. Może dziewczyny z Internetu swoim zachowaniem mówią: "dajmy szansę mężom, nawet tym niewiernym" - zastanawia się profesor Wojciech Burszta, antropolog kultury ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Nie umawiaj się z nim, dziewczyno
Glos.com - internetowe forum dziennika "Głos Wielkopolski". Wieje nudą. Mało wątków przeradzasię w dyskusje, ale znajduję wyjątek. Wątek ma tytuł "Uwaga, oszust! Tylko dla kobiet!". Pod nim prawie dwieście wpisów. Wszystkie o Jakubie G., poznaniaku - jak piszą internautki - oszust i uwodziciel. Swoje ofiary wyłapuje w sieci. Uwodzi kobiety po trzydziestce, samotne, zamożne i spragnione miłości. Wiąże się z nimi, wykorzystuje i porzuca. Jakub G. to - według jednego z wątków -potwór: kłamie, manipuluje, łamie serca. Wcale nie jest tak dobry w łóżku, jak mu się wydaje. Forum kipi od wyzwisk, emocji i informacji.
Sprawdzam: Jakub G. rzeczywiście buszuje po sieci. Sposób na podryw: wpis "szukam kobiety odważnej i uczuciowej" i pseudonim "Milusi". Na zdjęciach: szczupły szatyn z bródką.
"Albertynka" była dziewczyną Jakuba G. przez dwa i pół roku. Pewnego dnia dowiedziała się, że nie tylko nie jest jedyną miłością jego życia, ale nawet niejedyną jego dziewczyną. - Mnie mówił, że jest emerytowanym żołnierzem GROM. Innym dziewczynom, że był w jednostce antyterrorystycznej albo w CBŚ. W rzeczywistości nie był w żadnym wojsku. Utrzymują go kobiety, które podrywa w Internecie - mówi "Albertynka".
Żadna z "ofiar" Jakuba G. nie ujawni prawdziwego imienia i nazwiska. Podobno zagroził im, że opublikuje w sieci kompromitujące zdjęcia i adresy tych, które mu się narażą.
Dlaczego kobiety tak dużo piszą o Jakubie G.? "To prywatna krucjata pokrzywdzonych - uważa "Małgorzata", znajoma Jakuba z sieci i czytelniczka forum. - Chciałabym, aby za wykorzystanie i zdradę była jakaś kara, ale na to nie ma paragrafów. Chociaż w ten sposób chcę go ukarać. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, jakim jest potworem" - pisze "Madga".

Wszystkim o wszystkim
Czy za kilka lat w Polsce deficytowym towarem staną się prywatność, anonimowość i intymność? Tak jest już w Stanach - uważa Liz Doup, amerykańska dziennikarka magazynu "The Sun Sentinel". W tekście "Myślisz, że twoje sekrety są bezpieczne? Pomyśl jeszcze raz" pisze: "Internet sprawił, że twoje prywatne życie przestaje być życiem prywatnym. Strony i serwisy internetowe mnożą się jak muszki owocówki, a twoja rodzina, przyjaciele i wrogowie mogą anonimowo paplać na twój temat z milionami ludzi na całym świecie".
Według Roberta Thompsona, profesora popkultury na Uniwersytecie w Syracuse, proces wyciągania osobistych informacji na światło dzienne rozpoczął się w USA już w latach 60. Wcześniej Amerykanie cenili skłonność do refleksji i kontemplacji, szacunek dla prywatności. Pamiętniki zamykane były na kluczyk. Dziś w Internecie trwa rywalizacja - ile osób czyta twojego bloga. Wszyscy mówią wszystkim o wszystkim. Wiemy o sobie coraz więcej i coraz szybciej i łatwiej zdobywamy informacje.Za wiedzę i wygodę trzeba jednak zapłacić utratą prywatności.
Liz Doup: "Myślicie, że to Internet jest odpowiedzialny za ataki na prywatność, intymność i anonimowość? Jesteście w błędzie. Internet tylko je ułatwił. Atakujemy my sami".

Przepraszam, to pomyłka
Małgosia Kowalczyk z Łodzi chciała kupić mieszkanie. Szukała oferty w Internecie. Trafiła na ogłoszenie: "Uwaga! Małgorzata Kowalczyk jest złodziejką. Przez trzy miesiące wynajmowała mieszkanie, z którego uciekła, nie płacąc czynszu i rachunków. Jest szatynką, ma ciemne oczy, numer telefonu, jaki podaje to (...). Pamiętajcie! Nie wynajmujcie tej osobie mieszkania!".
Ogłoszenie znalazła na forum dyskusyjnym kup/wynajmij/sprzedaj. - Tylko numer telefonu się nie zgadzał. I jeszcze to, że nigdy nic nie ukradłam - opowiada Małgosia, szatynka z ciemnymi oczami.
Zadzwoniła pod numer z ogłoszenia. Usłyszała: "Abonent czasowo niedostępny". Zadzwoniła także pod drugi numer - do Małgorzaty Kowalczyk z ogłoszenia - też bez rezultatu. Dzięki pomocy przyjaciół skontaktowała się z administratorem listy. Ogłoszenie zdjęto prawie natychmiast, jego twórca dostał zakaz korzystania z listy. Potem, przez kilka dni, z bijącym sercem Małgosia przeczesywała Internet w poszukiwaniu kolejnych "ostrzeżeń". Znalazła ich jeszcze pięć, wszystkie szybko usunęli administratorzy.
Nigdy nie udało jej się porozmawiać z "ostrzegającym". - Ogłoszenie zaszkodziło mi o tyle, że na tydzień lub dwa zaprzestałam poszukiwania mieszkania. Wstydziłam się przedstawić, bałam się, że ktoś na dźwięk mojego nazwiska powie: "O, Małgorzata Kowalczyk? Ta złodziejka?" - mówi Małgosia.
Także Jakub G. czuje się ofiarą donosu w sieci: - Zamieszczę pani opis, dodam kilka fot i niech mi pani wierzy, za trzy dni dowie się pani, kim pani jest naprawdę od ludzi, którzy pani nie znają, ale upierają się, że jest pani skończoną świnią.
Przyznaje, że forum skomplikowało mu życie: - Matka mojego syna wystąpiła do sądu o ograniczenie praw rodzicielskich. Mam problem z widywaniem dziecka.

Zawiedzione zaufanie
Każdy, kto na własną rękę publikuje informacje o kimś innym w sieci, musi się liczyć, że zostanie pozwany do sądu. - Nawet jeśli oskarżenia są słuszne, nie można ot, tak sobie, publikować imion i nazwisk złoczyńców. Znane są przypadki, że sprawcy zbrodni, przed ogłoszeniem wyroku w swojej sprawie, zaskarżali swoje ofiary lub ich rodziny o naruszenie dóbr osobistych właśnie z powodu ujawnienia ich nazwisk prasie podczas procesu - mówi Jerzy Naumann, adwokat.
Jest jednak wyjątek - kiedy osoba podejrzewana o oszustwo sama wcześniej upublicznia swoje dane w Internecie. - Gdyby panie z forum głos.com udowodniły Jakubowi G., że w nieuczciwych zamiarach działał w przestrzeni publicznej, jaką jest Internet, Jakub G. mógłby mieć kłopoty - uważa Naumann. - Człowiek ma prawo ufać drugiemu. Każdy, kto zostanie przyłapany na oszustwie w Internecie czy poza nim, powinien liczyć się z "klapsem".
Ci, którzy "ostrzegają" w sieci, mogą się powołać na prawo cywilne. - Nawet jeśli przestępstwo nie zostało potwierdzone prawomocnym wyrokiem, można zawsze powoływać się na działanie w imię wyższego dobra, a więc bardziej cennego niż dobra osobiste oszusta - tłumaczy adwokat. - Bo kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.
W niewoli ekshibicjonizmu
Osoby, które czują się pokrzywdzone wpisem na forum, mają prawo poprosić administratora strony, serwisu czy listy dyskusyjnej o zdjęcie wątków lub ogłoszeń naruszających ich godność. Jeśli administrator odmówi, można zarzucić mu przestępstwo cywilne, tzw. zaniechanie. Obowiązkiem administratorów jest pilnować, żeby w Internecie nie pojawiały się treści naruszające ustawę o ochronie dóbr osobistych i danych osobowych.
O wiele łatwiej jest umieścić "donos", który dotyczy tzw. osób publicznych. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka zasady ochrony dobrego imienia takich osób mają charakter znacznie bardziej liberalny niż ochrona osoby prywatnej.

Profesor Wojciech Burszta, antropolog: - Żyjemy w czasach ekshibicjonizmu. Granice tego, co wypada o sobie powiedzieć innym, przesuwają się, zacierają. Konsekwencje są takie, że każdy sam musi decydować o tym, co powie o sobie innym. Nie można zapominać o tym, że Internet dociera tylko do części naszego społeczeństwa. Mieszkańcy wsi nadal nie rozmawiają ze sobą o seksie i nie opowiadają publicznie o swoim intymnym pożyciu. A swoją drogą - granice tego, co wypada powiedzieć nawet w Internecie, na pewno wkrótce będą bardziej stabilne, to tylko kwestia czasu. W końcu zabraknie czytelników intymnych wyznań. Znudzą się po prostu.
Rzeczpospolita

Friday, 17 March 2006

Madzia od różańca

Nie Magda czy Magdalena, ale właśnie Madzia. Prowadzi modlitwę, której słucha ponad 120 tysięcy wiernych. Ikona Radia Maryja. Słuchacze nazywają ją świętą dziewczynką Madzia Buczek w każdą sobotę występuje jednocześnie w Radiu Maryja i Telewizji Trwam. Jej modlitwy słuchają tysiące wiernych. Dzieci z kółek różańcowych można zauważyć na nabożeństwach w kościołach całej Polski

Do niedawna Madzię Buczek znali tylko słuchacze Radia Maryja, widzowie Telewizji Trwam i ci, którzy przypadkiem natknęli się na jej program. Tak jak Kazimiera Szczuka, krytyk literatury, feministka.
O swoich wrażeniach po programie Szczuka opowiedziała u Kuby Wojewódzkiego na Polsacie. Od ponad dwóch tygodni fragment show Wojewódzkiego, w którym Szczuka parodiuje głos Madzi, krąży po Internecie.
Kazimiera Szczuka przeprosiła Madzię, tłumacząc, że nie miała pojęcia o jej poważnej chorobie. Ale i tak wybuchł skandal: katolicy oburzyli się - to gorszące. Niewłaściwe. Niekatolicy: bez przesady, w końcu jest wolność słowa.
Dziś nazwisko Madzi Buczek, dziewczyny przykutej do wózka inwalidzkiego, zna cała Polska. Piszą o niej wszyscy, od brukowców po "Nasz Dziennik". Pytanie, czy Szczuka skrzywdziła Madzię, stało się tematem felietonów, forów internetowych i programów w telewizji. Wczorajszy "Fakt" napisał: "To nie z Magdą coś jest nie tak. To Szczuka powinna udać się do specjalisty. Jeśli jakiś potrafi wyleczyć taki brak wrażliwości".
Madzia zaistniała w szerokiej, publicznej świadomości.

Gorąco pozdrawiam wszystkie dzieci
Czym są podwórkowe kółka różańcowe dzieci, w skrócie PKRD? Madzia tłumaczy na swojej stronie w Internecie: "To wielkie dzieło Matki Bożej, które tworzymy, powstało dzięki Dyrektorowi Radia Maryja, Ojcu Tadeuszowi Rydzykowi. W lipcu 1997 roku założyłam wraz z trójką dzieci pierwsze koło na swoim podwórku. Ojcu Dyrektorowi tak spodobał się ten pomysł, że zachęcił, aby dzieci tworzyły takie koła w całej Polsce i poza jej granicami".
Sobota, godz. 19.30. Radio Maryja i Telewizja Trwam. W obu stacjach naraz zaczyna się program dla dzieci. Na wizji i w eterze ksiądz Benedykt, przystojny brunet. Z nim - trzy pluszowe misie. Kolorowe studio. Ksiądz wita maluchy: -Niech będzie pozdrowiony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.
Jak co sobotę, ksiądz zapowiada Madzię. Minuta refleksyjnej muzyki. Na wizji pojawia się dziewczynka w okularach, na dziecięcym wózku. Przed nią niewielki pulpit - książka, krzyżyk i świeczka. Pod pulpitem stópki w czarnych lakierkach.
Madzia uśmiecha się, patrzy w kamerę: - Niech będzie pozdrowiony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica. Gorąco i serdecznie pozdrawiam wszystkie dzieci oraz wszystkich słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam. Szybko mija czas, mijają kolejne dni Wielkiego Postu. Nie marnujmy ich.
Głos Madzi jest przejmujący, dziwny - to skutek niedorozwoju narządów mowy. Brzmi jednocześnie dziecinnie i dojrzale, jest sztuczny, ale natchniony. Twarz Madzi przestaje być buzią dziewczynki. Staje się twarzą młodej kobiety zamkniętej w dotkniętym chorobą ciele.
Modlitwa trwa. Madzia namawia: jednoczcie się z cierpiącymi. Z powagą prosi o modlitwę w intencji całego świata, ojczyzny, grzeszników. Mówi: - Módlmy się o radość i pokój, i ratowanie duszy.

Nie zmarnować cierpienia
Łaziska Górne, 18 kilometrów od Katowic. 20 tysięcy mieszkańców, huta, kopalnia, zakład tworzyw sztucznych i trzy kościoły. Rodzina Madzi mieszka na obrzeżach miasta, niedaleko kościoła Niepokalanego Serca NMP.
Adres Madzi nie jest tajemnicą, można go znaleźć na stronie internetowej podwórkowych kółek różańcowych, pod adresem www. pkrd.org.pl.
Ale sama Madzia nie spotyka się z dziennikarzami. Jej mama, Pelagia Buczek, obiecała sobie, że do końca życia nie będzie rozmawiać z prasą. Ani ona, ani nikt z rodziny. Pelagia Buczek: - Wiele razy zawiodłyśmy się na rzetelności dziennikarzy, którzy szukali sensacji.
Madzia choruje od urodzenia na wrodzoną łamliwość kości. Po urodzeniu lekarze dawali jej pięć dni życia - przeżyła. Wewnętrzne organy Madzi rozwijają się normalnie - ale kości nie. Dlatego jest taka nieduża. Jej kości mogą się połamać przy byle okazji. 6 marca skończyła 18 lat. Ma mniej niż 100 cm wzrostu, waży 15 kilogramów. Porusza się na wózku inwalidzkim albo nosi ją matka - tak jak w 1995 r. w Skoczowie, kiedy niosła Madzię pod ołtarz, do papieża.
- Ona poświęciła się Madzi. Kiedyś prowadziła kilka firm, teraz zajmuje się tylko dziewczyną - mówi Mirosław Duży, burmistrz Łazisk Górnych.
Pelagia Buczek nie chce ze mną porozmawiać, ale chętnie pomoże sprawdzić, które informacje o Madzi z gazet i sieci są prawdziwe, a które nie.
"Madzia bardzo cierpi, nie potrafi siedzieć o własnych siłach, tylko opiera się na rękach, na wózku inwalidzkim, ma bardzo chore serce, bardzo boli ją kręgosłup i trudno jej utrzymać głowę na brodzie, więc na noc zakładam jej opatrunki, żeby leczyć brodę, ponieważ robią się rany" - pisze "Nasz Dziennik".
- Prawda - mówi pani Pelagia. "Madzia Buczek od dwóch lat nie zakłada podwórkowych kółek różańcowych dzieci. Adres e-mailowy na jej stronach internetowych nie działa. Podobno nie ma już sił, aby pracować". To forum Onet. pl.
- Nieprawda - mówi Pelagia Buczek. - Madzia ma dużo siły, strona jest w przebudowie, a zgłoszenia do kółek różańcowych dostaje cały czas pocztą.

Róże i podwórka
W samych Łaziskach podwórkowych kółek różańcowych dzieci - które wymyśliła dziewięcioletnia Madzia - jest niewiele. Są za to róże różańcowe. - W naszej parafii działa 46 róż. Teraz modlimy się za hutników, którzy mogą stracić pracę, albo o powołania - opowiada Janusz Lasok, dziekan parafii Matki Bożej Królowej Różańca Świętego w Łaziskach Górnych. - Róże to tradycja. Moja babcia należała do róży. Tak, mieliśmy w parafii podwórkowe kółko, ale pani, która prowadzi różę, wzięła do siebie tamte dzieci - tłumaczy dziekan.
Ile osób w Polsce regularnie odmawia różaniec? Ciężko powiedzieć. Dane o członkach róż różańcowych proboszczowie wysyłają na Jasną Górę, informacje dotyczące podwórkowych kółek różańcowych dzieci dostaje Radio Maryja.
Czym różnią się kółka Madzi od róż różańcowych? - No - waha się ksiądz dziekan. - Tamte są typowo dla dzieci. Kiedy dziewczynka bawi się lalką, bo chce być dobrą matką, a chłopiec samochodem, bo chce być strażakiem, to mogą odmówić dziesiątkę różańca z Madzią. Przy radiu.
- Czy róże mają coś wspólnego z Radiem Maryja?
Ksiądz Lasok: - To wielowiekowa tradycja. Powstała, zanim wymyślono radio.
Madzia codziennie dostaje stertę listów. Jej podwórkowe kółka istnieją już w 30 krajach świata, modli się w nich 130 tysięcy dzieci.
Mirosław Duży, burmistrz Łazisk Górnych, jest dumny: - Jako jedyna z Łazisk znana jest naprawdę w całym kraju. Mamy słynne w województwie małżeństwo działaczy sportowych i pana Henryka Pukacza, autora jedynego podręcznika do skata. Ale znanych osób nam brakuje.
Burmistrz jest przekonany, że Madzia to święta dziewczynka. - Bo choć skrzywdził ją los, nie załamuje się, nie wygraża Bogu, robi swoje. Jest bardzo religijna. Mam niepełnosprawną córkę. To nie jest łatwe życie.

Sprawy formalne
Madzia umieściła w Internecie list do dzieci zakładających kółka: "(...) Nigdy nie wstydźcie się ani nie bójcie, że dzieci lub młodzież Was wyśmieją. Pamiętajcie, że przez Różaniec możemy wszystko przezwyciężyć. Przez naszą wytrwałą, gorliwą modlitwę różańcową możemy sprawić, że Niepokalane Serce Maryi zatriumfuje i na świecie zapanuje pokój, radość i miłość!".
Kto chce założyć podwórkowe kółko różańcowe, musi jedynie przesłać dane wszystkich zainteresowanych wspólną modlitwą na adres Madzi. Dostaje wtedy błękitno-żółtą legitymację z wizerunkiem Matki Boskiej. Na wysyłanie legitymacji idzie część renty Madzi i pensji Oli, jej siostry.
Madzia uspokaja na swoich stronach: dane osobowe są potrzebne do prowadzenia dokumentacji i nie są nikomu przekazywane - z wyjątkiem Radia Maryja i Ojca Świętego.
Daje instrukcje, jak powinny działać kółka: "(...) Na wspólnych spotkaniach powinno się odmówić przynajmniej dziesiątek Różańca świętego, można też przeczytać fragment Pisma Świętego. Urozmaiceniem może być śpiew, zabawa, rozmowa albo konkurs".
Za co dzieci powinny się modlić? Madzia zaleca ofiarowanie modlitwy różańcowej w intencji Radia Maryja i jego założyciela, pokoju na świecie, rozwoju PKRD.
W Internecie informacje o kółkach przetłumaczono na 10 języków, w tym na hebrajski i japoński. Ze strony można ściągnąć modlitwę różańcową w 10 językach, nagraną specjalnie dla Madzi przez dzieci ze świata.

Dziękujemy ci, Madziu
Kasia Poniedziałek z Wonnej koło Zamościa trzy lata temu założyła PKRD w imieniu swojej dwuletniej córki Alicji. Należą do niego: Alicja i jej czterech starszych braci, pani Kasia i jej mąż, małżeństwo sąsiadów Trzcińskich i trójka ich dzieci oraz wszystkie babcie i dziadkowie. - Madzia jest małą świętą posłanniczką Najświętszej Maryi. Gdyby nie ona, jestem pewna, że moje dzieci wcale nie chciałyby odmawiać modlitwy różańcowej. Robią to tylko i wyłącznie dla niej - mówi Kasia Poniedziałek.
Anna Dąbrowska z Poznania, organizatorka kilku PKRD: - Pani nawet nie wie, ilu ludziom Madzia Buczek odmieniła życie! Pewne małżeństwo chciało się rozstać. W kłótniach i nienawiści zapomnieli o Bogu, o miłości. Mieli dwoje dzieci w PKRD. One kiedyś poprosiły, żeby rodzice codziennie modlili się z nimi. Prosiły o jedną dziesiątkę różańca dziennie, a w sobotę o modlitwę z Madzią. Rodzice się zgodzili. I w ten sposób przypomnieli sobie o Bogu, nie rozstali się.
Dzieci z PKRD w Łasochach napisały do Madzi: "Do PKRD należymy już półtora roku. Nasze kółko rozwija się wszerz i w głąb. Wszerz, bo należy do niego coraz więcej dzieci. I pogłębia się, bo coraz bardziej rozumiemy wartość modlitwy różańcowej i coraz lepiej pojmujemy Twoją intencję. Chcemy jeszcze powiedzieć, jak wygląda u nas działanie PKRD. W porze letniej gromadzimy się codziennie w ogrodzie u jednej z rodzin, gdzie znajduje się kaplica w pięknej altance - z Matką Najświętszą. Tam odmawiamy 3 dziesiątki różańca, a we wtorki i piątki - to jeszcze odmawiamy koronkę do Miłosierdzia Bożego. W porze zimowej gromadzimy się na modlitwie w domach najmłodszych dzieci (po kolei). O naszym istnieniu dowiedziała się cała parafia. Od roku mamy nowego księdza proboszcza, który się cieszy nami, odwiedza nas. Wręczyliśmy mu legitymację honorowego członka PKRD".
Paweł z Puchaczowa pisze: "Mam na imię Paweł i chciałbym razem ze swoimi siostrami założyć Podwórkowe Kółko Różańcowe Dzieci. Od ponad dwóch lat słuchamy Radia Maryja i codziennie wieczorem wraz ze swoimi rodzicami, klękamy do wspólnego Różańca i modlimy się wspólnie z całą rodziną Radia Maryja. W Święto Matki Bożej Niepokalanie Poczętej, w godzinę łaski dla całego świata, złożyłem swoje przyrzeczenie, że chcę założyć PKRD i rozszerzyć je w naszej szkole".
Dlaczego podwórkowe kółka są tak popularne? - Kółka to tylko jedna z wielu form wspólnej modlitwy, w której nie musi uczestniczyć kapłan. W Polsce tradycja takich spotkań jest szczególnie żywa - tłumaczy Krzysztof Koseła, doktor z Instytutu Socjologii UW. - W socjologii istnieje teoria mówiąca, że w stronę religii zwracają się osoby, które mają jakiś deficyt w życiu ziemskim - są biedne, chore, odrzucone, gorzej wykształcone, starsze. Statystycznie to się może sprawdza, ale nie widzę powodu by zgodzić się z tą teorią.

Tak już jest z tą naszą wiarą
4 marca, już po programie, w którym Kazimiera Szczuka sparodiowała Madzię, w Internecie zawrzało. Na forum prawica.net Mirosław Kokoszkiewicz z Częstochowy zaproponował: napiszmy list w obronie Madzi i uczuć religijnych, które naruszyła Kazimiera Szczuka w programie Wojewódzkiego. Z listu: "(...) Z wykorzystaniem tych wszystkich paskudnych narzędzi jak pogarda, lekceważenie i ośmieszanie naruszyła Pani godność ludzką chorej nieuleczalnie, poruszającej się na wózku inwalidzkim Magdaleny Buczek, twórczyni dziecięcych kółek różańcowych. Obraziła Pani również moje (nasze) uczucia religijne (...)".
Koledzy z forum poprawiają: nie dziecięce kółka, tylko podwórkowe. Zastanawiają się, czy Madzia "umiera powoli" i właściwie na co? W ciągu kilku dni list podpisuje ponad 300 osób, list zostaje wysłany do Telewizji Polsat.
Trzy dni później Jolanta Tomczak publikuje w "Naszym Dzienniku" tekst "Kpiny z cierpienia". To z jej relacji wiemy, jaka była reakcja Madzi na wieść o wystąpieniu Kazimiery Szczuki: "Program oglądała siostra Madzi, ale bała się powiadomić o tym rodzinę. Madzia dowiedziała się tego od Pana Arka z Radia Maryja, przypadkiem, gdy realizowała swój program. Była spokojna. Powiedziała, że będzie się za Panią Szczukę modlić. Jeżeli Pan Bóg tak dopuścił, to ona to ofiaruje - za media. Ile wyszydzonych osób potrafiłoby się tak zachować?" - pytała retorycznie dziennikarka.
Protesty docierają do Krajowej Rady Etyki Mediów. Anna Pietraszek, dziennikarka TVP i członek Rady nie widziała programu Wojewódzkiego, ale dostała "dużo listów e-mailowych od osób wstrząśniętych programem". W rozmowie z Radiem Maryja wyjaśnia: - Chodziło nie tylko o to, aby poniżyć dziewczynkę chorą, cierpiącą, ale do tego jeszcze bardzo religijną. W jakiś nadprzyrodzony sposób... Ja ze wzruszeniem mówię. Kiedy myślę o Madzi, myślę o takim świętym dziecku, naznaczonym cierpieniem bez ucieczki, jednocześnie niezwykle uwrażliwionym religijnie.
O Madzi pisze ironicznie także autor blogu Brata Anzelma: "(...) Na koniec przerażę Was przykładem autentycznej nienawiści feministek do Prawdziwych Kobiet: tu (pada adres internetowy) można obejrzeć ziejącą nienawiścią Szczukę (...) przedrzeźniającą Świętą Za Życia Madzię Buczek. Ostrzegam, MATERIAŁ DRASTYCZNY!!! Szczuka reprezentuje tu cywilizację śmierci, a Madzia Buczek Świętość i Dobro Radia Maryja". Ironia dobrze oddaje sytuację.

Świadomość własnej roli
Kazimiera Szczuka przeprosiła Madzię Buczek: nie miała pojęcia o jej chorobie. Pelagia Buczek w to nie wierzy. - To niemożliwe. Jak mogła o tym nie wiedzieć - mówi.
Po tym, jak wybuchł skandal ze Szczuką, w sieci, anonimowo, również Madzię krytykuje wiele osób. Uważają, że mają do tego prawo, bo Madzia jest osobą publiczną.
Z forum www.prawica.net: Malkontent: "Ludziska. Ja się z Madzi z całą pewnością nie naśmiewam. Ale... mam problemy z tym... tonem?... intonacją głosu?... którym ona mówi. To faktycznie brzmi nienaturalnie. Jest to słodkie, ale takie jak miód sztuczny. Aż się prosi o parodię. I nie jest to wina Madzi, ale jakiegoś niepojętego zwyczaju wśród polskich księży, by mówić zatchnięto nadętym głosem (...) Ona ich po prostu naśladuje".
Inny użytkownik forum odpowiada: "Z tym sposobem mówienia księży, to też zauważyłem. Zwłaszcza właśnie w Radiu Maryja. Sądzę, iż Jezus Chrystus tak nie mówił".
Z bloga inkubator.blox.pl: "(...) Ona musiała przejść pranie mózgu. Podwórkowe kółka różańcowe? O losie... Nadaje z ekranu jak karabin tratatatatata w kółko to samo. Nie wyśmiewam jej jako osoby niepełnosprawnej tylko wydarzenie mediów, jakim jest jej program, żeby nie powiedzieć show. Ta kąśliwość bardziej jest skierowana do jej szefa niż do niej, bo myślę, że ona nie jest do końca świadoma swojej roli".
Kazimiera Szczuka: - Nie wiedziałam, kim jest Madzia Buczek. Przecież musiałabym być szalona gdybym chciała sama na siebie ukręcić taki bicz. Wiadomo, że publicznie nie wolno żartować z osób niepełnosprawnych. Na podstawie rozmowy z Madzią wiem, że jest bardzo inteligentna, interesuje się przedmiotami humanistycznymi i mogłaby iść na uniwersytet. Szanuję cudzą wiarę. Ale uważam, że nie powinna stawać się przedmiotem niczyjej manipulacji. Uważam, że wiara nie stoi w sprzeczności z rozumem. W każdym razie nie powinna.
Rzeczpospolita